polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Robert Piotrowicz Walser

Robert Piotrowicz
Walser

O tym, że twórczość Roberta Piotrowicza jest trudna do zaszfladkowania w jednoznacznych muzycznych formatach typu “album” czy “koncert” wiadomo nie od dziś. Jednocześnie poza wydawaniem płyt, którym często blisko do dźwiękowych rzeźb, funkcjonujących w specyficznej sytuacji czy kontekście, często wkracza on z dźwiękiem w dialog z teatrem czy filmem. Zapisem takiego działania było chociażby wydawnictwo Samoobrona, soundtrack do audiobooka “Pan Cogito”, na której muzyk częściowo bazował w When Snakeboy is Dying, a teraz dostajemy swego rodzaju ścieżkę dźwiękową do Walsera, filmu Zbigniewa Libery. Piszę “swego rodzaju”, bo wydawnictwo w oderwaniu od filmu funkcjonuje wszakże diametralnie inaczej, jako autonomiczne dzieło.

“Walser” opowiada o prymitywnie żyjącym plemieniu Concheli, do którego ze współczesnego świata trafia tytułowy bohater. Plemię mówi w niezrozumiałym języku, ale równie często co mowę, do komunikacji wykorzystuję muzykę, która stanowi w ich małej społeczności istotny rytuał: jest wytwarzana na specjalnie skonstruowanych “instrumentach” wykonanych z roślinności, na brzegu rzeki, w środku lasu. Rytuał sugeruje powtarzalność, można byłoby więc szukać podobieństw z Go Go Theurgy Anny Zaradny, tyle że ta forma budowania muzycznego języka, transmisji kultury i przekazu u Piotrowicza jest zupełnie inna. Po pierwsze, w stosunku do poprzednich jego wydawnictw, poszerza się paleta brzmień. Już nie syntezator modularny, ale kontrabas, fortepian, perkusjonalia i różnego rodzaju obiekty składają się na bogatą tkankę brzmieniową półgodzinnego materiału. Muzykę cechuje pewien rdzenny charakter, wykorzystanie dźwięku jako formy nawoływania i kultywowania, jednocześnie tworzonej w bardzo złożony i abstrakcyjny sposób. Piotrowicz czerpie też z dwudziestowiecznej awangardy, czyniąc z Concheli plemię w pewnym sensie nowatorskie, niestandardowo podchodzące do dźwięku. Efektem jest nieoczywista ścieżka dźwiękowa, dla której to pojęcie jest równie niewystarczające co i nieprecyzyjne. Walser słuchany bez wizji mimowolnie narzuca obrazy, nawet jeśli filmu się nie widziało, to muzyka bardzo plastyczna. Piotrowicz przemyca tutaj wiele wątków, które poruszał wcześniej - konstrukcję utworów, nacisk na faktury dźwięku, koncentrację i dynamikę materiału, ale za pomocą innej metodologii i instrumentarium. Sugestywnie, i świeżo.

[Jakub Knera]