Powiększenie we wrześniu
Something Like Elvis
Hanne Hukkelberg
Matthew Shipp & Joe Morris
Six Organs Of Admittance
The Whitest Boy Alive
OffOnOff
The Complainer
Hotel Kosmos
Meril Wubslin
Jamie Lidell
Ólafur Arnalds
Hypnotic Brass Ensemble



Długo kazał Amon Tobin czekać na kolejną dawkę swych uzależniających dźwięków i nawet jeśli w pięcioletnim międzyczasie dzielącym "Out from Out Where" od "Foley Room" ukazała się potężna koncertówka i całkiem niezły soundtrack, to jednak były to propozycje nieco innego kalibru. Cierpliwość została jednak wynagrodzona hojnie. Amon, który debiutował już przeszło dekadę temu i zasłużenie zyskał miano geniusza samplingu, dotarł prawdopodobnie do granic wcześniejszej formuły i ostatnie lata poświęcił na zredefiniowanie swojego warsztatu. Trudno o bardziej wymowny tytuł dla jego nowej płyty - foley room to określenie studia, w którym nagrywa się dźwięki do filmów imitując odgłosy towarzyszące obserwowanych na ekranie wydarzeniom. Termin nawiązuje do niejakiego Marka Foley, pioniera owej sztuki, udźwiękowiającego pierwsze filmy z fonią w okresie międzywojennym. Tobin wyruszył więc w teren i po zebraniu olbrzymiej bazy nagrań obejmującej odgłosy rozpościerające się od motocykli, przez kapiące krany, po ryczące tygrysy i furkoczące osy, po czym rozszerzył paletę o nagrania instrumentalistów, wśród których znajdujemy m. in. Kronos Quartet, Stefana Schneidera i harfistkę Sarah Page oraz szereg perkusistów. Jest tutaj tych detali i żywych muzyków znacznie więcej, zaś sampli i winylowych wycinków w ogóle.
Tak naprawdę to jednak nie zmiana środków jest najważniejsza na "Foley Room", ale nieskrępowana i fascynująca wyobraźnia Amona. W przeciwieństwie do takich tuzów field-recordingu jak Matmos bądź Herbert, w przypadku których pochodzenie dźwięków jednoznacznie wyznacza kontekst i koncept muzyki, Tobin spogląda w głąb siebie i zabiera słuchacza we wciągającą, mroczną podróż, w której jednak często przebłyskuje promień słońca. Raz po raz napotykamy kanonady rytmów, zarówno elektronicznych, jak i głębokich żywych bębnów, melancholijne plamy i wielopłaszczyznowe konstrukcje. Na poziomie czysto technicznym, niektóre z wykorzystanych źródeł są łatwo rozpoznawalne i formują tematyczne utwory, jak w przypadku mokrego "Kitchen Sink", inne zaś cyfrowo przemielone odnajdujemy w zupełnie innych sonorystycznych wymiarach. Geniusz tej płyty tkwi jednak nie w zgrabnej żonglerce jej składowymi, czy absolutnym przetworzeniu kuriozalnych odgłosów i tradycyjnych instrumentów, lecz zaprzęgnięciu metody w fascynującą i niepowtarzalną wizję. I choć w natłoku tych pomysłów chwilami ciężko złapać oddech, a emocjonalnie Tobin zbliżył się do neurozy bliżej niż kiedykolwiek w przeszłości, "Foley Room" okazuje się być jego absolutnym magnus opus. Majstersztyk, a towarzyszące płycie DVD to arcysmakowita wisienka na torcie.
[Piotr Lewandowski]