polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
SOULFLY Prophecy

SOULFLY
Prophecy

 Maxowi Cavalerze latka lecą, ale energii mu nie ubywa do coraz to kolejnych nagrań i koncertów. Teraz dokonał najbardziej do tej pory rewolucyjnej reorganizacji zespołu, bowiem jedynie perkusista Joe Nunez współpracował z Maxem wcześniej (zagrał na "Primitive"). Na gitarze gra niejaki Mark Rizzo (wcześniej w Ill Nino, co przyprawiło mnie o dreszcze przerażenia), rolę basisty pełniło dwóch muzyków - Bobby Burns (Primer 55) i Dave Ellefson (Megadeath). Skład co nieco zastanawiający, ale Soulfly ma jednego dyrygenta, więc każda sekunda płyty przynosi nam duszę Cavalery.


    Wkładając "Prophecy" do odtwarzacza po raz pierwszy zastanawiałem się, czy wyznaczony poprzednią płytą trend w stronę zmetalizowania muzyki będzie kontynuowany, czy może nastąpiła jakaś wolta? I pierwsze kilka numerów przyniosło mi porcję typowego dla Cavalery napieprzania, podlanego indiańskim sosem, ale bądź co bądź ostrego. No i słyszanego już nie raz. Fakt, że otwierający płytę utwór tytułowy, albo następujący po nim Living Sacrifice są niczego sobie, ale już gdzieś to było. Prawdziwą bombą jest natomiast I Believe, czysty dynamit. Oznaki niespodzianek przynosi utwór Mars, w którym hard-core'owa jazda wkracza na manowce brzmień akustycznych, a od kawałka Moses zaczyna się to, co stanowi o sile i uroku tej płyty. Moses to cudowne połączenie Soulfly'owej energii i reggae, stworzone w wyniku jammów Maxa z serbskim zespołem Eyesburn. A potem dzieją się rzeczy totalne - mamy przedziwne, tradycyjne instrumenty, motywy flamenco, muzyki latynoskiej, całe tony bębnów. Dzięki tym smaczkom lepiej pochłania się też utwory ciężkie, takie jak wywrotowy Born Again Anarchist, czy też kower Helmeta In the Meantime. Całość wieńczy liryczne Wings zaśpiewane przez tradycyjnego już gościa - Ashę Rabouin.


    Bez wątpienia jeszcze nigdy Soulfly nie zawarł na płycie tyle brzmień nie-metalowych, to co zazwyczaj było jedynie drobnym dodatkiem, przyprawą, urasta teraz do roli głównego dania. Mam wrażenie, że Cavalera chciał pogodzić na "Prophecy" dwie pokusy, z jednej strony zaprezentować coś świeżego i odmiennego, a z drugiej rąbnąć solidnie z głośników, tak jak on to potrafi. Bo trzeba przyznać, że w pisaniu porywających kawałków na ciągle tych samych kilku akordach osiągnął mistrzostwo porównywalne z Bobem Marleyem. I posiada równie dużą osobowość, przez co zawsze będzie porywał tłumy na koncertach. Dlatego też bez mrugnięcia okiem wybaczam mu pewną wtórność ostrych kawałków (nie chciał chyba zbyt zaszokować publiki) i biję brawo za elementy nowatorskie. Może "Prophecy" sprawi wreszcie, że fani Sepultury przestaną narzekać na Soulfy, że to nie to samo, może wreszcie pojmą, że to już definitywnie co innego. Więc jeśli ktoś chce usłyszeć Maxa w takiej tonacji, to "Prophecy" jest chyba ostatnią szansą. A że przynosi też o wiele więcej, dlatego warto tę płytę mieć. Naprawdę dodaje energii.

[Piotr Lewandowski]