polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
ZA! Megaflow

ZA!
Megaflow

Tak wyobrażam sobie nagrywanie płyty przez hiszpański duet Za!:
Dwójka muzyków robi to w starym pokoju pełnym najróżniejszych rupieci. Na ścianie wisi portret Franka Zappy, a na podłodze masa najróżniejszych instrumentów – od perkusji i gitary basowej, przez klawisze, trabkę, klarnet czy maszynę do robienia sampli. Czasem grają żywiołowo, atakując natłokiem gitar, a kiedy indziej wrzucają elektroniczny bit i do niego dokładają tlące się melodie. Zaraz po nich obaj grają na bębnach, wykrzykując przy tym wymyślone słowa, przypominające plemienne rytuały (Nanavividedeñaña), a potem wplatają lśniąco brzmiącą elektronikę. Narracja upływa niby bez składu, ale jakiś porządek tutaj jest – w końcu pracują z głową i swoje muzyczne fascynacje filtrują w ciekawy i spójny sposób. Czuć w tym też ducha Lado ABC, chociaż ich płyt muzycy Za! nie znają (jeszcze!) - na przykład tak jakby Paristetris grali covery Eda Wooda. Albo na odwrót. Dla mnie to jedna z najbardziej bezkompromisowych płyt tego roku. A najlepsze jest to, że czuje się, że powstawała z ogromną lekkością i dużym poczuciem humoru, nie zdziwiłbym się gdyby to było w momencie między kolacją, a finałem Ligi Mistrzów, w którym Barcelona - z której pochodzi Za! - zdobywa puchar. A dwójka Hiszpanów muzyką zdobywa go razem z piłkarzami.

[Jakub Knera]