polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
JOANNA NEWSOM Ys

JOANNA NEWSOM
Ys

Jeśli faktycznie przypadłością Amerykanów jest słuchanie muzyki przez pryzmat porównań i powtórzeń, to panna Joanna N., licząca dwadzieścia pięć lat blondynka z Kalifornii, jest może i największym od lat wyzwaniem dla takiej klasyfikującej percepcji. Co prawda, po harfistce/wokalistce mającej na koncie wspólne trio z perkusistami Deerhoof i Hella, debiutującej dwa lata temu zwiewnym i dyskretnie ujmującym albumem „Milk-Eyed Mender” by natychmiast zagrać trasę z Devendra Banhart, można było spodziewać się wiele, niemniej jednak magnetyczna siła, dramatyczna głębia oraz zniewalające piękno „Ys” przekraczają po prostu możliwości słownego opisu i czynią z niej postać niemal zjawiskową. Firmujący Newsom label Drag City nie jest potentatem rynku wydawniczego, ale potrafi chyba postawić wiele na jedną kartę i dzięki temu Joannę wspomagają tutaj klasycy amerykańskiej sceny w wieku jej ojca czy dziadka nawet. Steve Albini nagrał tutaj bowiem wokale i harfę, miksem zajął się Jim O’Rourke a aranżacje orkiestry są dziełem Van Dyke Parks’a. Nie głośne nazwiska tutaj jednak chodzi, lecz o to, jak osobowości te umożliwiły rozkwit talentu Newsom, która bezapelacyjnie grając główną rolę tej opowieści pląsa po fascynujących muzycznych ruczajach właśnie dzięki cudownemu wyważeniu poszczególnych elementów swej pełnej ornamentów muzyki.

Składające się na „Ys” pięć długaśnych utworów, poprowadzonych na harfę, podcieniowanych symfonicznie i punktowanych wachlarzem dodatkowych środków, to zniewalające zwartością i swobodą zarazem ćwiczenia z kompozycji, w której spontaniczność jest wartością świętą. Ten pozorny dymorfizm oznacza tyle jedynie, że stworzone pierwotnie ascetycznie na harfę epopeje, z których tylko jedna nie rozrosła się do formy niemal epickiej, w całej swej brzmieniowej jędrności i dygresyjnych meandrach nie zatracają delikatnego piękna, uzależniającej melodyki i przekonującej narracji. Newsom w samopobłażliwości posuwa się niezwykle daleko, zarówno w brutalnie bezpośrednim, fizycznym śpiewie, jak i w buzujących od wątków i symboli tekstach. Jednak zbliżając się do granicy patosu zatrzymała się tam, gdzie barokowe bogactwo muzyki i renesansowa wielowymiarowość owocują dziełem maksymalnie skondensowanym i precyzyjnym, sugestywnym w wizji, ujmującym detalem i hipnotyzującym swym pięknem. Ta esencjonalność prawdopodobnie polaryzuje odbiorców, ale jednak trudno mi sobie wyobrazić obojętność wobec płyty, bez której już żyć nie mogę.

[Piotr Lewandowski]