polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Colin Stetson & Sarah Neufeld  Never Were The Way She Was

Colin Stetson & Sarah Neufeld
Never Were The Way She Was

Byłem ciekaw jak potoczy się dalej kariera Colina Stetsona po zakończeniu trzyczęściowego projektu New History Warfare. Cykl przyniósł saksofoniście szeroką rozpoznawalność i powszechne uznanie krytyki, jednak już przy okazji ostatniej części można było odnieść wrażenie, że pomysły Kanadyjczyka powoli zmieniają się w patenty, a od tego już tylko krok do stania się niewolnikiem własnego brzmienia. Stetson wyraźnie potrzebował oddechu – bynajmniej nie cyrkulacyjnego – żeby na nowo określić własną tożsamość. Czy duet ze skrzypaczką Sarą Neufeld ma szansę być redefinicją i nowym początkiem? Do pewnego stopnia.

Klimat muzyki znajdującej się na Never Were The Way She Was już bardzo dobrze oddaje okładka albumu, sugerująca rodzaj gotyckiej grozy, posępności i romantyzmu. Płaczliwy, rzewny ton skrzypiec nadaje tej muzyce wyraźnie melancholijny odcień. Saksofon często schodzi na dalszy plan – Stetson kontrapunktuje pasaże Neufeld rytmiczną pulsacją, bądź przeciągłymi, niskimi zadęciami, ograniczonymi jedynie do roli tła. Niemniej instrumenty są komplementarne, splecione niczym w tańcu, w którym partnerzy prowadzą na zmianę. Atmosfera albumu jest bardzo bliska tej, którą Stetson prezentował w swojej trylogii. Teoretycznie udział drugiego instrumentu daje mu więcej przestrzeni na swawole, jednak muzyk z tej wolności nadmiernie nie korzysta – w dalszym ciągu na pierwszym miejscu stoi minimalistyczna struktura kompozycji, oparta na płynnych zmianach i delikatnych niuansach. Ostatecznie współpraca z Neufeld daje lepszy efekt niż duet z Matsem Gustafssonem sprzed trzech lat, w którym Stetson został wyraźnie zdominowany przez charyzmatycznego Szweda. Skrzypaczka trafnie i subtelnie dopełnia brzmienie saksofonu.

Never Were The Way She Was to wydawnictwo bardzo kameralne, o skupionej, niemalże post-rockowej, dramatycznej narracji, która jednych zafascynuje, a innych znudzi swą jednorodnością. Ja podczas odsłuchu nieustannie balansuję pomiędzy tymi dwoma odczuciami. Album nie mówi zbyt wiele nowego o Colinie Stetsonie, ale z całą pewnością nie jest też wydawniczą pomyłką. Nie sposób odmówić tej muzyce emocjonalności, która często udziela się mimo woli. Liczę jednak, że to rodzaj przyjemnej ciszy przed burzą, postawieniem kolejnego, już bardziej wyrazistego kroku w karierze.

[Krzysztof Wójcik]