polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
LOKA Passing Place

LOKA
Passing Place

Drugi album grupy Loka pojawia się w momencie, gdy nu-jazzowy, (słusznie) kojarzony z Ninja Tune nurt wyjałowił się już mocno, jeśli nie zupełnie. Co więcej, z duetu odpowiadającego za debiut w zespole został tylko klawiszowiec i elektronik Mark Kyriacou. Jego pomysł na „Passing Place” jest zasadniczo słuszny – zaprosić przyjaciół i jak najwięcej grać, a nie samplować, loopować, dosztukowywać. Skoro nawet Cinematic Orchestra tak właśnie stworzyło swój z perspektywy czasu najlepszy album („Man with a Movie Camera”), to czemu nie. Przyjaciół znalazło się wielu – dawny skład koncertowy, potężna sekcja dęta pod dowództwem Ray’a Dickaty, wokalistka Eleanor Mante. Fragmenty tej płyty, zwłaszcza w jej pierwszej części, należą do najciekawszych w dorobku całego nowo/około jazzowego brytyjskiego grania, wychodząc w stronę barw i przestrzeni Jaga Jazzist – czasem jednak zbyt jawnie. Czego brakuje kompozycjom, to Loka nadrabia widowiskowymi aranżacjami.

Niestety gdzieś w połowie zaczyna brakować pomysłów i pojawiają się niepotrzebne quasi-piosenki. Wokalistka jest zdecydowanie najsłabszym elementem tej układanki, a od pewnego momentu to nastrojowości tworzonej narracją głosu zaczynają być podporządkowane całe utwory. Z balonika uchodzi powietrze i potem z powrotem nadmuchać się go nie udaje. Można odnieść wrażenie, że świadomy ograniczeń konwencji Kyriacou chciał z niej wycisnąć wszystko co się da, podeprzeć się wszystkimi chwytami, jakie ninja-tune’owy niby-jazz stworzył. Ale nie wszystkie te chwyty są warte grzechu, niektóre są czcze i efekciarskie. Niektóre działają tylko w zwartych, błyskotliwych kompozycjach, a te nie są najsilniejszą stroną Loki. Wyciskanie estetyki do ostatniej kropli niestety czasem pokazuje tu całą jej atrakcyjność, czasem niestety pustkę.

[Piotr Lewandowski]