polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Toro Y Moi Chaz Bundick - wywiad

Toro Y Moi
Chaz Bundick - wywiad

Jeden koncert w Polsce po „Causers of This” i trzy po „Underneath the Pine” – podobna proporcja opisuje moją sympatię do Toro Y Moi. Z Chazem Bundickiem porozmawiać nie było łatwo, bo przed trudami europejskiej trasy zaszył się gdzieś na amerykańskiej pustyni. Jednak udało nam się zrobić krótki wywiad, który prezentujemy przypominając, że Toro Y Moi zagra w Polsce już między szóstym a ósmym maja.

Po tym jak powiedziałeś w wywiadzie dla Pitchfork, że Polska jest obok San Francisco Twoim ulubionym miejscem do grania, jesteś chyba tutaj jeszcze bardziej lubiany niż wcześniej. Tak dobrze wspominasz ubiegłoroczny występ na Off Festivalu, czy miałeś inne kontakty z naszym krajem?

W Polsce grałem tylko raz, było bardzo fajnie. Nie miałem szczególnego pojęcia o Polsce, ale pierwsze wrażenie w tamtym roku było chyba najlepszym pierwszym wrażeniem, jakie kiedykolwiek mi się przydarzyło. Nie spodziewałem się niczego szczególnego – dlaczego niby moja muzyka miałaby być w Polsce bardziej popularna niż gdziekolwiek indziej? A tu nagle takie dobre przyjęcie. Wiesz, w sumie to jest fajne w globalizacji, w Internecie – że moja muzyka jest popularna tam, gdzie się tego nie spodziewam. Więc oczywiście się cieszę, że teraz zagram aż trzy koncerty.

Przed premierą „Underneath the Pine” myślałem, że nagrywałeś ja dopiero po trasie, ale teraz wiem, że nagrywałeś ją równolegle z trasami promującymi debiut. Czy konieczność zaadaptowania materiału z „Causers of This” na koncertowy skład miała wpływ na kształt nowej płyty?

Tak. Myślę, że znaczenie miało to, ze koncerty z czasem dojrzewały. Graliśmy stary materiał i stopniowo się w nim odnajdywaliśmy jako zespół.

Czy piosenki na pierwszej i drugiej płycie były przeznaczone do konkretnego sposobu nagrywania, jaki wykorzystałeś? Czy może mógłbyś nagrać „Causers of This” jako album instrumentalny, a „Underneath the Pine” jako producencki?

Mógłbym, chyba nie byłoby różnicy. Mogę spokojnie przeskakiwać między nagrywaniem muzyki w jeden i drugi sposób. W sumie dowolną z tych piosenek można było zrobić na komputerze albo z żywymi instrumentami.

Pierwsza ukazała się jednak płyta producencka. Czy to odzwierciedla kolejność, w jakiej uczysz się tworzenia muzyki? To, że komputer jest pierwszym instrumentem, jaki osobom w Twoim wieku przychodzi do głowy?

Coś jest na rzeczy. Komputer pozwala na wyprodukowanie muzyki od początku do końca. Dla mojego pokolenia, nawet jeśli ktoś gra na instrumentach, jest pierwszym wybieranym narzędziem nagrywania, miksowania itd. Ale jednak ostatecznie odstawiłem komputer i zdecydowałem się na zmiksowanie nowej płyty tradycyjnie. Zasadniczo wszystkie instrumenty nagrałem na komputer, jak wszyscy. Tylko potem sięgnąłem po tradycyjną technologię, co zresztą było ciekawe, przyniosło coś nowego.

Obecnie pop jest strasznie przeładowany nowoczesną technologią. Twoja nowa płyta z tym kontrastuje, ma takie ciepłe brzmienie sprzed lat. Starałeś się go „nie skazić” tymi najbardziej nowoczesnymi chwytami? Bo pogłosu na wokalu do takich na pewno nie można zaliczyć.

Dla mnie nigdy technologia nigdy nie była celem samym w sobie. Oczywiście teraz jest jej w muzyce dużo, w każdej. Ale nigdy nie przejmowałem się tym, czy technologię, albo wszystkie gatunki muzyki, które lubię, widać w mojej muzyce, czy nie. Mogę zrozumieć, że niektórzy starają się ukryć sample, albo elektronikę, których używają. Dla mnie nie ma znaczenia, czy coś jest wsamplowane, czy tylko tak brzmi.

Masz ulubionego producenta, jakiś wzór, który inspirował Cię w pracy nad nową płytą?

Jednego nie. Lubię różne rzeczy u różnych ludzi. Brzmienie perkusji na przykład podoba mi się w starym jazzie, gdzie bębny otacza dużo powietrza. Np. jak u Willie’go „The Lion” Smitha.

Kiedy usłyszałem Twój pierwszy album, przypomniał mi się Elvin Estella, czyli Nobody, który parę lat temu produkował muzykę podobnie odrealnioną, rozmazaną jak Twoja, ale odwołującą się do lat 60tych. Dorobek Nobody’ego, wczesnego Caribou albo Dntel to jest coś, z czego korzystasz?

Hmm, inspiruje mnie różna muzyka, od lat 70tych do 90tych.

Czy sukces pierwszej płyty był dla Ciebie zaskakujący, czy wręcz przytłaczający? Nie obawiasz się, że taki internetowy hajp może się odwrócić, jeśli nagle zmienią się nastroje na blogach itp.?

Nie, przytłaczający na pewno nie był, przecież ciągle mogę chodzić ulicami nierozpoznawany. Fajnie, że dużo osób lubi moją muzykę i o niej mówi. Na pewno Internet odegrał w tym główną rolę i wiem, że jest kapryśny. Ale bycie na samej górze nie jest dla mnie szczególnie ważne, popularność nie jest priorytetem, nie przejmuję się tym, czy ludzie lubią moją muzykę, czy nie.

Na polskich występach obiecałeś zagrać dj seta po koncertach. Traktujesz to jako niezobowiązujące granie, czy zamierzasz coś wydać?

Mam przygotowanych trochę numerów i szczerze mówiąc chciałbym, żeby płyty Les Sins ukazała się jeszcze w tym roku.

Caribou powiedział nam po „Swim”, że lubi przemycać do didżejskich setów swoje nowe kawałki i testować je na publiczności. Też tak robisz?

Dokładnie tak samo. Mogę sprawdzić jak różne rzeczy brzmią puszczone naprawdę głośno, jaki się z nimi czuję i jaki się z nimi czują ludzie.

Jeśli nie byłbyś muzykiem, czym byś się zajmował?

Projektowaniem graficznym, właściwie tym też się zajmuję. Zaprojektowałem własne okładki i mogę robić też okładki innym – to całkiem spora działka.

Dzięki za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]

artykuły o Aneks Do Roku 2010 w popupmusic