polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
MUDHONEY Under the Billion Suns

MUDHONEY
Under the Billion Suns

Najmocniej chyba zapowiadana marcowa premiera Sub Popu, jaką jest nowy album Mudhoney to równo siedemsetna pozycja w katalogu tej wytwórni, która z zespołem ma układ niemalże symbiotyczny, choć obecnie Mudhoney oferuje wyraźnie inną niż większość Sup Pop'owych kapel. Zarówno Sub Pop, jak i Mudhoney mają jednak więcej wspólnego z rozwojem sceny w Seattle niż tabuny wykonawców starających się przekuć w dźwięki i dochody enigmatyczne słowo "grunge". I właśnie Mudhoney, choć zawsze pozostający w cieniu sławy wykonawców bardziej medialnych i predysponowanych to miana głosu pokolenia, są grupą kluczową dla "northwest rock explosion", jak nazwano wydarzenia w Seattle na świetnym dokumentalnym filmie "Hype!". Równocześnie, właściwie jedynie Mudhoney i Melvins pozostają do dziś aktywni w stylistyce względnie bliskiej ówczesnej, wydając w dość swobodnych interwałach czasowych kolejne płyty, które choć rewolucji nie przynoszą, świadczą o płodności twórców. Niemniej jednak, o "Under the Billion Suns" należy powiedzieć znacznie więcej niż "kolejna dobra i konsekwentna płyta uznanej marki". Jasne, że wyznacznikiem pozostaje konwencja wytworzona przez Marka Arm z zespołem dzięki przetrawieniu młodzieńczych fascynacji i The Stooges i Led Zeppelin czy Black Sabath, rozpoznawalna w rozkosznie brudnym, charczącym przetworzeniu rock'n'rollowego schematu.

Nie ma co oczekiwać, że Mudhoney sięgnie po korekty brzmienia wykraczające poza dyskretne nowości, jak soniczne klawisze w połowie lat dziewięćdziesiątych czy sekcja dęta na dwóch ostatnich płytach. Ważne, że w ramach swej estetyki Mudhoney jest przekonywujące jak mało kiedy! Paradoksalnie, energia bijąca z rozedrganych riffów, dynamika sekcji rytmicznej czy zjadliwa ironia niedbałego śpiewu Marka Arm, okazują się równie autentyczne i porywające zarówno w kawałkach niemal punkowych (choćby It Is Us lub Empty Shells), jak i w przytłaczających walcach typu Hard on for War i In Search Of.. Wspomnianej sekcji dętej zawdzięczamy sporo chwytliwej melodyki, lecz także psychodelicznej nuty, jak w Let's Drop It, czy kakofoniczne zwieńczenie albumu. Mudhoney zawsze nagrywało albumy odbierane przede wszystkim przez pryzmat piosenek i dlatego z uznaniem należy stwierdzić, że praktycznie każdy z jedenastu utworów zapada w pamięć. Bez przewrotów, z dużym natchnieniem i świadomością, że nikomu nic nie muszą już udowadniać (vide genialny On the Move, niby to rozpoznawalny, ale jednak z czymś ukrytym pod powierzchnią), Mudhoney nagrali płytę znacznie bardziej konkretną niż te z okresu schyłku grunge'owej euforii, a energiczną niemal jak te z lat pączkującego grunge'u. Z okazji premiery "Under the Billion Suns" przypomniałem sobie wszystkie dziesięć ich płyt, które posiadam i coraz silniej kiełkuje mi w głowie obrazoburcza myśl, że ta nowa jest najlepsza. I dzięki takim płytom takich zespołów nadal wierzę w muzykę gitarową. Bomba - a propos, wyraźnym novum, rozdmuchanym przez amerykańską prasę, są polityczne, antywojenne teksty, co jednak nie ma żadnego znaczenia dla faktu, że po "Under the Billion Suns" warto sięgnąć dla jej fascynującego rocka.

[Piotr Lewandowski]