polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Barn Owl Evan Caminiti i Jon Porras - wywiad

Barn Owl
Evan Caminiti i Jon Porras - wywiad

Czasy, kiedy muzykę opisywano jako „astralną” już dawno za nami, ale grupa Barn Owl w swoim połączeniu gitarowych drone’ów, transowego minimalizmu i folkowego powiewu do takich doświadczeń przybliża siebie i słuchaczy. Po związaniu się z Thrill Jockey Barn Owl uzyskują rozpoznawalność, na jaką zasługują, na ten rok planując dwa wydawnictwa – w czerwcu ukazała się epka „Shadowland”, we wrześniu premierą ma album „Lost In the Glare”. W międzyczasie na Off Festivalu po raz pierwszy zobaczymy Barn Owl w Polsce, a już teraz prezentujemy wywiad, jakiego udzielili nam Evan Caminiti i Jon Porras.

Oczekujemy Waszego pierwszego występu w Polsce. Czy macie jakieś muzyczne skojarzenia z Polską, jakąś wiedzę na temat polskich sceny albo kompozytorów?

[Evan] Nie, jesteśmy w tym temacie kompletnie nie wyedukowani. Musimy się sporo nauczyć. Nasz przyjaciel Phil Manley, który nagrywał nasze ostatnie trzy płyty, grał w ubiegłym roku na Off Festivalu z Trans Am i bardzo mu się podobało. Słyszeliśmy o Offie same dobre rzeczy, czekamy na niego i tak, to będzie nasz pierwszy raz w Polsce.

Niedawno graliście trasę po Europie w trio, a nową płytę, która ukaże się we wrześniu, nagraliście koncertowy, czy pozostaniecie duetem z dodatkowymi muzykami podczas nagrań w studiu?

[Jon] Na Off Festivalu zagramy w duecie. Na żywo przeważnie gramy we dwóch. Ale generalnie chcielibyśmy zmienić skład koncertowy. Czasami gramy również z Jacobem Heule, free jazzowym perkusistą z Bay Area, który również gra na naszym kolejnym albumie. Ale czasem, zależnie od występu, lepiej nam się gra jako duet. W studio zdecydowanie chcieliśmy rozszerzyć nieco instrumentarium, dlatego zaprosiliśmy przyjaciół do udziału w nagrywaniu nowego albumu. Wierzę, że można nagrać świetną płytę na dwóch gitarach, ale można zrobić jeszcze lepszą z udziałem większej liczby muzyków.

Obydwaj macie na koncie solowe albumy, Barn Owl na kilku płytach było w głównej mierze gitarowym duetem. Na „Lost In the Glare” w większości utworów instrumentów jest więcej, a momentami jesteście kwartetem. Formuła stricte gitarowego duetu stała się już ograniczająca?

[Jon] Wiesz, skupianie się jedynie na gitarach może być nieco ograniczające, ale z drugiej strony daje to wiele możliwości, szczególnie gdy używa się różnorodnych efektów. Lubimy eksperymentować ze strojem, z różnymi efektami, ze wzmacniaczami, więc jeśli chodzi o gitary, to nie ma dla nas zbyt wielu ograniczeń. Z drugiej strony, nie osiągniesz na gitarze tembru i tonu tambury, więc zaprosiliśmy naszego przyjaciela Mike’a Elroda, by zagrał z nami.

Ciekawa jest ewolucja Waszego instrumentarium. Wcześniej używaliście harmonii, teraz organów i tambury – funkcje te instrumentów są podobne, ale sonicznie są zupełnie inne.

[Evan] Generalnie, nowy album jest skoncentrowany wokół gitary. Gdy pracowaliśmy już jakiś czas nad nowymi kawałkami doszliśmy do wniosku, że w pewnych miejscach „Lost In the Glare” bardziej pasowałyby właśnie te nowe elementy. Piosenki są głośniejsze i mniej, powiedzmy, nawiązująco do folkowe, dlatego zdecydowaliśmy się zamienić harmonię na organy, które są głośniejsze, więc dorównują gitarom. Z drugiej strony, nastrój jest tego akurat utworu był o wiele łagodniejszy, stąd tambura. Gdy skończyliśmy ten pierwszy utwór, wydało nam się to trafione i poszliśmy za ciosem. Jednak punktem wyjścia dla tego albumu są gitary, jedynym wyjątkiem jest epka „Shadowland”, który właśnie się ukazała. Utwory na nią z założenia oparte są na syntezatorach i wokalach.

Wspomnieliście o efektach, które poszerzają możliwości gitar. Wiem, że nagrywacie na taśmę, ale czy w studiu pracujecie zupełnie analogowo? Zwracacie dużą uwagę na ustawienie głośników i rodzaj mikrofonów? Jak dużą uwagę przykładacie do sprzętu?

[Evan] Zdecydowanie skłaniamy się do oldschoolowego podejścia w studiu, szczególnie tak było gdy nagrywaliśmy „Shadowland” i „Lost In the Glare”. Nagrywaliśmy ten materiał w studiu Phila Manley’a, naszego inżyniera dźwięku. Jego studio to bardzo fajna przestrzeń z naturalnym pogłosem. Mieliśmy możliwość ustawienia mikrofonów zarówno blisko wzmacniaczy, jak również oddalenia ich w celu wychwycenia różnych rezonansów. Mieliśmy do dyspozycji dużo sprzętu, eksperymentowaliśmy z różnymi wzmacniaczami lampowymi, wybieraliśmy je według indywidualnych cech, zależnie od tego, co akurat robiliśmy.

[Jon]
Nasze brzmienie w dużej mierze określone jest przez fakt, że używamy lampowych wzmacniaczy. Takie wzmacniacze żyją jakby własnych życiem. Zwykłe wzmacniacze tego nie mają. Więc połączenie lampowych wzmacniaczy z pewnym zestawem efektów gitarowych ma dla naszego brzmienia duże znaczenie, również w studiu. Phil zajmował się większością technicznych spraw, jak na przykład doborem mikrofonów czy sprzętem nagrywającym. Bardzo lubimy nagrywać na taśmach i robimy to tak często, jak się da. Jest to droższa metoda, ale naszym zdaniem takie nagrania lepiej brzmią.

[Evan]
Nowy album po raz pierwszy zrealizowaliśmy całkowicie analogowo, uzyskaliśmy w ten sposób przyjemne, organiczne brzmienie. W obecnych czasach, gdy pod ręką są wszystkie cyfrowe narzędzia, które bardzo ułatwiają życie, to nie jest najprostsza metoda, dobrowolne ograniczenie. Ale kiedy pracujesz na analogowej technologii musisz się bardziej skupić na swoim wykonaniu, nacisk położony jest na inne elementy, możesz uzyskać efekty, których normalnie nie byłbyś zmuszony szukać, odkrywać nowe rzeczy i sposoby, uzyskiwać przeróżne rezultaty, których inaczej byś nie osiągnął.

Wasze koncerty to jeden długi utwór, bez podziału na piosenki w popowym znaczeniu. Ale na Waszym płytach kompozycje są relatywnie krótkie, w porównaniu do Sunn 0))) albo Earth, to przeciętnie chyba z połowę krótsze. Staracie się utrzymywać numery na płytach maksymalnie zwarte a większe formy rezerwujecie na koncerty?

[Jon] Utwory na płycie są krótsze dlatego, że dzięki temu możemy maksymalnie wykorzystać objętość albumu i zawrzeć w nim więcej pomysłów. Natomiast na koncertach lubimy grać godzinę bez przerw po to, by wywołać wrażenie zawieszenia w chwili. To również sposób na potrzymanie koncentracji słuchaczy. Mamy też większe pole do eksperymentów w muzyce, gdy nie przestajemy grać, a przy okazji utrzymujemy słuchaczy w skupieniu.

[Evan]
To dla mnie bardzo ważne, by na koncercie wejść w rodzaj transu, trwać w nim jak w zamkniętym kole. Koncert w stylu rockowego zespołu, który rzuca żartami pomiędzy kawałkami, nas nie interesuje, wolimy przenieść umysły słuchaczy gdzieś daleko. W odniesieniu do płyt, „The Conjurer” to dwa utwory, które zajmują praktycznie całą jedną stronę albumu, mają po 15 minut. Na „Ancestral Star” też są dłuższe numery. Po pracy nad taką formą teraz chcieliśmy skupić się na krótszych, bardziej zwartych kawałkach. „Ancestral Star” był złożony jakby z małych tematów, scen wewnątrz szerszego, jakby filmowego zdarzenia.

Koncert rockowego zespołu jest dobry kiedy piosenki mają kopa, a żarty są udane. Jakimi kryteriami kierujecie się oceniając koncert muzyki, jaką sami gracie?

[Evan]
Dla mnie dobry koncert to wciągające, transcendentalne doświadczenie, w którym zapominasz o rzeczywistości, o dniu, który właśnie minął i przenosisz się do miejsca, gdzie czas płynie w inny sposób. Kiedy potrafisz egzystować w dźwięku, który cię otacza. Trudno to określić, to przeżycie jak u derwiszy, jak z tradycji sufickiej – w tych rodzajach muzyki również pojawia się element transowy, w którym przez uczestnictwo w muzyce doświadcza się pewnej łączności z bogiem. Oczywiście nasza muzyka nie jest szczególnie religijna, ale chodzi o ten rodzaj doświadczenia, kiedy pozostawiasz świat materialny i wchodzisz w inny stan świadomości. Inspirują nas też minimaliści, jak Terry Rilley czy La Monte Young, którzy moim zdaniem mieli podobne założenia.

Kiedy zainteresowaliście się minimalizmem?

[Evan] Ja poznałem minimalizm kiedy studiowałem etnomuzykologię. Studiowaliśmy tradycyjną muzykę indyjską i profesor przedstawił nam również zachodnich kompozytorów tworzących pod wpływem klasycznej hinduskiej muzyki.

Czy uważacie tę muzykę jako ciągle ważny punkt odniesienia dla własnej twórczości? Czy raczej jako lekcję, którą odrobiliście na pewnym etapie rozwoju i teraz jesteście dalej, bezpośrednio do niej nie wracając?

[Jon] Wydaje mi się, że muzyka takich twórców jak Terry Riley czy Steve Reich jest czymś, co ciągle bierzemy pod uwagę komponując własne kawałki. Myślę, że Sunn O))) jest zespołem, który przykłada podejście i środki minimalizmu do metalu, a brzmienie Barn Owl to niejako spojrzenie na mroczny rock lat 1970’tych przez pryzmat minimalizmu. Tak, myślimy o założeniach i koncepcjach minimalizmu, gdy piszemy naszą muzykę.

Płytę „Headlands” nagraliście z The Infinite Strings Ensemble stosując tzw. strój naturalny (just intonation), w którym pracuje ISE. Kiedy czytam teorię tej techniki, to trudno mi zrozumieć jej znaczenie dla ostatecznego kształtu muzyki, dla tego, co słyszę. Czy możecie wyjaśnić osobie nie będącej muzykiem, na czym polega atrakcyjność tej metody?

[Evan] Powinieneś o to zapytać Ellen Fullman, która skonstruowała Long Stringed Instrument, na którym gra i była kluczową osobą dla naszej współpracy z The Infinite Strings Ensemble. My po prostu dostroiliśmy nasze gitary do jej instrumentu i jeśli chodzi o teorię stroju naturalnego, to nie jesteśmy bardzo kompetentni. Czytaliśmy o tym, ale jest to tak teoretyczne i matematyczne, że nie do końca się na tym skupialiśmy. Jesteśmy o wiele lepsi w elementach narracyjnych czy w tradycji muzyki folkowej, niż w takim akademickim podejściu. Ale współpraca z kimś takim jak Ellen, z całą jej wiedzą i doświadczeniem, spotkanie z innym podejściem, były bardzo cenne. W graniu w stroju naturalnym ciekawe jest to, że na pewno bardzo wiele się wówczas dzieje na płaszczyźnie harmonii, wyższe składowe harmoniczne są naprawdę obecne i w tym zakresie można osiągnąć więcej, niż grając w standardowym stroju. Ale mamy też swoje sposoby na uzyskiwanie różnych harmonii, nawet gdy używamy stroju otwartego, a nie stroju naturalnego. Każdy ma swoje podejście.

Evan, wspomniałeś, że nie chcecie zbytnio zagłębiać się w teorię, oraz, że studiowałeś muzykę w college’u. Czy kiedykolwiek poczułeś, że to co robisz jest zbyt teoretyczne, że nie chcesz studiować formalnych kwestii, ponieważ później będziesz myślał o swojej muzyce w tych kategoriach?

[Evan] Wiem, o czym mówisz. Początkowo poszedłem do szkoły studiować muzykę, ale potem doszedłem do wniosku, że nie chcę tego robić ze względu na sztywne struktury. Niestety nie byłem w szkole typu Mills College, która zachęca do eksperymentowania. To był Uniwersytet Stanowy w San Francisco. Co prawda Terry Riley tam niegdyś studiował, ale przeniósł się potem do Berkeley. Nie jest to zbyt postępowa instytucja, jeśli chodzi o wydział muzyczny. Ale coś pozytywnego z niej wyniosłem. Zajęcia na jakie uczęszczałem z zakresu etnomuzykologii, prowadził je Hafez Modirzadeh, niesamowity freejazzowy saksofonista, który grał na przykład z Ornette Collemanem. On miał naprawdę wspaniałe podejście, niekoniecznie współmierne z kategoriami muzyki zachodniej, potrafił patrzeć na muzykę z wielu różnych perspektyw.

Czy gdy tworzycie muzykę, łączą się z tym konkretne wyobrażenia? Kolory, kształty, przedmioty?

[Evan] Zawsze najpierw pojawia się muzyka. Sam nigdy nie próbuję zbudować żadnej dosłownej ilustracji przy pomocy dźwięku. To bardziej abstrakcyjna sprawa. Chodzi raczej o stworzenie uczucia, które próbujesz odtworzyć, czy nawet poszerzyć.

Czyli ten soundtrackowy posmak Waszej muzyki, który niektórzy w nim odnajdują, jest raczej projekcją słuchaczy, niż Waszym zamiarem?

[Jon] Dopóki muzyka tworzy obrazy, zostawiamy tę kwestię słuchaczom, ich indywidualnym wyobrażeniom uzyskiwanym poprzez dźwięk. Z drugiej strony, staramy się tworzyć muzykę, która porusza się pomiędzy chwilami ciszy, a ścianami przesterowanego dźwięku, między skromną grą gitary a splecionymi gitarowymi duetami. Chcemy w każdym kawałku tworzyć dźwiękowy ruch i prowokować uczucie fizycznej podróży. Niezależnie czy jest to obrazowe czy nie, w naszych utworach pojawia się pewna dźwiękowa narracja.


W tytułach płyt Barn Owl widzę wyraźne nawiązanie do światła.

[Jon] Według nas istnieje wiele wspólnych cech pomiędzy światłem a dźwiękiem. Jednym i drugim można manipulować, odbijać, uchwycić. Myślę, że jest wiele podobieństw pomiędzy ruchem światła i dźwięku, dla nas są ze sobą związane.

[Evan] Lubię czasami myśleć o muzyce tak, jak myślę o kolorach. Popołudniowe światło słoneczne kojarzy mi się ze sprzężeniem gitary, ciężko to logicznie wytłumaczyć, ale te zjawiska wzbudzają we mnie te same uczucia, bardzo silne i ożywcze.

Dzięki za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]