polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Za! Eduard Pou - wywiad

Za!
Eduard Pou - wywiad

Koncert Za! podczas tegorocznej edycji festiwalu Primavera Sound nie zmienił naszego życia, jak to było z występami u niektórych, ale na tyle mocno zwrócił uwagę i zachwycił, że postanowiliśmy podrążyć temat i spotkać się z Hiszpanami, żeby dowiedzieć się trochę więcej o swojej twórczości i podejściu do muzyki. Wyobraźcie sobie scenę, na której stoi basista i perkusista, w trakcie nieskończoną ilość razy wymieniają się instrumentami, śpiewają, krzyczą albo po prostu wariują. A do tego grają mieszankę muzyki od hardrocka, przez etno, elektronikę i jazz. "Przede wszystkim chodzi o zabawę", twierdzi perkusista zespołu Eduard Pou. Zapraszamy do przeczytania rozmowy.

Na początku powiedz mi co po Polsku znaczy Za!

Coś stoi „za” czymś np. to krzesło jest Za stolikiem.

Haha! Nieźle, czyli to przedimek, w każdym języku ma ciekawe znaczenie.

Tym bardziej, że to takie krótkie słowo. Chciałem właśnie zacząć od nazwy – wpisujecie się w grupę dwuliterowych zespołów – Zu, Zs...

Tak, graliśmy z jednym i drugim i doszliśmy do wniosku, że musimy zrobić wspólnie festiwal – Za! Zu Zs. Jest także Ze'V, z którym w marcu graliśmy w Stanach Zjednoczonych. A tak naprawdę nazwa jest bardzo krótka, ma wiele znaczeń w każdym języku, a poza tym na spisach przy festiwalach jesteśmy zawsze na końcu (śmiech).

Kiedy trafiłem na Wasz koncert na Primavera Sound widziałem, że przy graniu macie mnóstwo zabawy na scenie, a jednocześnie nie tracicie kontroli nad występem. Poza tym poruszacie się w diametralnie odmiennych stylistykach – od rocka, elektroniki, jazzu, po muzykę etniczną.

Naszą wiodącą ideą jest to, żeby mieć dobrą zabawę. Granie w zespole nie jest naszym głównym zajęciem, oprócz tego normalnie pracujemy. Więc nie mamy ciśnienia na to żeby nasz zespół jakoś konkretnie brzmiał, żeby spełniała wymogi albo żebyśmy na nim zarabiali. Słuchamy bardzo różnorodnej muzyki i to naturalnie przekłada się na to co tworzymy. Łapiemy się jak najwięcej liczby instrumentów, jednocześnie starając się wyważać granie naszej muzyki między zaplanowanymi kompozycjami, a improwizacją.

Ale każdy koncert jest praktycznie inny – piosenki z naszej poprzedniej płyty „Macumba O Muerte” cały czas się zmieniają i aktualnie brzmią zupełnie inaczej niż w momencie gdy je nagrywaliśmy. Podam ci przykład kawałek „Bugamaistah, Spazzfrica Ehd & Papa Dupau Vs Ceacescu”, który otwiera tę płytę zaczyna się partią śpiewu, a obecnie zaczynamy go grać na keyboardzie, a wokal pojawia się dopiero później.

W Waszej muzyce jest sporo ducha Franka Zappy.

Tak, chociaż szczerze mówiąc nie znam jego muzyki zbyt dobrze, w tym jest lepszy mój kolega z zespołu, który gra na basie. Rok temu byliśmy w Niemczech na festiwalu poświęconemu osobie Zappy. Bardzo podobały mi się zespoły, które obracały się w kręgu jego muzyki. To co nas różni to na pewno fakt, że Zappa był o wiele lepszym muzykiem niż my i nagrał masę płyt, ale robił dokładnie to co chciał - tak jak my.

W Polsce też mamy sporo zespołów, które łączą wiele muzycznych gatunków w bardzo spójny sposób. Za! Jest opisywany jako duet, który gra na 9 instrumentach. Czy to celowe działanie żeby grać tylko w 2 osoby czy wyszło z ograniczonych możliwości?

Najpierw graliśmy w trójkę, ale 3 lata temu trzeci członek zespołu przeniósł się do Wschodnio Południowej Azji, gdzie studiuje w Bali muzykę gamelańską. Granie w dwójkę to dobra sprawa – kiedy jest nas dwóch, zawsze każdy musi lubić tę muzykę, którą tworzymy. Normalnie mamy salę prób z innymi zespołami więc często pożyczamy od innych instrumenty, a ponadto wykorzystujemy sample. Ja gram na bębnach, klarnecie, klawiszach, wokale, zbieramy ich ile się tylko da.

Szczególny aspekt w Waszej muzyce ma jej performatywność. Słuchając płyty czuć Wasza zabawę piosenkami. Ponadto często wyśmiewacie pewne konwencje.

Tak, na „Megaflow” kowerujemy zespół, który nie istnieje. Czasem myślimy: zróbmy typową piosenkę metalową lub typową piosenkę fado. Na naszym ostatnim koncercie w Walencji graliśmy cover Rage Against the Machine i ktoś powiedział nam, że to przypomina mu zespół Karate. Wiesz, chodzi o to, żeby dobrze się bawić.

Na żywo nabiera to jeszcze pełniejszego wymiaru i znaczenia.

To jak wykonujemy utwory, wiąże się z tym jak brzmią. Oczywiście nie przygotowujemy się do tego – to wynik sytuacji, tego jak czujemy się na scenie. To nie performance tylko sposób w jaki odczuwamy muzykę. Na scenie Ray Ban na Primavera Sound było trochę dziwnie, bo dystans między nami a ludźmi był bardzo odległy. Normalnie staramy się kończyć koncerty z publicznością na scenie – każdy może grać na bębnach, wziąć gitarę albo wykorzystać sample. Często kończy się to niestety chaosem, ale równie często wszystko brzmi bardzo fajnie.

Na „Megaflow” brzmicie bardziej radykalnie, ekspresyjnie, potężnie niż na „Macumba O Muerte”.

Miniony rok to był bardzo udany okres. Odwiedziliśmy wiele miejsc, w których wcześniej nie byliśmy, graliśmy w różnych klubach. Spotkaliśmy masę zespołów np. w Nieczech jest mnóstwo ludzi, którzy patrzą na muzykę tak samo jak my, albo inspirują się tymi samymi zespołami. To dziwne i wspaniałe. Poza tym często nasze problemy szybko były rozwiązywane – na przykład gdy zepsuł się nam samochód, pojawił się ktoś kto mówił „o, jesteście Za!, pomogę wam”. To jest właśnie Megaflow! Taki był ostatni rok.

Myślę, że mogę nazwać was eksperymentalnym zespołem w porównaniu do reszty hiszpańskich zespołów, które kojarzę. Zazwyczaj kiedy przyjeżdżam na Primavera Sound, wszystkie hiszpańskie grupy, które tam występują to typowe rockowe kapele, przeważnie dosyć nudne i przewidywalne. Za! wyłamuje się według mnie z tego schematu i niesamowicie mnie zaskoczyło. Jak przedstawia się eksperymentalna scena muzyczna w Barcelonie i Hiszpanii?

Tak naprawdę nie ma zbyt wielu zespołów, które grają muzykę w klimacie podobnym do naszego. Ale jest mnóstwo kapel, które dzielą to samo podejście do twórczości, zabawę. Na przykład dzielimy salę prób z popowym zespołem, którego wokalista śpiewa tak jakby płakał. Na początku każdy się dziwił – co to do cholery jest za muzyka? Ale przecież to jest właśnie to na co ma ochotę i tak robi wiele kapel.

Jest może kilka grup w Hiszpanii, z którymi się przyjaźnimy i które lubimy. Pony Bravo, którzy w niesamowity sposób łączą w swojej twórczości tradycję flamenco z wpływami Can i krautrocka. W Walencji jest zespół Betunifer, bardziej hardcorowy zespół, ale grający w niesamowity sposób. Na okładce naszej ostatniej płyty jest mapa „Megaflow” z zespołami z którymi graliśmy w minionym roku.

Zazwyczaj na okładkach dziękuje się wielu osobom, my postanowiliśmy stworzyć taką mapę tego co wpłynęło na charakter naszej muzyki. Więc jeśli spojrzysz na nasza okładkę to już wiesz, na które kapele warto zwrócić uwagę (śmiech).

[Jakub Knera]