polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Contemporary Noise Quintet wywiad z Bartkiem Kapsą

Contemporary Noise Quintet
wywiad z Bartkiem Kapsą

Pojawienie się na naszej scenie muzycznej formacji Contemporary Noise Quintet wywołało na niej nieporównywalnie więcej hałasu, niż zawarte jest w muzyce grupy, poruszającej na się plastycznych i dynamicznych obrzeżach jazzu. Zespół wystąpił niedawno na Święcie Niemego Kina w warszawskim kinie Iluzjon i właśnie wtedy wywiadu udzielił nam perkusista CNQ Bartek Kapsa.

Opowiedz proszę, w jaki sposób podeszliście do występu w ramach Święta Niemego Kina i jakie są Twoje odczucia po udziale w imprezie?

Na ogarnięcie wrażeń chyba jest jeszcze za wcześnie, przecież ledwo skończyliśmy grać, jednak publiczność dobrze reagowała i chyba jej się po prostu podobało. Nam też grało się w miarę fajnie, więc całe przedsięwzięcie uważam za bardzo udane. Taka impreza daje muzykom szansę sprawdzenia umiejętności w innym środowisku, a granie do obrazu jest wręcz testem dla zespołu. Założyliśmy, że zagramy improwizowany set, nie komponowaliśmy nic na tę okazję ani nie opracowywaliśmy konspektów występu. Tym bardziej się cieszę, że udało się nadać filmowi nowego wymiaru.

Miałem wrażenie, że położyliście nacisk głównie na całościowy nastrój i dynamikę filmu, nie zawracaliście sobie głowy graniem pod konkretne sceny.

Myślę, że ilustrowanie obrazu scena po scenie byłoby pewnym uproszczeniem, choć z drugiej strony trzymanie się takiego planu wymagałoby dużej czujności i wcześniejszego zaplanowania całości. Podziwiam ludzi, którzy przygotowali się do występu w taki "merytoryczny" sposób, natomiast my przyjęliśmy, że zagramy free i stawiając na improwizację. Liczyliśmy też na interakcję pomiędzy obrazem a nami samymi. Zagraliśmy wcześniej raptem dwie próby pod kątem tego filmu, lecz tak naprawdę nic na nich nie ustalaliśmy i to, co zagraliśmy dzisiaj, w ogóle się z nimi nie pokrywało.

Rzeczywiście, w ciągu dziewięćdziesięciu minut pojawiły się bodajże dwa motywy fortepianu i jeden nieco szerszy motyw znany z waszej płyty. Czy przyjęliście wręcz perspektywę unikania opanowanych, znanych kompozycji?

Najważniejszą motywacją było stworzenie czegoś nowego, a pewne motywy pojawiły się spontanicznie, ktoś z nas poczuł, że w danym momencie dobrze byłoby po nie sięgnąć, a reszta zespołu to podchwyciła. Konkretnie mignął chyba fortepian z Sophie i fragment Army of the Sun, w wersji raczej odmiennej od studyjnej.

Chociaż od premiery waszej pierwszej płyty minęło nieco ponad pół roku, mam wrażenie, że niedawna trasa koncertowa i choćby występ w Iluzjonie mogą sygnalizować, jak będzie ewoluowała wasza muzyka w przyszłości.

Myślę, że koncerty wskazują, że niejako podświadomie pojawiło w naszym graniu dążenie do odejścia od sztywnych kompozycji. Tak naprawdę płyta nie jest do końca jazzowa, choć co prawda jazzu praktycznie zdefiniować nie sposób, ale chodzi mi o to, że utwory na niej są przede wszystkim kompozycjami. Co prawda są one w większym stopniu ilustracyjne i filmowe niż piosenkowe, ale jednak to ciągle kompozycje. Natomiast na kolejnej płycie chcemy zostawić sobie więcej przestrzeni i postawić na granie bardziej free. Czujemy taką potrzebę, wydaje mi się, że album będzie bardziej uwolniony od aranżacji, po prostu w większym stopniu improwizowany.

Co was de facto przybliży do tego enigmatycznego "jazzu", bądź co bądź rozumianego czasem jako synonim improwizacji. Na "Pig Inside the Gentleman" czuć bowiem zaplanowanie i precyzję.

Dokładnie, on jest po prostu skomponowany. Może nie w całości, gdyż pojawia się tam kilka momentów improwizowanych, jednak przeważają tematy, aranżacje, jest to zamknięta forma.

Gdy pojawiły się pierwsze wzmianki o Contemporary Noise Quintet, w mediach podkreślano, że jest to projekt gromadzący muzyków Something Like Elvis, Sing Sing Penelope, pojawiały się też inne odniesienia personalno-kadrowe. Od tego czasu zagraliście dwie trasy, gitarzysta Kamil Pater, który na płycie zagrał na trzech kawałkach, wydaje się teraz być pełnoprawnym członkiem zespołu. Ostatecznie rozmawiamy już o nowej płycie. Czy zatem przez ostatnie kilka miesięcy okrzepliście jako zespół, a może już wtedy tak było, a ów "projektowy" charakter został rozdmuchany?

Nigdy nie traktowaliśmy z Kubą pozostałych muzyków jako wykonawców, jako jedynie ludzi odgrywających napisane przez Kubę tematy, bo rzeczywiście to on przynosi główne szkice kompozycji. Praca nad albumem wyglądała tak, że pomysły Kuby opracowywaliśmy wstępnie we dwójkę, by później na próbach sprawdzać jak te teorie się sprawdzają, modyfikując utwory według potrzeb i uznania. Natomiast zdecydowanie nie marginalizowałbym roli pozostałych muzyków, czy też nie spychał do roli tylko side-man'ów, ponieważ każdy z nas brał czynny udział w powstaniu płyty. Contemporary Noise Quintet to po prostu zespół, a nie instytucja, gdzie ktoś przychodzi do pracy.

Od zakończenia działalności Something Like Elvis do debiutu CNQ trochę czasu minęło. Czy w tym okresie wasza muzyczna droga miała meandry, próbowaliście innych inicjatyw, czy może było to konsekwentne, stopniowe dążenie do formy i muzyki prezentowanej przez CNQ?

Mieliśmy de facto dłuższą przerwę od grania. Po rozpadzie SLE wyjechałem do Londynu, gdzie byłem dłuższy czas. Po powrocie zajęliśmy się budową studia, które obecnie prowadzimy. W międzyczasie formowaliśmy ten skład, przy czym na początku próby były dosyć rzadkie, ponieważ wówczas każdy z pozostałych muzyków miał sporo grania w innych projektach. Od tamtego czasu zrezygnowali oni z części zajęć, żeby skupić się na CNQ, co stworzyło warunki do intensywniejszej pracy nad naszą muzyką. Następny album powstanie więc na pewno szybciej. Właściwie to są główne powody, dlaczego tak długo nas nie było na scenie, ale specjalnie nad tym nie ubolewam - wszystko ma swój czas i miejsce. Być może gdybyśmy bardziej naciskali na to, żeby projekt znalazł prędko swój finał w postaci płyty, nie wyszłoby tak fajnie - a uważam, że wyszło naprawdę dobrze.

Z ostatnim zgadzam się w pełni. Czy mógłbyś wskazać sytuacje i inspiracje, które skierowały was w stronę takich brzmień i formy, nieważne czy nazwiemy je jazzem, czy nie.

Muzyczne korzenie wszystkich w zespole są mniej więcej podobne, ale jednak drogi muzyczne poszczególnych muzyków CNQ są wyraźnie różne, dlatego mogę mówić tylko za siebie. W którymś momencie odkryłem muzykę jazzową - bardziej improwizowaną, mniej poukładaną i zaaranżowaną niż ta, której słuchałem wcześniej. Z jednej strony granie muzyki mieszczącej się w zakresie tego, co samemu się słucha, wydaje mi się to naturalnym odruchem, a z drugiej strony ważne jest, żeby stworzyć nową jakość. Nie zapatrywać się w guru, ich grę i postawę, ale dążyć świadomie do własnego pomysłu na muzykę. Imitowanie Coltrane'a czy Davis'a może się skończyć tak, że robiących to ludzi trzeba leczyć z kompleksów i bardzo rzadko coś dobrego z tego wychodzi. Więc ja również w pewnym momencie odkryłem ich muzykę, która wcześniej wydawała mi się odległa i niedostępna.

To bardzo przyjemne uczucie jest, gdy człowiek sobie uświadamia, jak wiele we współczesnej muzyce zawdzięczamy kilku raptem osobom.

Tak, ale wiesz, zdecydowanie na tym nie poprzestaję i cały czas szukam nowej muzyki, nowych inspiracji, oczywiście także poza obszarem muzyki. Teatr, film, inne dziedziny sztuki są tutaj również ważne.

Wspomniałeś o waszym studio w Szubinie, Electric Eye. W przeciągu kilku miesięcy powstało tam kilka wyróżniających się na rodzimym rynku płyt - Sing Sing Penelope, wasz album, ostatnio Plum. Kogo nagrywaliście ostatnio, albo będziecie gościć w najbliższym czasie?

Niedawno warszawskie Stwory nagrały u nas swój album, który ukaże się na dniach. Praktycznie zaraz po powrocie z trasy będzie nagrywało trio złożone z Arszyna i Columbus Duo, wierzę, że wyjdzie z tego coś fajnego. Na przyszłość rysuje się też kilka innych ciekawych sesji, ale nie chciałbym o tym teraz mówić, gdyż są to sprawy ostatecznie jeszcze niepotwierdzone, nie dopięte.

Czy wy sami uczestniczycie w tych nagraniach od strony technicznej?

Na pewno czuć na tych albumach nasze producenckie piętno, choćby z tego względu, że sposób nagrywania u nas odstaje od przeciętnego obserwowanego w kraju. Nie chcę się zagłębiać w szczegóły, generalnie chodzi o to, żeby brzmienie zespołu uchwycić takim, jakie ono w rzeczywistości jest. Moim zdaniem udało się to w przypadku Plum, czy Sing Sing Penelope.

To prawda, zwłaszcza w przypadku Plum siła brzmienia na "Witness of your fall" daje ich muzyce rozmach, jakiego wcześniej nie znaliśmy, dzięki czemu śmiało można z tym uderzać na skalę światową.

Wydaje mi się, że tam właśnie czuć tę producencką robotę, o której mówię. Równocześnie jednak staramy się nie ingerować mocno w brzmienie, chodzi przede wszystkim o uchwycenie sedna zespołu, zwrócenie ludziom uwagę na to, jak brzmią.

Czy możesz już wskazać, kiedy sami wejdziecie ponownie do studia?

Wiążącego terminu ustalonego nie mamy, natomiast planujemy wakacje poświęcić na tworzenie nowej muzyki. Mam nadzieję, że latem znajdziemy na to tyle czasu, żeby jesienią nagrać kolejny album.

[Piotr Lewandowski]