polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
SOULFLY Dark ages

SOULFLY
Dark ages

Po wydaniu bardzo udanego "Prophecy" wydawało się, że Max już na dobre skręci w stronę etniczno-plemiennych klimatów, w coraz szersze wykorzystanie instrumentów z całego świata i częstsze bujanie w rytmach reggae. Tamten album miał pokazać wszystkim narzekającym fanom dawnej Sepultury, że Soulfly to zupełnie nowa jakość. Tymczasem nagrywając nową płytę "Dark ages", Max zrobił gwałtowną woltę w kierunku przeciwnym - muzyki surowej, brudnej, ciężkiej, jak na tytułowe mroczne czasy przystało. Tym samym ma ona dużo więcej wspólnego z niewieloma czysto metalowymi kawałkami na "Prophecy" niż z etnicznym brzmieniem i budzi bardzo wyraźne skojarzenia właśnie z Sepulturą czy nawet Nailbomb.

Już pierwszy rzut oka na okładkę pokazuje, że zmiana jest wyraźna. Zaprojektował ją Michael Whelan, twórca szaty graficznej do płyt Sepultury ("Beneath the Remains", "Arise" czy "Chaos A.D."). Zniknęły kolorowo-tribalowe motywy z poprzednich okładek Soulfly, zastąpione przez mroczną wizję apokalipsy. Tą zmianę słychać także w muzyce. Na palcach jednej ręki można policzyć momenty, gdy gitarowo-perkusyjna naparzanka zmienia się w etniczne, spokojne klimaty ("I and I", "Staystrong" czy "Riotstarter", w którym następuje powrót do znanej opowieści o indiańskim rewolucjoniście Zumbi). Co prawda Max ponownie używa wielu rozmaitych instrumentów z różnych stron świata (np. bałałajka), jednak pojawiają się one w śladowych ilościach. Najczęściej tworzą bardzo intrygujący kontrast - pojedyncze, czyste dźwięki w połączeniu z ciężkimi gitarami. Również w sekcji rytmicznej sporo się zmieniło. Tony różnorodnych bębnów zostały wyparte przez czysty zestaw perkusyjny z brylującą podwójną stopą (choć trzeba przyznać, że Joe Nunez radzi sobie wyśmienicie). Tak więc nowy materiał został dość wyraźnie odarty z plemiennego ducha. Cóż zostało w zamian? Kilkanaście ciężkich, mrocznych utworów, jak zwykle opartych na prostych riffach, które kryją w sobie wielką moc. Max postarał się o pewne zróżnicowanie rytmiczne - są kawałki wolniejsze z przewalającymi się jak walec potężnymi gitarami ("Bleak", "Corrosion creeps"), jednak przeważają ultraszybkie, punkowo-trashowe jak "Frontlines" czy "Fuel the hate". Jak zwykle pojawiło się kilku gości - wokalista Billy Milano (M.O.D./S.O.D.) przyczynił się do punkowego "Molotov" z tekstem po rosyjsku, Coyote z Serbii pożyczył trochę czystych wokali w "Innerspirit", Dave Ellefson zagrał na basie w "Riotstarter". Płyta została nagrana w wyjątkowo nie zmienionym składzie i mam wrażenie, że Mark Rizzo odciska na muzyce Soulfly coraz większe piętno (jeśli w ogóle jest to możliwe, by wywierać jakiś wpływ na Maxa), o czym świadczą liczniejsze nawiązania do muzyki latynoskiej oraz wcześniej nieobecne czysto metalowe solówki. Całość tradycyjnie zamyka piąta już część klimatycznego jammowania.

Miałem ciężki orzech do zgryzienia, chcąc jednoznacznie ocenić "Dark ages". Z jednej strony jest tu dużo porządnego, ciężkiego, metalowego grania, które, mogę sobie wyobrazić, będzie wywoływać szaleństwo zwłaszcza na koncertach. Z drugiej strony Max odrzucił dużą część tego, co stanowiło o oryginalności Soulfly. Etniczne, rozwojowe klimaty zostały tu zepchnięte na drugi plan. A jako że płyta jest bardzo długa, bez nich staje się niestety trochę nużąca. Zwłaszcza że rewolucji być nie mogło i nadal obracamy się wokół tych samych tematów i tych samych riffów. Trudno zarzucać to Maxowi, gdyż jest mistrzem w przerabianiu ich w porywające kawałki. Jednak biorąc pod uwagę poprzednie nagrania, "Dark ages" nie jest raczej krokiem naprzód. Oczywiście nie zmienia to faktu, że jest dobrą płytą, co tym bardziej potwierdzą ci, którzy wciąż wzdychają do dawnej Sepultury. I najpewniej znów zaogni dyskusję między nimi a zwolennikami Soulfly. Zatem pomimo że preferowałbym inny kierunek rozwoju, Max to Max i dlatego "Dark ages" przez pewien czas jeszcze będzie gościć w moim odtwarzaczu.

[Aleksander Kobyłka]