polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Indigo Tree Blanik

Indigo Tree
Blanik

W notce prasowej drugiej płyty Indigo Tree czytamy, że za sprawą stylistycznej wolty zespół niejako debiutuje po raz drugi. Notorycznych debiutantów już w Polsce mamy, wystarczy. Peve Levy i Filip Zawada znajdują się na drugim biegunie „debiutanctwa” – objawili się płytą dojrzałą, silną w przekonaniu słuszności dokonywanych wyborów artystycznych i wracają płytą brzmieniowo odmienną, lecz w tych aspektach równie, jeśli nie bardziej wiarygodną. Wymiana brzmień quasi-akustycznych na zanurzone w lekkim przesterze gitary elektryczne jest tyle co ekwiwalentem zastąpienia pastelowej tonacji zwięzłą szarością okładki.

Nie o brzmieniowe innowacje tu przecież chodzi, gdyż Indigo Tree nowego podejścia do gitary nie wymyślą. Liczy się osadzenie rozpoznawalnej, ale autentycznej wrażliwości w nowym dla nich środowisku brzmieniowym. Co udało się doskonale, zwłaszcza, że talent do melodii i aranżacji wyciskających z ascetycznej formuły Levy i Zawada mają wybitny, a w instrumentalnej też radzą sobie tutaj nie gorzej. Efektem jest płyta rozpościerająca własny mikroświat, trochę rozmazany, wietrzny, piękny. I nie ma co więcej strzępić języka, skoro w tych dziesięciu piosenkach słyszymy tak wyraźnie, że najwięcej czasem można przekazać w kilku zdaniach i dźwiękach, tych właściwych. Fascynujące.

[Piotr Lewandowski]