polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Ray Dickaty wywiad

Ray Dickaty
wywiad

Ray Dickaty to angielski saksofonista, który od pewnego czasu mieszka w Warszawie i coraz silniej wrasta w stołeczny krajobraz muzyki jazzowej i improwizowanej. Mogliśmy go usłyszeć w różnych formacjach Maćka Trifonidisa, ale w tym roku pojawiły się dwa tria Dickaty’ego. Osaka Vacuum, które z Ray’em tworzą Mikołaj Pałosz (wiolonczela) i Paweł Szpura (perkusja), wydało już pierwszy album, Eclipse Trio, w którym grają Ksawery Wójciński (kontrabas) i Hubert Zemler (perkusja), nad swoim pracuje. Zapraszamy do lektury wywiadu z Dickaty’m, przeprowadzonego po premierowym koncercie płyty „Emerging View”.

Co było dla Ciebie najważniejszą motywacją stojącą za stworzeniem Osaka Vacuum? To zupełnie inna muzyka niż ta, którą grałeś wcześniej w różnych zespołach w Warszawie. Ba, nie znam żadnego zespołu, który w stolicy tworzyłby coś podobnego...


Przyjechałem do Polski z Wielkiej Brytanii z pewnym doświadczeniem. Po prostu czułem potrzebę stworzenia takiego projektu. Widziałem w Warszawie sporo zespołów grających muzykę improwizowaną, ale tak naprawdę nie taką, która w pełni mogłaby usatysfakcjonować. Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Warszawy, zagrałem koncerty w duecie z Mikołajem Pałoszem. Pierwszy daliśmy w Planie B i we dwóch stworzyliśmy głębokie i intensywne brzmienie. Zacząłem się rozglądać i tak poznałem Maćka Trifonidisa, który grał wówczas ze swoim Free Orchestra. Tam spotkałem Pawła Szpurę, któremu zaproponowałem wspólne granie w Osaka Vacuum. Wydawało się oczywiste, że będziemy ze sobą grać. Wszyscy poruszamy się w podobnej przestrzeni, słuchamy podobnej muzyki, choć oczywiście Mikołaj jest klasycznie wykształconym muzykiem i w większym stopniu zajmuje się muzyką współczesną, niż my, ma dużą wiedzę na jej temat. Dla mnie ta mieszanka wolnej improwizacji, wywodzącej się od fire music, z europejską wrażliwością jest pięknym połączeniem. Uwielbiam na przykład Alberta Aylera, amerykańską tradycję freejazzową. Wiele czasu poświęciłem na nagrywaniu z Eddiem Prèvostem z AMM i na pewien czas zamknąłem się w europejskiej idei muzyki improwizowanej, która moim zdaniem nie jest free jazzem, nie jest fire music, jest raczej poszukiwaniem asocjacji dźwięków. Więc zdecydowałem się na założenie wspólnego zespołu, by połączyć ową asocjację dźwiękową z free jazzem.

Wspomniałeś Aylera, który podobnie jak Coltrane jest przedstawicielem skrajnie emocjonalnego nurtu. Za to nurt, który wchodzi w dialog z muzyką współczesną, zdaje się być bardziej intelektualny w kontekście tworzenia muzyki, tak jak np. był i jest Braxton. Czy Twoim zdaniem w Waszym projekcie istnieje napięcie między elementami intelektualnymi a emocjonalnymi?


Na pewno. I to ciekawe w takim napięciu pracować, stawiać te dwa elementy naprzeciw siebie i obserwować co z tego wyniknie. Sam zawsze mocno opierałem się na emocjach, ale doceniam AMM i artystów pokroju Braxtona za intelektualne podejście do procesu tworzenia muzyki. Widziałem Braxtona kilka razy, jego muzyka jest piękna, ale bez emocji. Gdy potem widzisz kogoś takiego jak Charles Gayle, którego gra jest pełna emocji, to zupełnie inne przeżycie. Zawsze chciałem połączyć te dwa elementy i widzę, że w Osaka Vacuum mamy ten rodzaj napięcia, co wpływa na tworzenie nowych form, gdzie możemy wyjść od intelektualnego, niemalże zdystansowanego myślenia o brzmieniu, w kierunku absolutnie emocjonalnego grania. Grania, w którym szukasz określonej figury, szukasz harmonii, co zabiera cię w swoistą podróż emocjonalną. Po zakończeniu tej podróży możesz wrócić do wymyślania, planowania...

Czy w Osaka Vacuum jest jakiś element przywództwa?

Nie ma lidera w tym projekcie. To demokratyczny układ, w którym każdy głos jest równy. Choć co prawda często to właśnie saksofonista jest liderem i to on nadaje oblicze całości.

Saksofon potrafi być głośny i wypełnić całą przestrzeń.


Tak, jest głosem zespołu. Ale z Osaka Vacuum zdarza się nam grać koncerty, w których to saksofon jest wycofany, jest wsparciem dla pozostałej dwójki. Choć nie ma reguły. Dzisiejszy koncert, pewnie z uwagi na nasze ustawienie na scenie, stał się zwartym, intensywnym występem. Wiolonczela i perkusja otoczyły mnie, świetnie wszystko słyszałem. Były momenty, kiedy wspierałem kolegów, częściej dzisiaj jednak, pewnie w jakichś siedemdziesięciu procentach, wskazywałem kierunek naszej improwizacji.

Wspomniałeś o swoich pierwszych koncertach w duecie z Mikołajem Pałoszem dwa lata temu. Ale od tamtego czasu można Cię było usłyszeć głównie w dużych składach warszawskich, np. prowadzonych przez Trifonidisa i reprezentujących zupełnie inną estetykę i pomysły. Nie miałeś w tym okresie czasu na to, co udaje Ci się robić teraz, czy też raczej czekałeś na rozwój wydarzeń?

Myślę, że i jedno, i drugie. Zaczynając grać tutaj z Mikołajem, nadal mieszkałem na stałe w UK i ciągle tam wracałem. Kiedy półtora roku temu przeprowadziłem się do Warszawy, wreszcie byłem w stanie zobaczyć jak funkcjonuje tutejsza scena i co faktycznie tu się dzieje. Kiedy słuchałem polskich zespołów nie dostrzegałem jednak tego ognia, którego potrzebowałem od zespołu, z którym chciałbym grać. Miał go mój angielski skład, The Solar Fire Trio – czysto emocjonalna muzyka.

I dość intensywna.

Dokładnie. Zwłaszcza dlatego, że drugi saksofonista nie był zbyt biegły technicznie, on grał sercem, emocjami. Granie z nim bardzo mi odpowiadało, bo mogłem grać technicznie z jego emocjonalnym przekazem. Odwrotnie było z perkusistą, który był niesamowitym technikiem. I taki układ działał świetnie. Kiedy przyjechałem do Polski, szukałem ludzi, z którymi chciałem grać podobne rzeczy. Nie udawało się. Ludzie tutaj tak chętnie słuchają Brötzmanna, Vandermarka i innych muzyków grających fantastyczne rzeczy w podobnej formule, a nikt nie robił tego tutaj w Warszawie. Dla mnie było to zaskakujące, bo byłem przekonany, że będzie tu dużo osób, które będą chciały grać taki rodzaj muzyki. Dlatego stwierdziłem, że to będzie moja działka i postanowiłem taki projekt stworzyć. Granie z Mikołajem uświadomiło mi jego wielką pasję do muzyki pełnej europejskiej wrażliwości. Słysząc z kolei grę Pawła Szpury, wiedziałem, że będzie właściwym perkusistą do tego zespołu, bo potrafi stworzyć rytm i odpłynąć daleko, ale rytm, którego inni muzycy potrzebują, jest zawsze w jego grze obecny. Daje mi wiele inspiracji.

Czy znalazłeś wytłumaczenie dlaczego taka nisza w Warszawie istniała? Ludzie słuchają takiej muzyki, dużo osób gra jazz i muzykę improwizowaną. Dlaczego nikt nie wypełnił tej niszy?

Nie mam pojęcia. Jedyną osobami jaką znam, która gra taką muzykę tutaj jest Wacław Zimpel, z nim oczywiście Paweł Szpura i Paweł Postaremczak w Herze, ale też w i innych projektach. To jedyne osoby, które mają podobne podstawy w sposobie myślenia. Wydaje mi się też, że europejskich muzyków jednak nieco obce jest myślenie przez pryzmat bluesa, a muzyka, o której mówimy, mimo wszystko ma swoje korzenie w bluesie. Sam dziś grałem w bluesowych skalach, uwielbiam to zestawienie molowych bluesowych skali i noise'u – moim zdaniem działa to całkiem dobrze. Wiem, że wymaga skupienia od widowni, ale to dobrze. W Wielkiej Brytanii ludzie też mają z tym problem, za to w Stanach ludzie wychowali się na bluesie, więc przychodzi im to naturalnie. Prawdopodobnie przez moje przeszłe doświadczenia z zespołami, w których bardzo dużo obcowałem z taką muzyką, stała się ona już częścią mnie, mam ją w genach. Na przykład w Spiritualized właściwie cały czas graliśmy mając gospel pod spodem. Z Dr. Johnem grałem muzykę tak silnie osadzone w funku, nowoorleańskim bluesie, że weszło mi to w krew. I uwielbiam to.

Miałem Cię zapytać o Twoje brytyjskie doświadczenia w porównaniu do warszawskich. Sam nie jestem szczególnym fanem brytyjskiego jazzu. Zespołów typu Acoustic Ladyland, Polar Bear, itp. nie uważam za szczególnie interesujące, mogę zobaczyć je czasami na żywo, ale nie umiem się zmusić do słuchania płyt.


Ja też nigdy nie słucham tych płyt! Widziałem te zespoły na żywo, są świetni! Ale nigdy nie słucham ich płyt, nawet ich nie mam, może jedną.

A z drugiej strony jest muzyka improwizowana bliżej jazzu – środowisko Evana Parkera – lub dalej – AMM, muzycy z tego kręgu o jazz się co najwyżej czasami ocierają.

Tak. Istnieje zasadnicza różnica pomiędzy free jazzem a muzyką kreatywną, improwizowaną (free improvised music). To dwa rożne sposoby myślenia. Moim zdaniem Evan Parker to muzyka kreatywna, nie free jazz, który mi jest najbliższy. Charles Gayle to free jazz. Peter Brötzmann, o którym Eddie Prèvost mówił, że „przewala się przez Europę jak dywizja pancerna”, to free jazz. Gdy wyszła pierwsza płyta Brötzmanna, powaliła wszystkich w Londynie na kolana. Angielscy pomyśleli wtedy, że skoro on osiągnął już taki poziom, to my musimy się naprawdę wysilić i wymyślić coś innego.

To trochę dziwne, że w takim kraju jak UK nie ma teraz nikogo wpływowego czy naprawdę wartego uwagi wśród młodych muzyków jazzowych – w środowisku Parkera mało jest młodych ludzi, a alternatywa jest raczej nudna. Czy jest coś na rzeczy, czy mam niepełny obraz?


Nie, myślę, że masz rację. Z własnego doświadczenia wiem, że to dość hermetyczny świat. Na przykład z Solar Fire Trio byliśmy zbyt rockowi, by przyjęto nas do improwizującej, eksperymentalnej społeczności muzycznej w UK. Im chodziło raczej o kogoś takiego jak John Butcher, który osiąga na saksofonie niekonwencjonalne, świetne dźwięki, a ludzie słuchając go głaszczą się po brodzie, robią „mhm”, doświadczenie jest jednoznacznie intelektualne. Przyjęli za to Charlesa Gayle'a, chociaż robił podobne rzeczy jak my, ale był Amerykaninem. Ok., Gayle jest o wiele lepszy ode mnie i o wiele bardziej doświadczony, ale nie w tym rzecz. Chciałem z tym walczyć i nadal to robię. W tym środowisku patrzono na mnie dziwnie również ze względu na to, że grałem wcześniej w zespole rockowym, nawet jeśli ten zespół był bardzo długo eksperymentalnym zespołem rockowym. Więc kiedy zacząłem pracować z Eddiem Prèvostem, musiałem zmienić sposób myślenia o muzyce, co było bardzo dobrym ćwiczeniem, zacząłem grać półtony i hałasy, ale właściwie nie grałem muzyki, która miała emocje lub duszę. A ja kocham muzykę i podążam za muzyką, która ma emocje. Nie bawi mnie głaskanie się po brodzie i mówienie „hmm, to interesujące”. To jest fajne od czasu do czasu, ale jakbym miał wziąć jedną płytą na bezludną wyspę – coś AMM albo coś Aylera – to oczywiście wybieram Aylera.

Czujesz się tak zdecydowanie bliżej amerykańskiej tradycji?

Wielu artystów amerykańskich miało na mnie większy wpływ niż, powiedzmy, John Butcher. Zawsze wspominam Aylera, który jest dla mnie bardzo ważny, ale tych inspiracji jest wiele więcej – wśród saksofonistów choćby Fred Anderson, Frank Lowe, Glenn Spearman, Charles Gayle, którego widziałem raz i ten koncert wszystkich widzów wzniósł duchowo i mnie zostawił w takim stanie na długo, Kidd Jordan, Frank Wright, Noah Howard, Odean Pope. Wszystkie te osoby mają, czy też miały, coś do powiedzenia w swojej muzyce i, co ważniejsze, tworzyły muzykę. Wolną, nieskrępowaną, ale wciąż muzykę. Może ona nie być zgodna z wymyślonymi a priori strukturami, ale wciąż jest muzyką. Albo Ornette Coleman, w czasie jego koncertów zawsze mam wrażenie, że czas się zatrzymuje. Jego sprawia, że przestajesz być świadomy upływu czasu, znajdujesz się w stanie nie-czasu, prawie medytacji.

Nie mogę, z kilkoma wyjątkami, powiedzieć, że równie poruszała mnie gra brytyjskich muzyków, grających coś, co ze znajomymi nazwaliśmy „Tiddly Bonk” – muzykę, która zdaje ułożona w sposób z góry upatrzony, a nawet zarozumiała, w takim samym zakresie, w jakim jest przemyślana i kontemplowana z głaskaniem się po brodzie. Muzykę, której towarzyszy założenie, że jeśli ci się ona nie podoba, to ty jako słuchacz jesteś temu winny, bo nie odbierasz jej wystarczająco intelektualnie, by sobie z nią poradzić. Oczywiście moim zdaniem jest wielu wyjątkowych muzyków brytyjskich – Paul Dunmell, John Surman, Joe Harriot, Dick Heckstall-Smith, Tony Bevan, Lol Coxhill i inni. A tak na marginesie, to wczesne płyty Evan Parkera z Alexem Schlippenbachem, kiedy on nadal starał się siebie odnaleźć, to dla mnie jedne za najlepszych jego dokonań.

Powstał więc ogólny konflikt w UK, ponieważ zespoły free jazzowe, grające fire music, nadal nie są akceptowane, chyba, że jesteś z Ameryki. Dla europejskich muzyków pozostała topografia instrumentu, robienie hałasu, granie półtonów itp., itd. Coś co robi na przykład Martin Kuchen ze Szwecji, czyli piękna muzyka, ale za każdym razem, gdy słucham jego płyt mam wrażenie, że to mogłaby być równie dobrze elektronika. Więc zastanawiam się dlaczego on nie gra elektroniki. Jest absolutnie oszałamiający pod względem technicznym, ale mógłby zrobić to samo na syntezatorze. Kiedy mieszkałem w Liverpoolu i byłem jednym z organizatorów tamtejszej sceny muzyki improwizowanej, graliśmy regularne koncerty. Mieliśmy big band i mniejsze składy, ale zawsze to była europejska, intelektualna muzyka improwizowana, a gdy próbowałeś grać free jazz, zostawałeś odsuwany na bok, nie interesowano się tobą. Było to najmniej poważane podejście do muzyki, a dla mnie to najwyższa forma, muzyka w której, próbujesz dostroić się do czegoś, co wcześniej nie istniało, próbujesz odnaleźć wspólną melodię, riffy, przenieść głosy z przeszłości w teraźniejszość.

Być może wywodząc się z, bardzo luźno rozumianej, muzyki rock / pop, zawsze chcę by muzyka poruszyła mnie emocjonalnie, tak jak poruszył mnie Coltrane, gdy po raz pierwszy usłyszałem jego album. Jego muzyka miała takie same surowe emocji jak potężna rockowa piosenka, która zabiera cię w podróż, i miała na mnie ogromny wpływ, skłoniła mnie do tego, by dowiedzieć się więcej o takiej muzyki i otworzyła drzwi na wiele nowych dla mnie form muzycznych.

Grałeś też w Loka, zespole wydawanym przez Ninja Tune. Ninja Tune była sztandarowa dla tzw. nowego jazzu a la Cinemetic Orchestra. Z perspektywy czasu, co jest dla Ciebie najbardziej a co najmniej interesujące w tym nowym jazzie, który...


Jest straszny.

Zgoda. To było ekscytujące, ale tylko przez chwilę.

Dokładnie. Zgadzam się, Cinematic to świetny zespół, ale już niesamowicie nudny. Widziałem ich ostatnio na żywo, spotkałem się z nimi na paru drinkach po występie. Koncert był w porządku, ale nie poruszył mnie w żaden sposób. Nic ekscytującego dla siebie tam nie znalazłem. Mam nadzieję, że wzbudza jakieś emocje. Kiedy początkowo grałem z Loka, mieszkałem w Liverpoolu. Oni potrzebowali zebrać zespół, by zagrać w trasę z pierwszą płytą. Moim skojarzeniem był wówczas Nucleus, brytyjski jazz rockowy zespół z lat 70tych, którego liderem był Ian Carr. Carr grał na trąbce w stylu Milesa, ale to był jazzrock, niesamowicie potężna rzecz, nagrali jakieś 7 czy 8 albumów, niektóre były dobre, niektóre słabsze. Ale na każdej płycie znajdziesz na pewno choć jeden kawałek, który cię powali. Więc gdy dołączyłem do Loki, to był kierunek, w którym szliśmy, cel naszych prób. Lokę prowadziło dwóch muzyków – Mark Kyriacou był od keybordów i elektroniki, Karl Webb grał na gitarze. Graliśmy gitarowy jazz rock, ale gitarzysta chciał więcej swobody, natomiast klawiszowiec chciał być bardziej precyzyjny. Na trasie ten konflikt stawał się coraz większy i po powrocie oni się rozeszli – klawiszowiec postanowił zatrzymać zespół i nazwę, a gitarzysta poszedł swoją drogą.

Nowy album Loka, który wyjdzie w listopadzie, ma bardzo precyzyjną strukturę, co w sumie jest dla mnie bardzo ciekawe, ponieważ pracuje się na bardzo ścisłych strukturach. Kojarzy mi się to z zespołem Moonshake, z którym grałem w latach 94-96, gdzie wszystko było oparte na samplach, loopach, więc musieliśmy bardzo precyzyjnie się w nich poruszać. Nie lubię do końca takiej formy, ale to, co nagrała Loka jest naprawdę emocjonalne, są fantastyczne harmonie, a sposób, w jaki ta muzyka porusza jest piękny. Zagramy kilka koncertów i mam nadzieję, że dotrzemy do Polski. Spróbujemy zorganizować jakiś koncert z ludźmi, którzy grają tu, w Warszawie. Obecnie czekają nas koncerty w UK – zespół liczy 6 osób, ale w UK będziemy mieli 30 osobowy zespół, złożony z osób, które grały z nami na płycie, oraz trzech wokalistów. Podejrzewam, że Ninja Tune nie da nam pieniędzy na więcej niż tylko te trzy koncerty, które są teraz zaplanowane, ale mam nadzieję, że później zagramy więcej koncertów, już w 6-osobowym składzie. Moją rolą w tym zespole jest improwizowanie w obrębie tej muzyki aż wydarzy się coś szczególnego, aż poczujemy: „o! to ten dźwięk”.

Na koncertach Cinematic Orchestra albo Bonono zawsze mi tego brakowało – prawdziwej improwizacji, za to dużo było takiego ściemniania, że coś się dzieje.

Cóż, oprócz jednego kawałka pod koniec nowej płyty też grałem free jazzu z Loka, tylko harmonie, melodie. W czasie nagrań Mark wskazuje na fragment tego, co gram i decyduje, co zatrzymamy.

Czy teraz masz więcej wolności w tym co z nimi grasz? Negocjujesz tę przestrzeń?

Tak, negocjuję, przepycham swoje pomysły, ponieważ wiele razy próbowałem rozwinąć free jazz w kontekście rocka, bo uważam, że to dobre zestawienie. Ale Mark lubił mieć wszystko skrupulatnie zanotowane i pod kontrolą. Była walka w studio, prawdopodobnie najgorsze doświadczenie z nagrywania płyty w całym moim życiu. Ale było warto, myślę, że rezultat jest bardzo dobry. Na Myspace powinien być jeden utwór opublikowany przed wydaniem płyty. DJ Food przygotował też już jakieś remiksy. Ninja Tune można lubić lub nie, ale trzeba docenić, że pozwala by taka muzyka powstawała. Co prawda nie promują jej tak bardzo jak promowaliby kiedyś, raczej skupiają się na swoich bardziej znanych artystach, na których zarabiają, zwłaszcza hip-hopowych, ale ciągle ją wydają.

Gdy powiedziałeś, że masz teraz pewną wolność w graniu dookoła tych wszystkich loopów, uświadomiłem sobie, że w tych wszystkich zespołach typu Cinematic denerwuje mnie teraz to, że wokół loopów już nic się nie dzieje, a odejście od loopów im się niezbyt udaje. Masz jakiś pomysł, dlaczego z tego niedawno jeszcze bardzo topowego kierunku tak szybko uszło powietrze?

Myślę, że ludzie grający tę muzykę dotarli do swoich granic, nie mogli pójść już dalej. To najprostszy powód. Nie wiedzieli, w jakim kierunku pójść dalej, osiągnęli swój punkt, w którym już się nie mogli rozwinąć. Tom Chant, saksofonista z Cinematic, bardzo fajny człowiek, zawsze trochę mu zazdrościłem, bo w Londynie zawsze udawało mu się grać udane frekwencyjnie koncerty, grał jakiś czas temu z DJ Foodem, przyszło ponad 300 osób. Ja też i strasznie się wynudziłem. Nie było w tym nic, Tom wyciskał dźwięki z saksofonu sopranowego i nic się nie działo. Grał to czego jego wujek Evan Parker go nauczył. Są spokrewnieni, tak na marginesie. Tom Chant grał melodyjki i rozumiałem, że jest u granic swoich możliwości. Technicznie fantastyczny, ale to oczywiste, jeśli masz lekcje u Evana Parkera. Ale emocjonalnie pustka, zupełnie nic. Wydaje mi się często, że gdy muzycy rockowi próbują improwizować, wychodzą im o wiele ciekawsze rzeczy. Jest taki zespół z Bristolu BEAK>.

Widziałem kilka razy na żywo.

Dla mnie są o wiele ciekawsi niż Tom Chant i Dj Food. Ciekawsi od Cinematic Orchestra czy Vertical Quartett, Acoustic Ladyland, bo są o wiele bardziej otwarci. Lubię rock, lubię siłę wzmacniaczy, lubię gitarę i lampy Marshalla czy Fendera, dla mnie to piękna moc i wydaje mi się, że to coś, co spróbujemy też zrobić jeszcze tutaj w Warszawie.

Jesteś zainteresowany graniem jazz rocka? Fajnie zobaczyć zespół, który robi w tym interesujące rzeczy, ale to również szybko stało się kliszą, jeszcze w latach 1970tych.

Racja, ale to zależy od muzyków, od tego, skąd czerpiesz wpływy. Myślałem o tego typu muzyce, pod warunkiem, że będziemy mieli z sześć osób na scenie i każdy będzie miał wzmacniacz. Jaką moc byśmy wtedy mieli i co byśmy mogli z tym zrobić. Może by to nie przetrwało, może zagralibyśmy tylko kilka koncertów, wydali jedną płytę. To jeszcze nic konkretnego, ale zastanawiam się nad tym.

Masz też inne trio w Warszawie, Eclipse Trio z Ksawerym Wójcińskim i Hubertem Zemlerem. Zagraliście na razie kilka koncertów. Czy możesz w skrócie opowiedzieć, jaka jest idea tego zespołu?


Nasza muzyka jest bardziej kompozycyjna. Próbowałem pisać dla Osaka Vacuum, ale lepiej nam się improwizuje. Eclipse Trio przeciwnie, jest polem do komponowania. Hubert ma zupełnie inną osobowość i styl gry niż Paweł, Ksawery to też diametralnie inny muzyk niż Mikołaj, który w Osaka pełni rolę basisty. I to jest bardzo fajne. Początkowo graliśmy improwizacje i niezbyt to się gryzło, ale gdy któregoś dnia przyniosłem zanotowane pomysły, tyle co szkice melodii i struktur, od razu zaskoczyło. Metoda pracy, którą rozwinęliśmy jest więc kompozycyjna, co sprawia, że ten Eclipse Trio jest zupełnie innym zespołem niż Osaka Vacuum i bardzo mnie to cieszy.

Czy zamierzacie nagrać płytę?

Tak, mam nadzieję, że jesienią uda nam się zorganizować próby, zimą nagrać płytę, a wiosną przyszłego roku ją wydać. Ekscytuje mnie ten projekt, bo lubię zapisywać muzykę i wierzę, że będziemy mieli świetne melodie, harmonie i groove’y.

[Piotr Lewandowski]