polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Mastodon Once More 'Round The Sun

Mastodon
Once More 'Round The Sun

Mastodon wyróżniał się do tej pory trafnością obieranych kierunków, ryzykownie balansując na cienkiej granicy odgradzającej to, co innowacyjne lub przynajmniej solidne, od tego, co wtórne i sztampowe. Zespół z każdą kolejną płytą umiejętnie wymykał się próbom zaszufladkowania, budząc przy tym spore uznanie krytyków oraz publiczności. Przeszli długi, różnorodny, pełen wybojów szlak, którego jedyną stałą cechą było ciągłe zmniejszanie mocy decybeli. Widmo wtopy czaiło się w cieniu ich nieco chaotycznych poczynań już od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz ów wtopa stało się faktem.

Once More 'Round The Sun to album bardziej progresywny i lżejszy – bliżej mu do hard rocka i groove niż sludge metalu, przez co jest to najbardziej przystępna pozycja w całej dyskografii Amerykanów. Na początku muzycy zachowują jeszcze pozory kapeli nieokiełznanej, nowatorskiej i trudnej do sklasyfikowania. Jednak im dalej tym obraz staje się coraz bardziej mętny i powoduje symptomy znużenia. Dotarcie do finału staje się wyzwaniem kosztującym sporo wysiłku.

Premierowy „Tread Lightly” ma teoretycznie wszystko, czego moglibyśmy się spodziewać od wirtuozów z Atlanty. Są dwie mącące gitary, pulsujący wokal, perkusyjne galopady, mocna linia basu. Permanentnie przewijająca się zajawka, będąca pokłosiem akustycznego wstępu, rozwija się z każdą kolejną sekundą i kończy się na wciągającym, budującym natężenie riffie, który jednocześnie potęguje apetyt na odsłuch długo wyczekiwanego albumu. Po nim, uwagę przykuwa najciekawszy z zestawu, „The Motherload” z interesującym wokalem Branna Dailora. Perkusista coraz śmielej i pewien czuję się w roli prowadzącego, co na tle rewelacyjnych riffów i twistowej formie wypadło olśniewająco.

Zaniepokojenie brzmieniem krążka następuje po raz pierwszy przy „High Road”. Ze zbyt melodyjnym refrenem, gitarową prostotą, delikatnymi wokalami oraz riffem pokroju Nickelblack, muzycy dostarczają słuchaczowi najgorszego singla w całej dyskografii. Poczucie zwątpienia ulega chwilowym zanikowi przy tytułowym „Once More ‘Round The Sun”. Energetyczny, ze sporą dawką „zakręcenia” oraz za sprawą bezkompromisowości przypomina on najlepsze cechy twórczość kwartetu. Niestety, jak się okazuje jest to tylko chwila pozytywnej wibracji, gdyż boleśnie przerywa ją zastały i toporny „Chimes At Midnight”. Beznadziejne powtórzenia gitar, nudny i jednostajny wokal sztucznie budują klimat, tworząc jedynie kiepskie echo tego, co można było usłyszeć na Crack The Skye oraz The Hunter. Potem jest już tylko gorzej. W ogromne osłupienie wprawia „Asleep in the Deep” – propozycja tak do bólu „rockowa”, że mogłaby konkurować na popowych listach przebojów z przebojami Foo Fighters czy Evanescene. Speedmetalowy „Feast Your Eyes”, landrynkowe „Ember City” oraz „Halloween” są jak wylanie bez uprzedzenia wiadra lodowatej wody w gorący letni dzień. I nie pomogła nawet obecność Scotta Kelley’ego w kończącym i bezbarwnym „Diamond in the Witch House”.

Na Once More ‘Round The Sun zabrakło dosłownie wszystkiego: mocnego uderzenia, kompozycyjnego zaskoczenia, muzycznej niezależności oraz podkreślenia obecności każdego z członków zespołu. Dominuje fatalne, wygładzone brzmienie oraz powtarzające się w kółko, schematyczne patenty. Zatrudnienie w roli producenta Nicka Raskulinecza, który szczyci się współpracą z Velvet Revolver, Deftones czy Stone Sour, daje dość jasną odpowiedź, w którą stronę zdecydował się podążyć zespół. Wiele wskazuje na to, że wydany w zeszłym roku Live at Brixton zamknął pewien etap kariery, a najnowsze dzieło Amerykanów rozpoczyna ten nowy, mniej ambitny, a bardziej przystępny w odbiorze. Szkoda.

[Dariusz Rybus]