polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Menomena Brent Knopf - wywiad

Menomena
Brent Knopf - wywiad

Na nową płytę kazali czekać przeszło trzy lata, ale zdecydowanie było warto. „Mines” zespołu Menomena jawi się jako dzieło dojrzałe, dopracowane do najmniejszego szczegółu, będące owocem długotrwałych prac. Ta zwariowana grupa była do tej pory w Polsce tylko raz, dwa lata temu na Off Festivalu. Teraz promuje płytę na koncertach klubowych, a w przyszłym roku najpewniej będzie przemierzać Europę szlakiem festiwali. Nim to nastąpi, udało nam się porozmawiać z Brentem Knopfem, klawiszowcem i gitarzystą zespołu, podczas ich koncertu na dwudziestych urodzinach niemieckiego labelu City Slang. O współpracy w zespole, zagadkach, które można znaleźć na „Mines” i tym, na ile Menomena to normalny zespół, przeczytacie poniżej.

Bardzo dużo czasu minęło od „Friend and Foe” do "Mines". Co na to wpłynęło? Podobno mieliście prawie pięćdziesiąt pomysłów, na płycie znalazło się tylko 11 utworów.

To trwało tak długo, ponieważ czasem bardzo ciężko jest ogarnąć wiele rzeczy, gdy tworzy się płytę bez niczyjej pomocy. Wszyscy trzej zaczęliśmy iść w nieco innych kierunkach i potrzebowaliśmy trochę czasu, żeby zejść się razem.

Czy mieliśmy pomysły aż na tyle utworów? Nie sądzę, to raczej były szkice, fragmenty, ale nie gotowe utwory. Oczywiście zależy jak na to spojrzysz. Patrzę na komponowanie jak na spektrum - z jednej strony widzę pomysł, a z drugiej skończone dzieło. Jedenaście utworów przeszło ten cały proces, pozostałe to tylko zarysy, zaczątki.

Często dochodziło do takich sytuacji, kiedy jeden z nas tworzył piosenkę i mówił "Mam gotowy utwór!", ale pozostali mówili "Nie, to jeszcze nie jest gotowe" (śmiech). Pojawiało się więc pytanie na ile gotowa jest dana piosenka i to także wydłużało cały proces.

W międzyczasie Ty i Danny Seim wydaliście solowe płyty jako Ramona Falls i Lackthereof. W jakim stopniu te nagrania wpłynęły na Wasze postrzeganie muzyki Menomena?

Nie wiem, nie wydaje mi się, żeby to miało duże znaczenie. Może zmieniło w pewnym stopniu nasze nastawienie do zespołu, ale w moim przypadku ten projekt raczej sprawił, że łatwiej było mi nagrywać materiał na "Mines". Nauczyłem się więcej o procesie rejestracji dźwięku i produkcji, może byłem więc pewniejszym siebie producentem i twórcą.

Mogę powiedzieć, że Menomena nie jest normalnym, typowym zespołem...

Zdecydowanie, to prawda! (śmiech)

Nie ma u Was podziału w którym każdy gra na określonym instrumencie, ale wszyscy grają na wszystkim. Czy da się to racjonalnie ogarnąć?

Tak naprawdę jest bardzo duży bałagan (śmiech). Danny i Justin są bardzo dobrymi bębniarzami, wszyscy gramy na gitarze i pianinie. Co prawda nie gramy z Dannym na basie tak dobrze jak Justin, ale możemy to jakoś ukryć i udać, że tak jest. To bardzo otwarty proces - każdy z nas może tworzyć piosenki od podstaw samemu.

A jak wygląda cały proces? Ma kilka stadiów. Pierwszy to nagrywanie Deeler session (Digital Looping Recorder – program do nagrywania napisany przez Brenta). Spotykamy się i nagrywamy masę loopów. Danny tworzy bity (Brent nuci perkusję), Justin dodaje linię basu (Brent nuci linię basu), zapętlamy to, a ja dodaję pianino (Brent znów nuci). Bardzo szybko łączymy to z kolejnymi pomysłami np. partiami saksofonu, wibrafonu, śpiewem, gitarami. To zajmuje mniej więcej godzinę.

Odkładamy ten materiał i przesuwamy się o dwa lata do przodu. Wtedy nachodzi nas myśl "okej, musimy nagrać płytę", więc wracamy do tej sesji. Wyciągamy ją i staramy się połączyć zarejestrowane loopy w pełne struktury. Łączymy bębny z różnych partii i skaczemy między pomysłami. To drugi etap.

Trzeci etap następuje kiedy gramy dla siebie swoje piosenki, każdy osobno. No i oczywiście potem już nigdy więcej ich nie słuchamy, bo dochodzimy do wniosku, że wyszły kiepsko (śmiech).

Ale jednak udało Wam się nagrać album. Naprawdę mieliście dwuletnią przerwę czy pomysły na "Mines" wykreowały się wcześniej?

To zależy. Moje pierwsze pomysły zacząłem spisywać już w 2008 roku. Potem kontynuowałem to w 2009 i 2010 roku. Podobnie było z Dannym - mieliśmy mały wybuch pomysłów i kreatywności. Do 2009 roku nie słyszałem nic z tego co stworzył Justin - on jest w inkubacji, musi mieć raczej gotowe i skończone utwory, wcześniej zazwyczaj nie chce ich pokazywać. Więc zajęło to dużo czasu. W takiej sytuacji ciężko powiedzieć o tym, że mieliśmy jakąś wizję płyty - to raczej zbiór pomysłów, które powstały w naszych głowach w ciągu kilku lat. Gdybyś usłyszał nasze demo, ze zdziwieniem przyjąłbyś to, że np. Danny grał reggae.

Menomena gra reggae? Brzmi nieźle! (śmiech)

Z drugiej strony ja słuchałem głośnej, noise'owej muzyki, a Justin jeszcze czegoś innego. Nasze płyty po prostu się wydarzają, nie ustalamy wybranego kierunku.

Czy potraficie spojrzeć na Waszą muzykę z dystansu? Wszystkie dotychczasowe albumy nagraliście samodzielnie i wszystkie samodzielnie wyprodukowaliście. Czasem producent może spojrzeć na muzykę z innej strony.

To prawda. Myślę, że w naszym przypadku problemem jest to, że nie mamy kasy na producentów, których moglibyśmy zaprosić. A druga sprawa to fakt, że nasz proces nagrywania płyty trwa wieczność. Więc dla producenta praca z nami byłaby jak ogromny, wieloetapowy i męczący turniej, który musi przejść od początku do końca, żeby płyta była skończona. Ale oczywiście jest kilku producentów, z którymi moglibyśmy współpracować - niestety Ci, z którymi się kontaktowaliśmy, byli zajęci. Więc postanowiliśmy kolejny raz zrobić to samemu.

Na "Mines" uwagę przyciągają teksty. Wciąż pamiętam Menomenę jako wesoły zespół z teledysku "Wet & Rusting", gdzie robicie różne dziwne rzeczy. Ale na Waszej nowej płycie jest mnóstwo piosenek trochę sentymentalnych, refleksyjnych a czasem nawet smutnych...

Możliwe, w pewnym stopniu czuję, że to trochę mroczniejsze nagranie. „Mines” jest chyba dokładniej skonstruowany, każda piosenka jest wygładzona, nie ma tutaj całej gamy szalonych dźwięków, które co chwilę przyciągałyby uwagę. Pod tym względem faktycznie może być bardziej dojrzały. Życie każdego z nas się zmieniło, trochę inaczej postrzegamy wiele spraw, naszych relacji, więc musiało się to odbić na płycie. Teraz przykładaliśmy do tekstów większe znaczenie – nie tylko musiałby dobrze współbrzmieć z muzyką, ale też coś za sobą nieść. Poza tym teksty, które piszemy to bardzo osobista sprawa, zazwyczaj o nich nie rozmawiamy.

Ok, w takim razie nie będę o to pytał.

Nie nie, miałem na myśli, że nie rozmawiamy o tym w zespole. Każdy z nas pisze tekst i potem po prostu je nagrywamy.

Drugim elementem, który zasiał we mnie nutę niepewności, jest okładka Waszej płyty - rzeźba z połamanymi rękoma i oderwaną głową. W przeciwieństwie do "Friend and Foe", wygląda wręcz przerażająco.

Tak, jak zwykle myśleliśmy o wizualnej reprezentacji naszej muzyki. Statuetka z brązu na okładce została skradziona w 2007 roku, a złodzieje którzy to zrobili wszystko zniszczyli - oderwali dziecko, które było do niej przyczepione, oderwali jej ramiona, nogi i chcieli oderwać jeszcze głowę. Ostatecznie zabrali medal, który postanowili sprzedać za kilkaset dolców. Policja złapała ich miesiąc później, a po roku znaleziono statuetkę, która była już kompletnie zniszczona, niedaleko miejsca w Portland, gdzie nagrywaliśmy album (złodzieje - była ochroniarz i jej chłopak - cięli rzeźbę o wartości 81 tys. dolarów na części przez niemal miesiąc, a sprzedali je za 260 dolarów, żeby uzyskane pieniądze przeznaczyć na narkotyki – jak wyglądała wcześniej można zobaczyć tutaj). Ale mimo wszystko wciąż jest to interesująca rzeźba, zwłaszcza jeśli znasz całą historię. To dosyć dramatyczne, zazwyczaj o tym nie mówię.

To trochę smutniejsza okładka niż nasza poprzednia, stworzona przez Craiga (Thompsona - przyp red.), ale chcieliśmy umieścić na niej coś specjalnego, co w jakimś stopniu wiązałoby się z zawartością płyty.

Dziwnie tytułujecie też piosenki np. „BOTE”, “INTIL” czy “TAOS”. Ciężko nie próbować rozwiązywać tych zagadek.

Faktycznie są trochę zagadkowe. Łatwo rozszyfrować „INTIL” - to po prostu skrót od I Never Thought I'd Lie. Pozostałe to również akronimy, ale już nie tak oczywiste. Nie sądzę, żeby ktoś je odgadł i oczywiście Ci tego nie zdradzę (śmiech).

Chociaż muszę przyznać, że czasem - jak widać to w przypadku INTIL - są to skróty, które powstają w procesie nagrywania. Nie piszemy całych tytułów, więc je skracamy, po prostu.

Jasne, ale dziennikarze często doszukują się jakiś zagadek i ukrytych przesłań (śmiech). Podczas Waszej tegorocznej trasy gra z Wami jeszcze Joe Hedge. Dlaczego teraz zdecydowaliście się powiększyć skład koncertowy?

Joe jest naszym przyjacielem, jest bardzo utalentowany i gra w dwóch świetnych zespołach Tu Fawning i 31knots. Wiesz, kiedy tworzymy materiał jako Menomena, nie myślimy przyszłościowo. Piszemy piosenki i je nagrywamy, a dopiero potem dochodzimy do punktu, w którym musimy je razem zagrać. A tego wcześniej nie robiliśmy. Zawsze nagrywamy osobno. Więc kiedy już do tego doszło, okazało się że granie na żywo materiału z "Mines" jest niemożliwe i potrzebny był czwarty członek zespołu. Joe doskonale nas uzupełnił, wypełnił brakującą lukę i nadał Menomenie więcej życia na scenie.

[Jakub Knera]