polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Mudhoney Vanishing Point

Mudhoney
Vanishing Point

Dyskografia Mudhoney broni się po latach zadziwiająco dobrze, zwłaszcza spoglądając na lata 1988-1994. Mark Arm i spółka zawsze od zespołów z Seattle odstawali bezkompromisowością - nigdy nie mierzyli w stadionowy rock, zajmowali się raczej przywracaniem do łask kostki fuzzowej i zamiast pisać chwytliwsze refreny sięgali po dźwięki The Scientists, Cosmic Psychos i The Sonics. Arm wielokrotnie dał się poznać jako rockowy erudyta - tak grając fantastyczne covery w Monkeywrench jak i przywracając wczesną dyskografię feedtime w zeszłym roku. Niewielu muzyków wyrosłych z grunge'u może się pochwalić taką działalnością.

Jednak, jak uczy nas casus Jona Spencera, gust nie jest wszystkim. Arm wymienia GG Allina w "I Like It Small", czyni nawiązania do "This Gift", przerabia nawet tytuł standardu Louisa Armstronga na "Douchebags on Parade", ale niespecjalnie ratuje to świeżość płyty. 

"Vanishing Point" jest albumem tyleż nostalgicznym, co niepotrzebnym. Lepsze piosenki tracą umiejscowienie w gąszczu piosenek gorszych, Arm ma kilka dobrych linijek, ale jest obecnymi czasy tyle młodszych zespołów podchodzących do takiego grania w lepszy sposób. Oczywiście wydając album zespół będzie miał wymówkę do wyjazdu w trasę koncertową, ale czy nie wystarczyłby do tego singiel zbierający najlepsze rzeczy z ostatniej sesji nagraniowej? W tym momencie odzywają się dość archaiczne przyzwyczajenia większych labeli niezależnych - tak Sub Pop jak i Matador wydają siedmiocalówki i EPki jak gdyby przy okazji. Zbierają je w "singles club" lub dodają do LP w wersji limitowanej. Takie podejście przekłada się na bardzo nierówne albumy (vide: Iceage, Kurt Vile).

Trudno mieć Mudhoney ten album za złe, ale też trudno ukryć, że to wydawnictwo okazjonalne. Dobre dla starych fanów.

[Marek J Sawicki]