polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Lao Che Gospel

Lao Che
Gospel

Zespół Lao Che bez wątpienia należy do najciekawszych zjawisk na polskiej scenie muzycznej. Status ten udało im się osiągnąć bardzo szybko, bo zaledwie po wydaniu dwóch płyt. W debiucie zanurzyli się w otmęty opowieści z kresów wschodnich interpretując je przy pomocy środków sięgających od ambientu po mroczny rock. Później przyszło "Powstanie Warszawskie" płyta-symbol, która z powodzeniem zmierzyła się z tym pomnikowym wydarzeniem, wzbudzając entuzjastyczne recenzje zarówno krytyków, jak i w niezwykły sposób przeżywających ją na koncertach słuchaczy, a nawet wiekowych uczestników tamtych wydarzeń.

Ubocznym efektem sukcesu było wywindowanie poprzeczki do niebotycznych wysokości. Dotychczasowe obydwa koncept albumy były znaczącymi i szeroko dyskutowanymi wydarzeniami nie tylko z powodu ich zawartości i przeżywanych doznań muzyczno-tekstowych, ale również ze względu na sam pomysł, podjęty temat i sposób jego interpretacji. Tak było zwłaszcza w przypadku "Powstania...". Konsekwencją takiej sytuacji był fakt, iż tworząc nową płytę, zespół musiał starać się nie tylko, aby była ona dobra pod względem muzycznym, ale znalazł się również pod presją oczekiwań, że będzie ona czymś więcej niż zbiorem utworów, że będzie prawdziwym wydarzeniem. Muzycy bronili się przed tym jak mogli, odżegnując się od nagrywania kolejnego koncept albumu, chcąc pokazać, że potrafią grać także w inny sposób. Ta ucieczka od przeszłości nie do końca im wyszła, ale nie przeszkodziło to w nagraniu kolejnej świetnej płyty.

"Gospel" miał zawierać zupełnie inną muzykę niż wcześniejsze płyty obarczone ciężarem gatunkowym podejmowanych tematów. I rzeczywiście, najnowsze utwory są żywiołowe, energetyczne (to już było), ale przede wszystkim po prostu wesołe. Stanowią spore wyzwanie dla elastyczności słuchaczy - bazują one na rockowym brzmieniu, ale odnajdziemy tu zarówno punka, odrobinę reggae, wpływy klezmerskie, jak i latynoskie rytmy a wszystko to podane w cyrkowo-kreskówkowym sosie. Płyta aż kipi od dynamicznych i wpadających w ucho melodii, które niewątpliwie doskonale sprawdzą się w warunkach koncertowych. Do tego otrzymujemy ciepłe brzmienie, które powstało dzięki nagrywaniu w technice analogowej w studiach Polskiego Radia. Być może przedłużyło to wydanie płyty, ale w zamian udało się w tych dźwiękach przełożyć radość, jaka towarzyszyła ich tworzeniu.

Lao Che nie byłoby jedynak tym, czym jest, bez tekstów Spiętego. Na "Powstaniu..." w genialny, stylizowany sposób oddał on nadzieję, męstwo, desperację i gorycz porażki uczestników zrywu. Tutaj po raz pierwszy miał stworzyć słowa, które nie byłyby ciągiem dłuższej opowieści. A jednak właśnie w tym miejscu zespołowi nie udało się uciec od idei koncept albumów, gdyż większość z warstwy lirycznej "Gospel" obraca się wokół jednego tematu. Z resztą sam Spięty przyznaje, że woli pisać w taki sposób, gdyż pojedynczy utwór jest zbyt niewielką formą dla pełnego przedstawienia danej historii. Zgodnie z jego zamiarem, teksty na nowej płycie miały prowokować. Udało mu się trochę w sposób przewrotny, bo chodziło mu o prowokowanie do myślenia, a wyszła prowokacja trochę większego kalibru. Ale czemu się dziwić, skoro podjął on tematykę religii i wiary.

Rzecz jasna, zespół nie przeistoczył się w oazowych grajków czy kolejne wcielenie 2Tm2,3. Spięty korzystając z bardzo potocznego słownictwa próbuje zmagań w określaniu miejsca religii w życiu współczesnego człowieka. Kogoś, kto poszukuje, zadaje pytania, ma wątpliwości i nie wystarczają mu istniejące odpowiedzi. Przez ten pryzmat stara się powiedzieć kilka słów o ludzkiej kondycji, naszych pragnieniach, oczekiwaniach, celach czy relacjach z innymi. Jak zwykle Spięty operuje bardzo lekkim językiem, pełnym ironii oraz zaskakujących połączeń liryczno-leksykalnych, które pełnymi garściami czerpią właśnie z Biblii. W gruncie rzeczy tworzy on dość cięty i nie do końca pozytywny wizerunek współczesnego człowieka z jego roszczeniowym i instrumentalnym podejściem do życia. Taki był też zamiar zespołu - połączenie rozrywkowej i przyjemnej muzyki z dającym do myślenia tekstem, w którym, jak mówi Spięty, czai się nawet ukryty, podprogowy gniew.

To właśnie w warstwie lirycznej zawiera się największe wyzwanie i test dla elastyczności słuchaczy. Jedni mogą odebrać ją jako pretekst do zastanowienia się nad kilkoma ważnymi sprawami, inni teksty Spiętego odbiorą jako naigrywanie się ze spraw, o których, w ich mniemaniu, w taki sposób mówić nie można. Miejmy nadzieję, że ci drudzy będą jednak w mniejszości, na co szansa jest spora, jako że już "Powstanie..." wymagało sporej otwartości - oby już ono dokonało tej pozytywnej selekcji. A zatem chcąc wydać zupełnie zwyczajną płytę, Lao Che i tak zdołało wzbudzić dyskusje. To najlepiej świadczy o unikalności zespołu, który nie boi się podejmować kontrowersyjnych tematów, nie zadowalając się wydawaniem "zwykłych" płyt z "normalnymi" piosenkami. Być może "Gospel" nie jest aż tak przełomowe/oryginalne jak "Powstanie...", jednak nadal to świetna płyta i udane wyjście z przysłowiowego koziego rogu.

[Aleksander Kobyłka]