polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Sza/Za wywiad

Sza/Za
wywiad

Paweł Szamburski i Patryk Zakrocki mają na koncie tylko jedną wspólną płytę „Przed południem, przed zmierzchem”, ale idealnie oddaje ona ideę ich projektu – wejście z improwizowaną, samowystarczalną muzyką w interakcje pozamuzyczne. W ubiegłym roku Sza/Za byli aktywni niemal non-stop, wkraczając coraz śmielej w teatr, taniec, performance. Zapraszamy do rozmowy z muzykami.

Choć SzaZa ma tylko jedną płytę na koncie, to ubiegły rok był dla Was bardzo płodny: łącznie objawialiście się w aż siedmiu wcieleniach. Mógłbyś nas po nich krótko oprowadzić?

[Paweł] Pierwsze wcielenie SzaZy to KingKong - SzaZa, polegające na zaproszeniu do współpracy Marcina Gokieli. Druga kooperacja to Cieplak – SzaZa, z reżyserem Piotrem Cieplakiem. Potem rozpoczęliśmy projekt Starewicz - SzaZa – polegający na stworzeniu muzyki do niemych filmów Władysława Starewicza. Ten projekt mamy też zamiar kontynuować. Następnie był Dada von Bzdülöw - SzaZa, czyli spektakl z teatrem tanecznym z Gdańska „Caffe Latte”, Globisz – SzaZa z wiadomym aktorem, Polański – SzaZa, czyli filmowy wyjazd do USA, Islandii, Norwegii i na koniec Pracownia Fizyczna - SzaZa, czyli też współpraca z tancerzami, ale tym razem z Łodzi.

Gdybyśmy rozmawiali na początku roku 2010, to ilu z tych siedmiu wcieleń byś się spodziewał?

[Paweł] Spodziewałbym się pięciu, bo pierwotnie na tyle spotkań interdysyplinarnych otrzymaliśmy dofinansowanie od miasta Warszawa. Złożyliśmy wniosek o dofinansowanie pięciu konkretnych kooperacji: z KingKongiem, Cieplakiem, Globiszem i dwóch z tancerzami. Dostając dofinansowanie, byliśmy więc niejako zobligowani do przeprowadzenia wszystkich części projektu, ale przy okazji udało się wszystko udokumentować audiowizualnie. Planujemy więc wydać całość na DVD.

Pierwsza płyta SzaZy zbierała w zasadzie muzykę z dwóch spektakli. W połączeniu z zeszłorocznymi wcieleniami można odnieść wrażenie, że jesteście zespołem stricte projektowym, odnajdującym się właśnie w konkretnych realizacjach. Zgodzisz się?

[Paweł] Być może wynika to z założenia, które przyjęliśmy już na samym początku istnienia naszego duetu: postanowiliśmy, że będziemy opierać się na współpracy z różnymi dyscyplinami sztuki, bo to nas najbardziej inspiruje. Ponadto, wydaje mi się, że udaje nam się w ten sposób stworzyć coś na tyle unikatowego, że wypełniamy niewykorzystaną lukę na rynku kulturalnym. Na ogół zespoły funkcjonują w stricte koncertowym trybie, albo zajmują się np. pisaniem muzyki do filmu, teatru czy reklamy, pozostając schowanymi za produktem, a po skonsumowaniu tego produktu przez odbiorców muzyka rozpływa się i znika. A my za cel postawiliśmy sobie wejście z muzyką w interdyscyplinarną przestrzeń, ale tak, by zmienić jej rolę, wyjść ponad same tylko akompaniament. Bardzo duże zasługi miały w tym „spektakle bez głosu” z Piotrem Cieplakiem, w których cała sfera audio została oddana w nasze posiadanie. Zdaliśmy sobie sprawę z siły naszego głosu. Potem tę ideę przenieśliśmy do filmu czy tańca. Co prawda gramy czasami koncerty jako duet SzaZa, ale w ich trakcie zawsze okazuje się, że stricte koncert to jednak nie jest, pojawia się większy lub mniejszy element performance'u, happeningu.

[Patryk] Tak, obaj lubimy też po prostu improwizować, więc poza projektami o których wspomniał Paweł, gramy też gramy - muzykę improwizowaną dla samej Muzyki, np. graliśmy tak z Candi Saenz Valiente, z Asją... Są to mniej spektakularne oblicza SzaZy ale dla mnie bardzo ważne. A pamiętasz Paweł mongolską śpiewaczkę?

[Paweł] Oj tak, pamiętam. To było specyficzne doświadczenie. Kobieta była niezwykła, śpiewała pięknie, ale w bardzo tradycyjnym mongolskim obliczu, co wykluczało wspólną improwizację i jakieś wykroczenie z kultowego schematu. Mimo to bardzo cenne przeżycie!

Poruszyliście wątek, o który chciałem zapytać – w recenzjach teatralnych i filmowych w Polsce praktycznie nie ma mowy o muzyce. Jeśli pojawia się ona w recenzji, to jako marginalne tło. Czy zderzyliście się z takim podejściem wchodząc w tę interdyscyplinarną przestrzeń?

[Paweł] Zdecydowanie. Szczególnie analizując recenzje „Przed południem, przed zmierzchem” szukałem wzmianek o muzyce. Dzięki temu, że nasza obecność w spektaklu była żywa, intensywna, mocno zaznaczona, to nawet stricte teatralni recenzenci poświęcali uwagę samej muzyce. Czasem tylko jedno zdanie, czasem dwa, ale to już było coś. Z tym, że z reguły brakuje im narzędzi analizy pozwalających na szerszy opis. Ale coś się pojawiało, to ważne. Bardzo satysfakcjonujące było to, że w recenzjach „Utworu sentymentalnego” Teatru Montownia recenzenci dostrzegali, że spektakl tyle samo zawdzięcza aktorom, co muzyce. Teraz, gdy rozpoczynamy nową współpracę z twórcami teatralnymi i reżyserami, to już na wstępie zaznaczamy potrzebę swojego, równoważnego z ich głosem, terytorium. Grając do filmów Polańskiego staramy się zmieniać wydźwięk scen, komentować je, zmieniać rytm narracji i nastrój np. wyśmiać scenę groźną, a nasycić grozą scenę lekką.

A propos Polańskiego: było sobie łatwo wyobrazić, że gracie do Starewicza – to filmy nieme, brane już na warsztat np. na warszawskim Święcie Niemego Kina. Przypadek Polańskiego jest mniej oczywisty, to także filmy nieme?

[Paweł] Gramy do siedmiu filmów Polańskiego, dwa z nich są nieme: Morderstwo” i „Uśmiech zębiczny” i w nich mamy największe pole do popisu. Ale w całym, ponad godzinnym show złożonym z siedmiu filmów jest tylko jeden dialog. Realizujemy go dokładnie tak, jak w oryginale. W większości tych filmów oryginalnym soundtrackiem była muzyka Krzysztofa Komedy, nagrana w tradycyjny, linearny sposób przez zespół młodych muzyków. Tak na marginesie, momentami dość niedojrzała, ale z drugiej strony urocza. Do niej też staramy się nawiązywać i lekko ją cytujemy, ale tamtą muzykę jako taką usunęliśmy i stworzyliśmy od podstaw nową. To jest o tyle prostsze, że w tych filmach muzyka nie była zsynchronizowana z obrazem, tylko rozwijała się linearnie. Nasz soundtrack jest bardzo mocno związany z narracją i tempem akcji poszczególnych filmów, niemal jak muzyka Carla Stallinga w starych kreskówkach Disneya. Choć czasem idziemy pod prąd i działamy na granicy małego wandalizmu, jak gdybyśmy domalowywali Mona Lisie wąsy. Mam wrażenie, że dzięki temu skupiamy czasem na muzyce więcej uwagi niż same filmy, które powiedzmy sobie szczerze – nie były całościowo arcydziełami, to w gruncie rzeczy głównie etiudy i ćwiczenia studenckie.

[Patryk] Tak, miejscami robimy retusze, tak jak w morderstwie, które nie opowiada w sposób pełny historyjki w samym obrazie. Jest to po prostu pierwszoroczne ćwiczenie reżyserskie - my dodając dźwięki spoza kadru zmieniamy nieco wymowę i temperaturę akcji. I tak w niektórych przypadkach realizujemy zamiary reżysera podkreślając dramaturgię, lub podążając za treścią obrazu a w innych przypadkach znajdujemy to, co interesuje nas obecnie, odczytujemy te prace ze współczesnej nam perspektywy. I bawimy się tym.

Być może ten wandalizm jest łatwiej przyswajany przez publiczność, bo Wasze brzmienie jest raczej lekkostrawne, ma przyjemną barwę i harmonię.

[Paweł] Rzeczywiście. Bazą są nasze dwa podstawowe instrumenty: skrzypce i klarnet, ale dochodzi do nich mandolina z przesterem, która wprowadza lekko rockowy sznyt.

[Patryk] Mbira, również z przesterem, oscylator, gwizdki...

[Paweł] Kolejne składniki do beatbox, loopy, co w połączeniu z silną korespondencją instrumentów z obrazem daje całość, która nie jest masywna, ani przytłaczająca. Jest na tyle ażurowa, że dobrze czuje się z obrazem filmowym. Dla mnie natomiast najcenniejszą cechą projektu Polański - SzaZa jest jednak zabawa z idiomami, z oczywistościami, schematami, które dziś znamy już świetnie z historii kina. Wiemy, że muzyka z horroru brzmi w jeden, a z sielankowej komedii w inny sposób, a my bierzemy konteksty i schematy i zaczynamy się nimi bawić. To chyba podoba się publiczności i nam najbardziej.

Premiera projektu odbyła się w Krakowie, a potem wyjechaliście do Stanów. Może to pytanie banalne, ale czy recepcja całego spektaklu różniła się bardzo w Polsce i w USA?

[Paweł] Abstrahując od tego projektu, już wcześniej zdałem sobie sprawę z zupełnie innej recepcji samych artystów występujących na scenie w Polsce i za oceanem. W Polsce gramy od wielu lat, dla niezwykle życzliwej publiczności. W Krakowie graliśmy dla bardziej międzynarodowej i też było świetnie. Dużo gorzej było na Północy, np. w Norwegii, ludzie odbierali nas chłodniej i bardziej analitycznie, co się okazało w rozmowach po koncercie. A w Stanach od momentu wprowadzenia na początku show – robiliśmy taki krótki wstęp, wyjaśniający ideę projektu – po sam koniec koncertu czuło się niesamowite wsparcie, a po koncertach chęć kontaktu, rozmowy. To bardzo ciepła publiczność, interaktywna, może z małymi wyjątkami np. w naszym przypadku w San Francisco. Ciężko więc oceniać jednoznacznie.

[Patryk] Ale oni nie bali się spontanicznej reakcji! W Waszyngtonie w Galerii Narodowej, miejscu, którego obawialiśmy sie najbardziej, że będzie drętwo itd., pamiętam jak tam publiczność reagowała owacjami w trakcie filmów, np. gdy imitowaliśmy mewy w „Dwóch ludziach z Szafą”. Czułem, że Amerykanie rozumieją nasze poczucie smaku i humoru i są z nami w każdym momencie. A zupełnie się tego nie spodziewałem.

W poprzednim numerze PopUpa zastanawialiśmy się z Mikrokolektywem nad tym, jakie jest ryzyko wyczerpywania się co jakiś czas formuły grania w duecie, zwłaszcza o nietypowym instrumentarium. Już wiemy, że Wy duet rozszerzacie o narrację albo pozamuzyczne środki wyrazu. Czy myśleliście też o poszerzenia duetu o kolejnych muzyków w ściśle muzycznym projekcie?

[Paweł] Zastanawialiśmy się nad tym, do tego stopnia, że w niedzielę 13 lutego gramy w Warszawie w kwartecie z Ksawerym Wójcińskim i Pawłem Szpurą, żeby sprawdzić jak zabrzmimy z dobrą sekcją kontrabasowo-perkusyjną. Faktura brzmienia naszego duetu i tak jest gęsta, bo oprócz samych instrumentów wykorzystujemy dużo efektów, looperów. Spełniamy więc swoje oczekiwania odnośnie tego jak chcemy razem brzmieć. Ale wszelkie próby współpracy przynoszą inspirujące niespodzianki np. jakiś czas temu zaprosiliśmy Candi z ParisTetris, co okazało się bardzo odświeżające. Usłyszeliśmy w swoich ramach świetny, improwizowany głos muzykalnej wokalistki, czego wcześniej nie próbowaliśmy. Próbując tych wszystkich kolaboracji i form współpracy, tak naprawdę bardzo rzadko gramy jako duet.

Czy jeśli ktoś przegapił te wszystkie projekty, o których mówiłeś, będzie miał szanse jeszcze je zobaczyć?

[Patryk] Tak, gramy je – udały się nam i nie mamy zamiaru ich ukrywać. W Warszawie chyba najczęściej gramy z King Kongiem czyli Marcinem Gokielim, który opowiada, hmm, bajki. A prawdopodobnie w Teatrze Ochota będziemy grać spektakl Piotra Cieplaka z Montownią i SzaZą „Utwór Sentymentalny”, który szczerze polecam. Ten projekt SzaZA z Cieplakiem też przecież gramy i będziemy go kontynuować dopóki nie pomożemy Piotrowi znaleźć wydawcy.

[Paweł] Docelowo wszystkie z nich nie mają być jednorazowymi efemerydami, mamy nadzieję, że będą realizowane również w tym roku. Już wiemy, że zagramy kilka spektakli Szaza - Dada von Bzdülöw, z projektem Szaza - Polański pojeździmy po Europie, a z SzaZa - Starewicz wybieramy się do Tokio i Pekinu, Madrytu i Kijowa. Tę ostatnią trasę odbędziemy dzięki Studiu Semafor i Piotrowi Kardasowi, któremu tak spodobał się grany na ich jubileusz projekt SzaZa – Starewicz, że Semafor potraktował nas jako towar eksportowy pod egidą polskiej prezydencji w UE.

W jakie inne projekty jesteście teraz jeszcze zaangażowani?
 
[Patryk] Poza SzaZa pochłania mnie masowanie dźwiękiem czyli projekt o nazwie "Gabinet Masażu Ucha Wewnętrznego", który polega na graniu koncertów dla jednego słuchacza, koncertów-performance w formie sesji terapeutycznej, masażu częstotliwościami... To dość szalony projekt i oczywiście niezbyt popularny, bo niewielu takich pojedynczych słuchaczy możemy wymasować z kolegą Jackiem Mazurkiewiczem, z którym to robię. Na razie odwiedziło nas ok. 90 osób. Gabinet jest nową jednostką mojego starego projektu Zakład Produkcji Dźwięku, który produkuje głównie słuchowiska i pozytywki a teraz również masuje ludzi dźwiękiem.

[Paweł] Oczywiście gram w Cukunft, kwartecie klarnetowym Ircha, Horny Trees oraz ostatnio dużo pracuję solowo – chciałbym w tym roku nagrać swój osobisty album dla Lado ABC. Ostatnio nagraliśmy  nową płytę Cukunft, tym samym kwartecie co poprzednią - Szpura, Rogiński, Gorczyński, Szamburski. Pierwszy raz w pełni profesjonalnie, w studiu, to piękne spokojne i kameralne kompozycje, głownie Raphaela. Płyta ukaże się w marcu nakładem Lado ABC. Będzie piękna. Poza tym powstaje również płyta kwartetu klarnetowego Ircha (Trzaska, Zimpel, Górczyński, Szamburski), na której wyszliśmy z założenia kolektywnej improwizacji, w której porządkującym trybem są zapisy graficzne i partytury nadające konkretne funkcje poszczególnym klarnecistom oraz charakter dźwięku, dynamiki czy nastroju. Dzięki temu osiągnęliśmy dość kontemplacyjny, spokojny materiał improwizowany, który, podobnie jak Cukunft, świetnie broni się jako album i w kontekście jego funkcjonowania - jako zupełnie inny fenomen niż koncert na żywo. W marcu, kwietniu zaczniemy z pewnością trasy koncertowe promujące te wydawnictwa.

Brzmi dobrze. Dzięki za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]

artykuły o Tu Nadaje Anatomia Rekina w popupmusic

recenzje Sza/za, Patryk Zakrocki, Paweł Szamburski, Mikołaj Trzaska Ircha Clarinet Quartet, Cukunft, Mikołaj Trzaska Ircha Clarinet Quintet With Joe Mcphee w popupmusic