polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Amon Tobin Od "Adventures in Foam" do "Solid Steel Presents..."

Amon Tobin
Od "Adventures in Foam" do "Solid Steel Presents..."

Solid Steel zaprasza

Jeżeli uznamy Ninja Tune za wytwórnię fundamentalną dla didżejingu, samplingu, nowoczesnego jazzu i hip-hopu - chyba nie popełniłem tutaj nadużycia - to audycję Solid Steel, możemy określić jako jeden z głównych kanałów szerzenia wirusa z nią związanego. Program, prowadzony przez Jonathana More'a, Matta Black'a (czyli duet Coldcut) i niejakiego DK, zyskał już kultowy status i obecnie transmitowany jest każdego tygodnia przez dwadzieścia stacji radiowych na całym świecie. Sukces zawdzięcza on konsekwentnemu gromadzeniu didżejów znanych z wydawnictw Ninja Tune, i nie tylko, którzy w ramach Solid Steel tworzą własny radiowy miks, oparty zazwyczaj na kompozycjach innych artystów. Mamy więc do czynienia z setami nieco zbliżonymi do klubowych występów, ale jednak innymi, ponieważ ich "radiowość" jest wyczuwalna. Kiedy przez londyńskie studio przewinęła się śmietanka tamtejszych didżejów, gospodarze programu doszli do wniosku, że ułatwią zadanie złaknionym tej muzyki słuchaczom. Aby poszerzyć krąg odbiorców poza wybrańców posiadających dostęp do radiowego przekazu i zapewne skrupulatnie nagrywających kolejne audycje, panowie More i Black - będący równocześnie założycielami i szefami Ninja Tune - postanowili wydać najbardziej intrygujące sety w postaci płytowej. W ten sposób zrodziła się idea cyklu "Solid Steel Presents...". Jak kucharz, który powinien spróbować potrawy, zanim poda ją gościom, prowadzący audycję nagrali pierwszy album samemu. Ukazał się on w roku 2001 pod szyldem DJ Food & DK, ponieważ DJ Food to cut&paste'owe oblicze muzyków Coldcut.

Następnymi odsłonami były wydane w ubiegłym roku programy Herbaliser i Hexstatic, szczególnie ten ostatni zasługuje na uwagę. Płyty ukazywały się dość rzadko, jednak zyskały prawie kultowy status, wytworzyła się grupa słuchaczy głęboko im oddanych. Kilka tygodni temu przeżyli oni zapewne szok. Pojawiła się czwarta w serii płyta, która po pierwsze, nie jest nagrana w radiowym studio, lecz jest zapisem koncertu, a po drugie, nagrana została bez użycia adapterów. Sprawcą całego zamieszania jest Amon Tobin, który nie dość, że zaprezentował swój koncert z Melbourne - dalej od Londynu się chyba nie dało - to jeszcze zagrał za pomocą laptopa i najnowocześniejszego oprogramowania, jakim jest Final Scratch. Wzbudza ono kontrowersje, ponieważ posługujący się nim muzyk miksuje i skreczuje zawartością twardego dysku komputera. Czy mamy do czynienia z bluźnierstwem? Z punktu widzenia hip-hopu i opartego na winylach samplingu, z pewnością tak. Nie ma najmniejszego sensu, żeby po ten sprzęt sięgali DJ Shadow, DJ Q-Bert albo DJ Premier. Ale może Final Scratch jest też błogosławieństwem? Postawmy się bowiem w pozycji didżeja grającego muzykę elektroniczną, mogącego łączyć tradycyjną metodę winylową z bogactwem technologicznych zagrań oferowanych przez laptop. Co więcej, w ten sposób można miksować świeżutkie pomysły, nie zapisane jeszcze na żadnych płytach. Jak wszystko na tym świecie, Final Scratch ma swoje blaski i cienie. Skoro jednak sięga po niego taki wyjadacz i indywidualność jak Amon Tobin, a na dodatek jego popisy ukazują się w cyklu Solid Steel, brutalnie niwecząc jego ciągłość, więc widocznie uzyskane rezultaty są warte grzechu. Ponieważ zakupiłem ten album już w lipcu, więc zdążyłem się z nim osłuchać, wierzcie mi, złamanie reguły wyszło Solid Steel jedynie na dobre.


Brazylijski wirtuoz

Komu jak komu, ale Amonowi nie można zarzucić, że adaptery są mu obce. Należy on do największych gwiazd Ninja Tune, jest wręcz jej weteranem, minęło bowiem już osiem lat od czasu premiery jego pierwszej płyty. Nagrana pod pseudonimem Cujo "Adventures in Foam" zaskoczyła angielskich słuchaczy porywającym połączeniem nowoczesnych rytmów spod znaku hip-hopu, drum'n'bassu i elektroniki z funkiem, jazzem i przede wszystkim, z zagrywkami korzennie brazylijskimi. Z dzisiejszej perspektywy miks jazzu z nowoczesnymi brzmieniami nie wydaje się być nowatorski, ale przecież ktoś musiał ten trend wyznaczyć. I chyba jednym z najistotniejszych sprawców jest Amon Tobin. Jazz i funk jeszcze można sobie jakoś w zestawieniu z elektroniką uzmysłowić, ale samba, bossa nova i calipso są już prawie surrealistycznymi propozycjami. Niemniej jednak zdało to egzamin, a nasycenie różnorodnych sampli, ciętych z niesłychaną pasją i częstotliwością, sprawiło, że ta muzyka wymykała się jasnym asocjacjom. Amon tryskał wtedy młodzieńczą energią, sprawiającą, że jego ekwilibrystyki pełne arcysztucznych sampli sprawiały wrażenie naturalnych jak rytualne pieśni brazylijskich Indian.

Didżej był wtedy niezwykle płodny, bowiem już w dziewięćdziesiątym siódmym roku ukazał się "Bricolage", wydany pod własnym imieniem i nazwiskiem. Sam tytuł, pochodzący z antropologii termin, określający ponowne wykorzystywanie już raz użytych materiałów, w wolnym tłumaczeniu przekładany jako "majsterkowanie", wskazuje na kierunek rozwoju artysty. Album ten jest kulminacyjnym momentem opartych na miriadach sampli kolażach, eksplodujących z głośników taneczną energią. Wymownym patentem pozostaje legendarne już solo saksofonu, sklecone z czterech różnych sampli, przy czym zabieg ten służy jakości utworu, a nie mentalnej masturbacji i próżności autora. Jeżeli DJ Shadow osiągnął mistrzostwo w kreowaniu dusznych, podprogowych nastrojów za pomocą sampli wygrzebanych w piwnicach amerykańskich sklepów muzycznych, to Amon pozostaje klasą samą dla siebie w dziedzinie analogicznie tworzonej muzyki tanecznej. Tanecznej i rytmicznej, nie znaczy jednak, że nie pozbawionej głębi, drugiego dna i psychodeliczno-onirycznej podświadomości. Właściwie każda kompozycja zachwyca bogactwem pomysłów, czy są to zestawienia trąbek, fletu, instrumentów smyczkowych lub hawajskiej gitary z intensywnie nowoczesną rytmiką. Jeżeli do tego dodamy potężny bas, chwilami tkwiący po uszy w typowo jazzowym brzmieniu, chwilami stricte drum'n'bassowy, docieramy do sedna tego majsterkowania. Tobin doprowadził tutaj swój pierwotny styl do ostateczności, ale wskazał też kierunek ewolucji. Nie tylko potrafił on wydobyć z winyli idealne sample, zaczął je również wypaczać i zniekształcać, tak by skrzypce przypominały brzęczenie pszczoły, flety sprawiały wrażenie odgłosów talerzy kosmicznych, a całość nabierała dzięki temu unikatowego i przemyślanego wyrazu.

Słyszałem kiedyś opinię, że pomysł Amona, by sample przed wklejeniem poddać daleko idącej obróbce, jest jednym z największych odkryć w muzyce od czasu, gdy Bethoven dodał chór do symfonii. Skonfrontowany z olbrzymimi oczekiwaniami krytyków i sluchaczy, Amon zdecydował się na kolejne uderzenie już rok później. "Permutation" uznane zostało za płytę słabszą, ponieważ wymieszanie w jednym tyglu jazzu, latynoskich rytmów, hip-hopu i wzorców tanecznej elektroniki odbyło się już wcześniej, a dołączenie elementów jungle, industrialu czy mrocznych, rozwlekłych form, nie zostało uznane za równie nowatorskie. Z dzisiejszej perspektywy jednak wcale album ten nie jest słabszy. Cóż bowiem obecnie znaczy kolejność premier, skoro na "Permutation" znajdują się takie perełki jak arcyjazzowy Bridge, swingowy Switch, karnawałowy Night Life, czy epileptyczny Escape. Uderzająca jest obfitość jazzowej sekcji rytmicznej i być może to ona sprawia, że osobiście cenię ten album najwyżej z dotychczas wspomnianych. Słuchając "Permutation" wyczuwa się jednak pewne novum, jest nim stopniowe przeniesienie punktu ciężkości z poszczególnych kompozycji na koncept całości. Właśnie tu możemy po raz pierwszy wyczuć to, co ewidentne stało się na "Supermodified", a mianowicie pracę nad muzyką postrzeganą przez pryzmat albumu, a nie pojedynczych piosenek. Oczywiście i tutaj znajdujemy utwory niezwykle charakterystyczne - kandydujący do miana awangardowego evergreena Four Ton Mantis, otwierające płytę Get Your Snack On, przerażające Marine Machines, sielankowe Rhino Jockey i Slowly. Po raz pierwszy pojawiają się wokale nagrane specjalnie dla Amona. Trafniej jednak jest określić je mianem paszczowo-gardłowych odgłosów, ponieważ niejaki Quadraceptor wzbogacił utwór Precursor o kompletnie niewiarygodne mlaskania, kląskania, splunięcia i siorbania. Także po stronie instrumentalnej pojawiają się istne cuda - motocykl, syreny okrętowe. Skoro jednak zauważyłem, że "Supermodified" stanowi przede wszystkim całość, pełnię i przeszło godzinną podróż przez krainę wyobraźni Amona, trochę bezcelowe jest licytowanie się przebojami, ponieważ największe wrażenie robią one w grupie. Wtedy właśnie są pełne wyrachowania i rozmysłu, wtedy możemy docenić barokowe wręcz nagromadzenie sampli, ich głębsze znaczenie. Co więcej, kandydatów na klubowy standard na tej płycie jest niewiele, bowiem muzyka Tobina stała się nieubłaganie bardziej mroczna, chwilami psychodeliczna i ponuro intuicyjna. Gęste i kompletnie nieprzewidywalne partie rytmu uderzające wraz z niepokojącymi, ciężkimi i symfonicznymi strukturami, sprawiają, że najmocniejsze momenty płyty odkrywamy raczej podświadomością niż rozumem. Polecam więc kontemplację tych brzmień w ciszy i skupieniu, co zapewnia doznania najbardziej intensywne. Nie można zapomnieć też o promujących album wideoklipach. A właściwie o jednym z nich - Four Ton Mantis autorstwa Florii Sigismondi (współpracowała też z Sigur Ros, stworzyła ostatnie dwa teledyski Incubus i Bjork). Nakręcony w zieleniach klip jest już klasyką, ze względu na nieprawdopodobne cięcia obrazu, chorą i surrealistyczną fabułę i podprogowe oddziaływanie przywodzące na myśl film Arronofsky'ego Requiem for a Dream. A co najważniejsze, cudownie komponuje się z muzyką i intensyfikuje jej percepcję.


W stronę kompleksowej wizji

Trzecie tysiąclecie Amon powitał wydaną przed trzema laty płytą "Out From Out Where". W międzyczasie wzbogacił on swoje instrumentarium, oprócz tradycyjnego samplera AKAI zaczął używać laptopa i oprogramowania pozwalającego obrabiać sample w środowisku MIDI. I nie tylko sample, ponieważ pojawiają się także partie zarejestrowane specjalnie na potrzeby tego albumu. Wszystkie one poddane są jednak tak wykwintnym manipulacjom, że właściwie nie sposób zlokalizować źródło dźwięków. Jeżeli ktoś z was wymyśli, skąd pochodzą sample prowadzące melodię w Proper Hoodigde, proszę o informacje. "Out From Out Where" jest najbardziej koherentnym, całościowym i prawie symfonicznym albumem Amona. Także jego wręcz hiobowa posępność, ciężka i mroczna desperacja nie mają sobie równych. Nawet przebojowe i taneczne momenty niosą w sobie głębokie piętno tajemnicy. Co od rytmiki, to odbiegła ona od drum'n'bassu w stronę futurystyczną, prawie industrialną, skrajnie nieprzewidywalną, lecz chwilami zaskakująco bezpośrednią, jak na przykład w Chronic Tronic. Ewidentnie wyczuwalna jest psychodelia, a płyta swoją kompleksowością przywołuje na myśl filmowe soundtracki. Jest cybernetyczna i epicka, wpada się w nią jak mroczną otchłań, by wydostać się w stanie wzburzonym, ale też oczyszczonym. W tym kontekście zadziwiające staje się, że sporo sampli pochodzi z indyjskich filmów Bollywoodu, które są przecież raczej wesołe. Amona intrygowało w nich jednak skrajne nagromadzenie gatunków i stylów, w ciągu kilku chwil obejmujące dramat, komedię czy przerażenie. Podobieństwo do muzyki Tobina jest uderzające. Co do sampli, warto jeszcze wspomnieć o zbijającym z pantałyku fortepianie z Clair de Lune Debussy'ego w Back from Space, oraz najbardziej chyba charakterystycznym motywie, czyli wokalu w Verbal. Ten właśnie utwór promował album, jest niezwykle dynamiczny i bazuje na głosie potraktowanym jako instrument perkusyjny. Nagrane przez MC Decimal R rymy zostały pocięte i posklejane tak, by uwypuklały rytmikę kompozycji, w której nie ma ani jednego całego słowa. Z takim komponentów powstał album niezwykle dojrzały, którego kompleksowy charakter przejawia się w uporczywym powtarzaniu się pewnych tematów, przykładowo gitara z Back from Space pojawia się ponownie w Chronic Tronic. "Out From Out Where" jest nieporównywalny do poprzednich i bardzo wymagający dla słuchacza.

W ramach promocji albumu ukazała się także epka z kolaboracjami Amona z kumplami z Ninja Tune: Kid Koala, P-Love, Bonobo oraz z dwoma weteranami adapterów: Steinskim i Double Dee. Znalazły się na niej także remiksy Verbal popełnione przez Kid606, Prefuse 73, Boom Bip i Topo Gigio . Jednak to nie ona wyznaczyła kierunek dalszej ewolucji artysty. Nie przypadkiem rozwodziłem się tak długo nad "Out From Out Where", bowiem promująca ją osiemnastomiesięczna trasa była istnym laboratorium badawczym nowych środków, metod i brzmień. A jej ukoronowaniem jest "Solid Steel Presents Amon Tobin Live".


Ostateczne cięcie

Amon od początku kariery koncertował bardzo dużo, co zaowocowało sporym didżejskim kunsztem. Dlatego jego odejście od adapterów na rzecz laptopa wyposażonego w Final Scratch, było decyzją przemyślaną i zmierzającą do konkretnego celu. Przybliżmy pokrótce funkcjonowanie tej zabawki. Final Scratch działa następująco: kawałki normalnie odpalane z winyli nagrywasz na twardy dysk jako szesnastobitowe pliki WAV, a laptopa podłączasz przez USB do miksera i gramofonów, na których znajduję się winyl dekodujący na potrzeby komputera twoje manipulacje. Na laptopie wybierasz konkretne numery przypisane każdemu z adapterów, które wyświetlają się na ekranie jako wavy, po czym miksujesz je analogicznie, jak w tradycyjnym przypadku. Skreczujesz winylem - skreczujesz też wavem. I nic poza tym, nie ma możliwości dopasowywania tempa utworów za pomocą komputera, sterowania ich prędkością. Żadnych ułatwień w miksowaniu. Podobnie rzecz wygląda z efektami, takowych brak. Użytkownik musi być więc jednakowo uważny miksując zwykłe winyle. Final Scratch różni się zasadniczo od miksowania płyt CD, gdzie można się wspierać elektroniką w wyżej wymienionych kwestiach, co więcej, muzyk nie ma do czynienia z winylem i igłą. Amon sięgnął więc po ten software chcąc zachować możliwości miksowania winyli, rozszerzając je jednak. Jak sam deklarował: "Ciągle pracuję nad nowymi utworami i lubię, gdy moje występy są dla fanów zaskakujące. Jeżeli chciałbym używać kawałków w nowych wersjach, albo numerów specjalnie przygotowanych z myślą o koncertach, musiałbym ciągle tłoczyć winyle, co implikowałoby znaczne koszta. Co gorsza, szybko traciłyby one jakość. Grając z Final Scratch unikam tego problemu i mogę grać kompozycje, nad którymi dopiero pracuję."

Jak widać, uzasadnienie dość przekonujące. Tak więc wyposażony w laptop i adaptery, wyruszył Amon w trasę promującą "Out From Out Where", z dnia na dzień oswajając się ze swoim nowym ekwipunkiem i odkrywając jego tajniki. Półtoraroczna praktyka znalazła swoje ukoronowanie w australijskich koncertach, a po drodze Amon zawitał w październiku ubiegłego roku do katowickiej Hipnozy. Relację możecie znaleźć w drugim numerze Popupa. Podobno nagrywane były wszystkie sety, a szoł w Melbourne jako kulminacyjny moment trasy uznany został za najlepszy. I nim właśnie możemy się obecnie delektować. Przeszło godzinny album jest zapisem prawie całego występu - prawie, ponieważ niemożliwe okazało się uzyskanie praw autorskich do niektórych z miksowanych kawałków. Szczególnie żal, że Destiny's Child odmówiło współpracy. Nie w tym rzecz. Grunt, że set jest oszałamiający i w każdej minucie dowodzi wyobraźni i talentu didżeja. Final Scratch pozwolił Amonowi zaprezentować cybernetyczne intro, odwołujące się do najbardziej progresywnych i industrialnych zagrywek z "Out From Out Where". Później dostajemy kolejne uzasadnienie skorzystania z laptopa, czyli zmodyfikowane Chronic Tronic. Po oswojeniu słuchaczy ze swoją obecnością i zaspokojeniu ich pierwszego głodu, Amon oddaje się porywającemu miksowaniu całej gamy innych twórców. Zaczynając od DJ Food, sięga po Aphex Twina, mnóstwo drum'n'bassowych i IDM-owych patentów z ostatniej dekady, autorstwa głównie mało znanych artystów, by osiągnąć kres brutalnym miksem Dizee Rascala. Wybór breaków, sampli i kompozycji jest absolutnie chwalebny, ponieważ Amon nie zamierza zdobywać publiki tanimi chwytami, polegającymi na wabieniu jej cenionymi i popularnymi utworami. Wręcz przeciwnie, każdy z nich służy mu do kreowania własnego klimatu, nastroju i estetyki. W ten sposób ukazuje piękno samplingu, bowiem każdy element jest podporządkowany jego wizji. W rezultacie otrzymujemy miks niezwykle ciężki, wyzywający i mroczny. Balansuje on pomiędzy tanim horrorem a traumatycznymi wspomnieniami dzieciństwa, stawiając krok dalej w porównaniu do "Out From Out Where". Podobnie zresztą jak na wspomnianej płycie, koncertowy set bazuje na rytmie i basie, wibrujących wokół linii melodycznych. To melodie są fundamentem, a nie jak to zazwyczaj bywa - sekcja rytmiczna. Naprawdę, bardzo napastliwy i wściekły jest ten miks. Klasa didżeja najlepiej jest odczuwalna, gdy Amon miksuje własne kompozycje. Stanowią one około połowy programu, a każde ich pojawienie się wzbudzać musiało u publiczności okrzyki zachwytu. Tobin potrafi je bowiem zagrać kompletnie nowatorsko, wspaniale miksując je ze sobą i prezentując w prometejski sposób. W rezultacie możemy cieszyć się znanymi i zinternalizowanymi motywami, a zarazem odkrywać je na nowo. Rewelacyjnie bowiem brzmi przeplatanie się drobnych fragmentów przebojów pochodzących z pierwszych trzech płyt Amona, kiedy to najbardziej charakterystyczne sample z Yasawas, Night Life, Fear i Escape wprowadzają zupełnie nową jakość. Moim chyba ulubionym momentem pozostaje jednak wręcz magiczny miks Proper Hoodidge z Four Ton Mantis. Didżej w cudowny sposób zgrał tempa obu utworów i dokonuje ewolucyjnej przemiany pomiędzy nimi tak delikatnie a zarazem stanowczo, że bliski jestem muzycznego orgazmu. A gdy znajdujemy się już na samym dnie faktu dokonanego, Tobin kończy set za pomocą Venus in Furs grupy Velvet Underground, wskazując jeden z jego obecnych priorytetów - psychodelię.

Powyższy panegiryk wynika jedynie z tego, że set Amona jest jednym z najlepiej pociętych, zmiksowanych i intelektualnie spójnych nagrań muzyki elektronicznej, jakie słyszałem w swoim życiu. Pierwsze wrażenie jest po części konsternacją, lecz po pewnym czasie jasne stają się zamiary autora, dowodzącego swojej indywidualności. W czasach, gdy Ninja Tune zaczęło niebezpiecznie skłaniać się w stronę megalomanii, w wykonaniu na przykład Mr. Scruff'a grającego niekończące się sety lub zmanierowanego Luke'a Viberta aka Wagon Christ, jeden z jej najstarszych współpracowników potrafił tchnąć w nią kolejnego ducha świeżości. Życzyłbym każdemu cyklowi tak spektakularnego rozbicia w puch, jakie spotkało "Solid Steel Presents...". W najbliższym czasie zapowiadane są sety dwóch przed chwilą wspomnianych didżejów a także szoł w wykonaniu Kid Koala. Powinni się oni przyłożyć, ponieważ niepozorny Brazylijczyk postawił poprzeczkę niezwykle wysoko. A fanom Amona pozostaje czekać na nowy album studyjny, który mam nadzieję pojawi się już niebawem, bowiem jego milczenie byłoby dla wszystkich niezasłużoną katastrofą. Nic dziwnego, skoro mówimy o artyście, który jest dla samplingu tym, kim Jimi Hendrix był dla gitary.

[Piotr Lewandowski]

artykuły o Amon Tobin w popupmusic