polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Wildbirds & Peacedrums wywiad z Mariam Wallentin i Andreasem Werliin

Wildbirds & Peacedrums
wywiad z Mariam Wallentin i Andreasem Werliin

Wildbirds & Peacedrums dali o sobie znać już dwa lata temu w Szwecji, a rok temu na całym kontynencie, kiedy oficjalnie w Europie ukazał się ich debiutancki album, “Heartcore”. Promując swój najnowszy krążek „The Snake” zespół odwiedził Polskę podczas tegorocznego Off-Festivalu. Z Mariam Wallentin i Andrease Werliin udało nam się porozmawiać zaraz po niesamowitym koncercie jaki dali na Scenie Offensywa. Opowiedzieli nam o źródłach swojej muzyki, muzyce etnicznej a także koncercie marzeń, na którym chcieliby wystąpić. Do lektury zapraszamy poniżej, a jednocześnie przypominamy, że grupa odwiedzi nasz kraj jeszcze raz i to już niedługo – 20 listopada zagra w Gdańsku podczas trzeciej edycji festiwalu All About Freedom, na który już dziś zapraszamy.

Mariam, podczas koncertu śpiewałaś bardzo głośno, a utwór zaśpiewany bez mikrofonu chyba nie tylko na mnie zrobił kolosalne wrażenie. Jak Twój głos?

Mariam Wallentin: Całkiem dobrze (śmiech). Chociaż te wakacje są dosyć ciężkie – wiesz, latem praktycznie w każdy weekend występujemy na jakimś festiwalu. Kiedy mamy przerwę mój głos nie nadaje się do śpiewu. Ale przed Off-Festivalem byliśmy na innym festiwalu, więc teraz sytuacja jest ustabilizowana. Tak naprawdę mogłabym teraz śpiewać godzinami.

Jesteście ze Szwecji, ale wasza muzyka wcale nie brzmi tak jakbyście pochodzi z tego kraju. Skandynawia kojarzy się przede wszystkim z melancholijną, spokojną i chłodną muzyką. To co nagrywa Wildbirds & Peacedrums bardziej pasowałoby do krajów z południa Europy...


Andreas Werliin: Wiesz, nasza muzyka jest przede wszystkim reakcją na to wszystko co dzieje się dookoła nas, na to jak się czujemy. Nie jest czysta i wygładzona. Początki naszego wspólnego tworzenia muzyki opierały się na improwizacji, staraliśmy się znaleźć własną ścieżkę i obrać jakiś kierunek przy nagrywaniu piosenek, coś co w jakiś sposób brzmiałoby inaczej od tego co słyszeliśmy do tej pory.

Mariam Wallentin: Myślę, że nasza muzyka jest bardzo prymitywna, ale tak naprawdę najwięcej jest w niej energii, nie złości ale pozytywnej energii. W szwedzkiej muzyce zazwyczaj większy nacisk jest kładziony na atmosferę, klimat. To chyba różnica, w niej jest chyba więcej pasji, którą rozładowujemy w takiej a nie innej formie.

Andreas Werliin: Jest w niej zdecydowanie więcej ognia niż śniegu (śmiech)

Z pewnością, bardzo dużo

Mariam Wallentin: Mój ojciec jest z pochodzenia Persem, ale nie dorastałam z nim. Moja matka jest Szwedką i to właśnie z nią dorastałam. Ludzie czasem myślą, że z powodu perskiej krwi tworzę właśnie taką muzykę, może coś w tym jest...

Powiedziałaś, że wasza muzyka brzmi prymitywnie. Według mnie jest bardzo organiczna, jakby pochodziła wprost z natury, przyrody. Wykorzystujecie tylko perkusję, niczym plemienni muzycy a jednocześnie robicie to w minimalistyczny sposób łącząc ją z wokalem.

Andreas Werliin: W tym co mówisz, jest dużo racji. Grając we dwójkę chcieliśmy stworzyć bardzo minimalistyczne brzmienie. Gdybyśmy mieli ogromny zespół to byłoby co innego, wcześniej występowaliśmy w wielu składach, gdzie występowało więcej osób. Ale teraz mieliśmy ochotę na coś prostszego, a jednocześnie silniejszego w przekazie.

Mariam Wallentin: Mamy dużo wolności przy tworzeniu w taki sposób, tak naprawdę nie potrzebujemy niczego więcej. Andreas może grać niczym cały zespół – na rozmaite sposoby wykorzystuje perkusje i brzmienie bębnów. Ja tworzę melodie, akordy... Wielu ludzi grających na tym festiwalu wykorzystuje mnóstwo instrumentów, gitary, klawisze itd., ale w muzyce musi być dużo miejsca na wyobraźnię, stworzenie czegoś ciekawego w prosty sposób.

Wydaje mi się, że dobrze obrazuje to metalowy bęben na którym grałaś Mariam...

Mariam Wallentin: Tak, to bardzo dobry instrument. Często podczas koncertów gram też na cydrze i podręcznych organkach. Też lubię uderzać w coś, tak jak Andreas gra na bębnach.

Andreas Werliin: Tak, to ważne żeby to były instrumenty, w grę na których można zaangażować się fizycznie i w jakiś sposób odreagować.

Podobno waszym marzeniem jest zagrać na Festival au Desert w Mali.

Mariam Wallentin: Tak, skąd to wiesz?! (śmiech) To zabawne, kiedyś usłyszeliśmy nagranie z tego festiwalu, które brzmiała niesamowicie i doszliśmy do wniosku, że chcielibyśmy tam wystąpić. Zadzwoniliśmy do naszego przyjaciela z agencji bookingowej i powiedzieliśmy mu, że to nasz festiwal marzeń i chcemy tam zagrać. Potem próbował załatwić nam tam miejsce w line-upie, ale koniec końców nic z tego nie wyszł.
Ale tak naprawdę jest dużo interesujących miejsc, które chcielibyśmy odwiedzić Dziś pierwszy raz graliśmy w Polsce i byliśmy mocno zaskoczeni z powodu tłumu, który zjawił się na naszym koncercie. To bardzo fajnie, kiedy pojawiasz się w miejscu, w którym nigdy wcześniej nie występowałeś.

Wiele zespołów z Mali gra muzykę etniczną, ile więc takiego typu muzyki miało wpływ na to co gracie?

Andreas Werliin: Tak naprawdę praktycznie żaden. Nigdy nie słuchałem dużo world music, muzycznie słucham bardzo wielu gatunków, ale w muzykę folkową jakoś nigdy się nie zagłębiałem. Ale to ciekawe kiedy ludzie słuchają naszej muzyki i znajdują w niej mnóstwo odniesień do gatunków i zespołów, których nawet nie znamy albo nawet nie spodziewalibyśmy się, że można nas do nich porównać.

Mariam Wallentin: Ja bardzo lubię muzykę etniczną, Afryka jest bardzo ciekawym ośrodkiem gdzie jest dużo tego typu muzyki. Obecnie w dobie Internetu bardzo łatwo można znaleźć mnóstwo ciekawych tego typu zespołów i ich posłuchać. Ale słuchanie to dla mnie trochę za mało, muszę doświadczać muzyki. Oboje jesteśmy muzykami, którzy nie chcą brzmieć jak inne zespoły, wolimy ich słuchać, a potem stworzyć coś innego po swojemu.

Wspominam o tej stylistyce bo wasz koncert przypomina trochę taki tajemniczy rytuał plemienny z bardzo fizyczną i organiczną muzyką...

Mariam Wallentin: Myślę, że to bardziej odpowiednie określenie. Możliwe że twórcy muzyki etnicznej mają ten feeling który mamy my podczas grania koncertów. Może podczas występów dochodzimy do jakiegoś tajemniczego, nieokreślonego poziomu. Tak jak oglądasz filmy dokumentalne o zwierzętach, widzisz naturę i dostrzegasz, że jest w tym coś niedotykalnego, nieprzekraczalnego, może świętego. Może to na swój sposób nowa religia, która objawia się w muzyce?

Andreas Werliin: Kiedy tworzysz muzykę i nie masz prostej idei, według której chcesz brzmieć jak określony zespół w takim czy innym okresie, to co robisz jest dość abstrakcyjne, nie do końca da się to wytłumaczyć. Nie odnosisz tego do zjawisk, które są dookoła ciebie.

Mariam Wallentin: Raczej próbujesz, tworzenie muzyki to ciągłe próbowanie. Całe życie to wieczne próbowanie (śmiech), zadawanie wielkich pytań. Czasem gramy świetne koncerty, ale czasem zdarzają się naprawdę beznadziejne...

Zdarzyło się wam zagrać jakiś naprawdę kiepski koncert?

Mariam Wallentin: Miesiąc temu graliśmy w Cambridge dla ponad tysiąca ludzi. Wśród nich było wielu pijanych studentów. Graliśmy jako ostatni i to była pora, kiedy musieliśmy ściszyć muzykę. Była tak cicho, że prawie w ogóle nie można było jej usłyszeć. Wiesz, to była pierwsza w nocy, a wszyscy byli strasznie pijani (śmiech). To był naprawdę kiepski koncert, ale dobrze się bawiliśmy.

A najbardziej ekscytujący koncert?

Andreas Werliin: Tak naprawdę podczas tego lata mieliśmy takich bardzo dużo, głównie na festiwalach.

Mariam Wallentin:
W ubiegłym roku graliśmy w Chinach, występowaliśmy w jednej z komunistycznych szkół.

Andreas Werliin: Czuliśmy się jak wykładowcy komunistyczni z lat 70.

Wróćmy do waszej najnowszej płyty, „The Snake”. Wykorzystujecie instrumenty na których gracie na wiele sposobów. Na „Heartcore”, waszym debiutanckim albumie było to wyraźnie słychać. Ale ze względu na dość ograniczone instrumentarium chyba ciężej jest ciągle wymyślać coś nowego, prawda? Jak wyglądał proces nagrywania waszej drugiej płyty?

Andreas Werliin: Przede wszystkim komponowaliśmy jakieś pojedyncze dźwięki, które mogłyby być podstawą do całych kompozycji. Po pierwszej płycie graliśmy więcej koncertów, staliśmy się bardziej pewni i chcieliśmy brzmieć potężniej. Osobiście nigdy nie jestem do końca usatysfakcjonowany ze sposobów grania na bębnach w jaki powinno się na nich grać. Już odkąd miałem 15 lat zawsze próbowałem rozmaitych sposobów wykorzystania tego instrumentu, próbowałem odkryć różne możliwości jakie on daje, odkrywać nowe brzmienia.

Z waszą muzyką bardzo kojarzy mi się tegoroczna płyta Paula Wirkusa z Niemiec. Jest perkusistą i nagrał ostatni album w lesie.

Andreas Werliin: Naprawdę?

Tak, rozstawił zestaw perkusyjny pomiędzy drzewami i najpierw grał na nim, a potem zaczął wystukiwać rytm na gałęziach, korze czy wszystkim innym co znalazł w lesie. W Internecie można zobaczyć jak gra na tym wszystkim w krótkim filmie „Forest Full of Drums”.

Mariam Wallentin: Brzmi niesamowicie, jak się nazywa, Paul Wirkus? Muszę to sprawdzić...

Wasza muzyka jest pełna kontrastów, a na dodatek jesteście parą. Raz muzyka jest spokojna, raz hałaśliwa, czy to w jakiś sposób odwzorowuje wasze relacje?


Mariam Wallentin: Tak, masz rację, ale to nie było zaplanowane, po prostu tak jest. Część ludzi może odebrać ją jako bardzo mroczną i ponurą, ale tak naprawdę jej głównym punktem jest nadzieja, światło. Dla nas jako zespołu niezwykle istotne jest równomierne balansowanie muzyką. Podczas występów często patrzę na to jak reaguje publiczność, bo po niej często widać, czy nie kładziemy zbyt dużego nacisku na jeden z tych elementów. Czy to brzmi jak odpowiedź?

Andreas Werliin: Tak, brzmi całkiem dobrze (śmiech). Wiesz, we dwójkę bardzo szybko się nudzimy. W przeróżnych sytuacjach, nawet przy gotowaniu obiadu w domu. Jeśli coś się powtarza zbyt często nie sprawia nam to zbyt wiele radości. Ciągle staramy się odkrywać nowe rzeczy i nowe możliwości.

Mariam Wallentin:
Tak właśnie jest z nasza muzyką. To poszukiwanie, rezultatem niejest znajdywanie ale szukanie, nie odpowiedzi ale pytania.

Andreas Werliin:
Hm, to brzmi bardzo poetycko (śmiech)

Mariam Wallentin: Tak wiem, ale tak właśnie jest. Próbujemy różnych wokaliz, różnych brzmień bębnów i wielu innych instrumentów, to wieczne poszukiwanie.

A jak to wygląda podczas koncertów?

Mariam Wallentin: Przede wszystkim gramy nasze piosenki, ale nasze koncerty mogą być bardzo różne od siebie. Czasem możemy zagrać spokojniej a innym razem bardzo drapieżnie, intensywnie. To na swój sposób wyzwanie.

Andreas Werliin:
Gramy w wielu różnych projektach z wieloma przeróżnymi muzykami. Ale kiedy wracam do Wildbirds & Peacedrums po innych występach czuję się naprawdę szczęśliwy grając jako duet. Te momenty, w których jesteśmy osobno i nie możemy wspólnie grać są najtrudniejsze łamie nam serce

Mariam Wallentin: Och, teraz ty brzmisz tak poetycko (śmiech). Gra w zespole jest trochę jak relacja z drugą osobą. Jesteśmy parą więc wiadomo, że to się jakoś odbija na naszej muzyce. Więc jeśli nie możemy czegoś razem tworzyć to na swój sposób faktycznie łamie nam to serce, czujemy się wręcz tak jakbyśmy spali w osobnych pokojach.

[Jakub Knera]