polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
NINE INCH NAILS With Teeth

NINE INCH NAILS
With Teeth

Trent Reznor ma to do siebie, że wystawia swoich sympatyków na ciężkie próby każąc tak długo czekać na swoje premierowe nagrania. Poprzednia studyjna płyta Nine Inch Nails ukazała się blisko sześć lat temu, co stanowi spory szmat czasu. Reznor jest jednak perfekcjonistą i nie musi swojej muzyki rozpatrywać w aspektach komercyjnych. Perfekcjonizm ten przejawia się w dbałości o najmniejszy szczegół kompozycji i produkcji, a także w samodzielnym wręcz tworzeniu. Kiedyś uważany za człowieka niepodzielnie rządzącego w studiu w czasie rejestrowania materiału, od czasu "The Fragile" Reznor pozwala modyfikować jego pomysły sesyjnym muzykom i członkom Nine Inch Nails, ale nie zmienia to faktu, że to właśnie on za wszystko odpowiada.

Mówiąc o Nine Inch Nails używać należy sformułowania "fenomen" - w czasie kilkunastoletniej działalności, Reznor przecież nie nagrał słabej płyty. Więcej, każdy album podpisany nazwą NIN osiągał wysoki poziom, brzmiąc nieporównywalnie rewelacyjnie niż cokolwiek innego, porażając muzycznym ładunkiem. Płyty studyjne, albumy z remixami, będące uzupełnieniem głównych krążków, single i wydawnictwo koncertowe - dziewiętnaście oficjalnych jak dotąd pozycji w dyskografii NIN tworzy całość, która wysłuchana z uwagą po prostu powala. Nie ma drugiej takiej postaci jak Reznor, mogącej pochwalić się tak twórczym geniuszem, przenoszonym bez żadnej ułomności na kolejne płyty. Cały ten industrialny rock, o którym mówi się w przypadku NIN najczęściej, w tak popularnej postaci nie byłby nigdy gdyby nie właśnie muzyczne zapędy Reznora. Ministry ze swoją mechaniczną motoryką musieli w końcu odpaść i znudzić się, podobnie jak Skinny Puppy czy Stabbing Westward. A taki Manson? Nie byłoby tego całego image`u wielkiego potwora, gdyby wielu rzeczy nie nauczył go Reznor i muzyka Nine Inch Nails, a on sam grywałby pewnie teraz w podrzędnych amerykańskich klubach. To twórczość NIN niejaki samplowany rock przeniosła na muzyczny mainstream, pozostawiając Reznora artystą autentycznym, krzyczącym konsekwentnie o swoich wewnętrznych bólach w strumieniach gitarowego hałasu.

Kiedy po pięciu latach milczenia, w 1999 roku, NIN powrócili z albumem "The Fragile", Reznor pokazał najpełniej jak ogromnego formatu jest twórcą. Dwie płyty, zawierające cholernie dobrą muzykę - bite dwie godziny muzycznej sztuki! Na "The Fragile" Reznor przewinął wszystkie swoje pragnienia i cierpienia, tekstowo zabierając słuchacza do emocjonalnej dziury, w której on sam spędził sporo czasu. Muzycznie natomiast, zapraszając do współpracy m.in. Adriana Belewa czy Dr.Dre., dopieprzył wszystkim nagrywając w moich oczach najlepszy album końca XX wieku.

Oczekiwanie na kolejny longplay NIN nieco skróciło wydanie koncertowego "And All That Could Have Been", który nawiasem mówiąc brzmi i wygląda nadal jak naprawdę profesjonalne wydawnictwo live. Niemniej, przerwa między "The Fragile" a "With Teeth" dłużyła się niemiłosiernie, po drodze przynosząc jeszcze pewne roszady w składzie Nine Inch Nails.

Efekt długotrwałej pracy jest jednak już namacalny - nowa płyta "With Teeth" pojawia się na świecie z początkiem maja. Album ten powinien zostać przyjęty z mieszanymi uczuciami. Jest on wyraźną kontynuacją brzmienia z "The Fragile", z tym tylko, że więcej na nim melodyjności i rozwiniętej formuły piosenek - krótkich kompozycji, na dźwięk których co więksi ortodoksi twórczości NIN mogą pokręcić nosem. Pozostał jednak charakterystyczny, mroczny klimat, gitarowy zgiełk, elektroniczny szum i delikatność wstukiwanych klawiszy. Kompozycje z "With Teeth" nie zlewają się wzajemnie, odznaczając się co jakiś czas wyraźnie, raz brzmiąc jak klasyczny numer NIN, innym razem natomiast zupełnie nie w stylu Reznora - w rockowej konwencji, jakby z jakiegoś pobocznego projektu. Popowa wibracja, która od zawsze towarzyszyła pod noise`owym płaszczem patentów NIN, na nowym albumie słyszalna jest mocniej, do tego od czasu do czasu będąc wzbogaconą uwypukleniem analogowego brzmienia.

Znając doskonale wszystkie dotychczasowe nagrania Nine Inch Nails, nie jestem absolutnie zaskoczony ani rozczarowany nową płytą. Taka fomuła słyszalna była już dawno w twórczości Reznora i dziwić nie powinna nikogo. Premierowy materiał NIN jest wypadkową wszystkiego tego, co do tej pory pod tym szyldem ukazało się. Niestety, "With Teeth" nie przegoni pomysłowości "The Fragile", ale nowy krążek udowadnia, że to naprawdę niesamowita umiejętność nagrywania wciąż doskonałych wydawnictw.

Sam Reznor prawdopodobnie po tej płycie podąży w nowym kierunku, skrupulatnie rozwijając dźwiękowe wyobrażenie NIN. Być może zacznie pisać mniej pesymistyczne teksty, wychodząc z duchowego cierpienia, w co na swój sposób symbolicznie budzi nadzieję zamykający płytę "Right Where It Belongs", gdzie wokal Reznora uwalnia się ze stłumienia.
Znakomita płyta, bez dwóch zdań.

[Tomek Doksa]