polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
ST. VINCENT Strange Mercy

ST. VINCENT
Strange Mercy

Z płyty na płytę jest lepiej. Annie Clark od początku stawiała na inteligentny artyzm i dzięki temu jej pop był satysfakcjonujący i na wierzchu, i pod spodem. Wraz z upływem czasu Annie nabiera pewności siebie, co na „Strange Mercy” pozwoliło jej skondensować instrumentarium i poszerzyć jego możliwości. Wyeksponowała swoje możliwości na gitarze, bądź do bądź imponujące, sięgnęła po baterię klasycznych syntezatorów z mini Moogiem i Arpem na czele, zmieściła też wurlitzer i obyła się bez basu. Instrumenty smyczkowe i dęte zostawiła na szczególne okazje i słusznie, bo jej brzmienie jest precyzyjnie wyprodukowane i pełne rozmachu, a zarazem filigranowe i oddycha głęboko. Napięcie między syntetyczną a organiczną stroną brzmienia utrzymuje poziom energetyczny płyty na wysokim poziomie od początku do końca i nadaje jej abstrakcyjnego wymiaru, paradoksalnie wzmacnianego przerysowanymi harmoniami wokalnymi w tle.

Odwagą naszpikowania popowych struktur instrumentalnymi ekwilibrystykami St. Vincent już prawie dorównuje Deerhoof, a w wydaniu kobiecym tak fantazyjnego tkania piosenek z brzmieniowych ekstrawagancji nie słyszałem chyba od czasu „The Reminder” Feist. Z tą różnicą, że Feist miała genialny zestaw piosenek, a na „Strange Mercy” parokrotnie błyskotliwe aranżacje są niezbędne dla przykrycia kompozycyjnych słabości. I niestety także nieco rozczarowujących tekstów, które nie rozwijają się w tempie muzyki. Może następnym razem. Teraz i tak to, co St. Vincent proponuje swą wykoncypowaną muzyką, która nie rzuca się słuchaczowi na szyję, tylko raczej rzuca mu wyzwania, wystarczy na długo.

[Piotr Lewandowski]