polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Soulfly Prophecy

Soulfly
Prophecy

Jak przeskoczyć własną legendę

    Zacznijmy od stanowczej deklaracji: ani słowa o Sepulturze, już dosyć. Minęło tyle czasu i płyt od rozpadu tej grupy, że można skupić się na rzeczach współczesnych. Szczególnie, że Max Cavalera śmiało idzie swoją własną drogą. Przyrzekam, jak usłyszę jeszcze raz zadawane mu pytanie dlaczego odszedł z Sepultury to zamienię się w maszynę zniszczenia. Podobnie zresztą jak na dźwięk pytania zadawanego Mike'owi Pattonowi, czemu Faith No More już nie istnieje. Skoro zatem ktoś jest święcie przekonany, że twórczość Maxa skończyła się wraz z Sepulturą, to nawet niech nie czyta dalej. Bo ja uważam akurat zupełnie inaczej, co postaram się wam przedstawić w poniższym tekście, który zdecydowanie traktować będzie o zespole Soulfly. A jest tak dlatego, że każde kolejne wydawnictwo tej kapeli stawia mnie w stan pogotowia i niecierpliwego wyczekiwania na możliwość zobaczenia ich na żywo. A że taka okazja nadarza się już niedługo, więc nie marnujmy czasu i przejdźmy do rzeczy.

    Właściwie, to czy Cavalera może nas jeszcze czymś zaskoczyć po tylu latach na szczytach metalowego panteonu? Wydaje mi się, że tak. Dowiódł tego chyba ostatnim studyjnym dokonaniem, czyli "Prophecy". Ale po kolei. Podejrzewam, że większość czytelników zna perypetie Maxa po odejściu z Sepultury. Po kilku miesiącach muzycznej samotności założył on nową grupę, której trzon stanowili basista Marcello D. Rapp (wcześniej techniczny Sepultury), perkusista Roy Mayorga (autor między innymi fantastycznego remiksu do Refuse/Resist) i gitarzysta Jackson Bandeira. Ponieważ porównania z Sepulturą były nieuniknione, wydaje mi się, że Max rozwiązał ten problem zapraszając na sesję nagraniową całą gromadę gości, którzy sprawili, że postrzega się debiutancki album przez inny pryzmat. Tak w ogóle, to multum muzyków uczestniczących w rejestracji kolejnych płyt możemy uznać za znak rozpoznawczy Soulfly. Podobnie było przecież na "Primitive", który ujrzał światło dzienne w roku 2000. Nie dość, że w międzyczasie funkcję gitarzysty pełnił Logan Mader, wcześniej członek Machine Head - musi on być mało sympatycznym typkiem, skoro wyleciał z obu zespołów - to pojawia się dwóch nowych zawodników: Mikey Doling na gitarze, wcześniej grający w nieodżałowanej grupie Snot, oraz młodziutki perkusista Joe Nunez, rekomendowany Maxowi przez samego Dave'a Lombardo. Jednak "Primitive" jest chyba najsłabszym dokonaniem kapeli - jest zbyt niumetalowa, brakuje jej jasnego i konkretnego oblicza, wyrazu. Wydaje mi się, że stało się tak także z powodu nadmiaru gości. Niemniej jednak na żywo zespół nie zawiódł, dając w warszawskiej Stodole potężny, ale trochę za krótki koncert. Bo na szczęście Polska należy do stałych miejsc wizytowanych przez Maxa już od prawie dekady.

    Rok 2002 przyniósł nową płytę, do składu powrócił Roy Mayorga, Mikey Doling potwierdził swoją klasę, a ja odzyskałem wiarę w zespół. Zatytułowana po prostu "3" uderzyła znacznie mocniej niż poprzednia, zarówno pod kątem ciężkości brzmienia, jak i spójności. Nie ukrywajmy, prezentowane riffy nie są strasznie odkrywcze, właściwie analogiczne konstrukcje utworów, plemienne źródła inspiracji i metalowe korzenie można wychwycić na każdej produkcji Maxa, ale nie w tym tkwi przyczyna jego atrakcyjności. Bez tego człowieka obecna ciężka muzyka nie byłaby tam, gdzie jest - negatywną tego stroną jest całe mrowie kapel niumetalowych zrzynających z niego ile wlezie, ale to właśnie także pozwala uchwycić, w czym tkwi tajemnica Maxa. W jego charyzmie i zwierzęcej, autentycznej energii. Jego proste, wybuchowe i plemienne kompozycje mają w sobie tak duży ładunek emocji, że słucha się ich przede wszystkim sercem, nie dbając specjalnie o podobieństwa czy powtórzenia. Czego w skondensowanej postaci doświadcza się w czasie koncertów. Wtedy człowiek zapomina o bożym świecie, daje się porwać emanującej z Cavalery sile i szaleje w rytm muzyki Soulfly jak podczas rytualnego tańca. Tak mniej więcej było w Stodole w lutym ubiegłego roku, kiedy to przez przeszło półtorej godziny muzycy wyciskali z nas ostatnie poty i potwierdzili, że zwrot w stronę cięższego i bardziej "metalowego" grania nie był przypadkowy. Skoro znalazło się miejsce na utwory Nailbomb, Sepultury i soulfly'owe "specialitete de la maison", nie można było nie wyjść z klubu padniętym i zauroczonym. Parę miesięcy później miałem okazję zobaczyć Soulfly w belgijskim Dour, gdzie grali pod otwartym niebem i było to przeżycie wręcz mistyczne.

    Właśnie zaczynało się ściemniać, więc warunki były prawie idealne. Scena wielgachna, za zespołem rozwieszone flagi z sylabą om i tribalem - logo kapeli. Rozległa przestrzeń i świecące gwiazdy dodały muzykom dodatkowego natchnienia, przez co festiwalowe oblicze zespołu było odmienne od klubowego. Grając Quilombo przeszli do Exodus Boba Marleya, za chwilę w Fire, po czym zespół na chwilę zniknął, grała jedynie perkusja, a po chwili pozostali muzycy dołączyli uzbrojeni w bębny. Potem kolejna niespodzianka, tym razem naprawdę duża. Soulfly zagrali z punkowym zacięciem Territorial Pissing Nirvany. Gdzieś w międzyczasie był jeszcze fragment utworu Headup, nagranego swego czasu przez Maxa razem z Deftones. Na tym właśnie polega unikalność tej grupy - amalgamat metalowej tradycji i plemiennego, korzennego źródła, skąd wywodzi się mentalna, nieuchwytna podstawa tej muzyki. Nazwa jest niewiarygodnie wręcz utrafiona, ponieważ Cavalerze udaje się przekazać w swoich wersach i riffach uczucia doświadczane przez duszę starającą się wznieść ponad ziemską egzystencję, sięgnąć do sfery mistycznej. I nadać występom niepowtarzalnego charakteru.

Proroctwo zmiany

    Minęły dwa lata i pojawiła się nowa płyta zespołu, zatytułowana "Prophecy". Tak gruntownej przebudowy składu jeszcze nie było. Jedynie perkusista Joe Nunez współpracował z Maxem wcześniej (zagrał na "Primitive"). Na gitarze gra niejaki Mark Rizzo (wcześniej w Ill Nino, co przyprawiło mnie o dreszcze przerażenia), rolę basisty pełniło dwóch muzyków - Bobby Burns (Primer 55) i Dave Ellefson (Megadeath). Skład co nieco zastanawiający, ale Soulfly ma jednego dyrygenta, więc każda sekunda płyty przynosi nam duszę Maxa Cavalery. Tak duże zmiany mogą się wydać zaskakujące, ale jak twierdzi sam Max: "Zdecydowałem, że ten album będzie odmienny od poprzednich. Jest on wynikiem podejścia, którego chciałem spróbować w tym momencie. Zawsze chciałem uniknąć tego, żeby Soulfly był zespołem takim, jak na przykład Metallica - ciągle tych samych czterech kolesi. Na każdej naszej płycie skład zmieniał się trochę i pewnie w przyszłości nadal tak będzie. Aby zrealizować moją wizję, musiałem zacząć tak jakby od początku i zebrać ludzi przyciągających moją uwagę, z którymi nigdy wcześniej nie grałem. I tak właśnie stworzyliśmy tę płytę."

    Od dwóch miesięcy wsłuchuję się w "Prophecy" i chyba uznam ją za najciekawsze dokonanie kapeli. Wydaje mi się, że Max ostatecznie zrzucił z siebie sepulturowy bagaż. Bez wątpienia jeszcze nigdy Soulfly nie zawarł na płycie tyle brzmień nie-metalowych, to co zazwyczaj było jedynie drobnym dodatkiem, przyprawą, urasta teraz do roli głównego dania. Mam wrażenie, że Cavalera chciał pogodzić na "Prophecy" dwie pokusy, z jednej strony zaprezentować coś świeżego i odmiennego, a z drugiej rąbnąć solidnie z głośników, tak jak on to potrafi. Bo trzeba przyznać, że w pisaniu porywających kawałków na ciągle tych samych kilku akordach osiągnął mistrzostwo porównywalne z Bobem Marleyem. Dlatego też bez mrugnięcia okiem wybaczam mu pewną wtórność ostrych kawałków (nie chciał chyba zbyt zaszokować publiki) i biję brawo za elementy nowatorskie. "Prophecy" dowodzi, że lider zespołu przekazuje w swojej sztuce własną wrażliwość i, że nie są mu ponadto obojętne problemy otaczającego go świata. W przypadku Soulfly mamy do czynienia ze szczególnym sposobem tworzenia muzyki - z jednej strony nie ma wątpliwości, kto jest jej pomysłodawcą, z drugiej zmienna jest forma istnienia zespołu, w którym zmiany personalne nie są gorzkimi rozstaniami, lecz raczej płynną ewolucją, odkrywaniem nowych kooperantów w wyniku wspólnego jammowania. Ciekawe jest poszukiwanie nowych inspiracji, czego dowodem współpraca przy utworze Moses z serbską grupą Eyesburn. Muzyka uległa spolaryzowaniu, nie ma już śladu po niumetalowych manowcach, jest za to albo agresja podana w mało nowoczesnej formie, albo zagrywki liryczne uderzające wielością inspiracji i geograficznym zróżnicowaniem źródeł natchnienia. Cavalera sam uznaje, że album składa się z dwóch odrębnych, ale równoważnych części. W poszukiwaniu inspiracji dosłownie zjechał planetę wzdłuż i wszerz. Wspomniałem już o Serbii, część utworów powstała w zamku w Anglii, nie obyło się też oczywiście bez wyprawy do rodzinnej Brazylii. Po raz pierwszy pojawiają się dęciaki, kobzy a nawet tradycyjne instrumenty udostępnione Maxowi przez serbskiego profesora konserwatorium muzycznego. "To były najbrudniejsze instrumenty, jakie widziałem w moim życiu - wspomina lider zespołu - słychać je wewnątrz tej płyty i dzięki nim powstaje nastrój world music." Zwieńczeniem muzycznej przygody jest ostatni utwór, najpierw mamy delikatne "The Wings" zaśpiewane przez Ashę Rabouin, następnie ludową piosenką graną przez serbskich cyganów. Niemniej jednak cały czas pamiętamy, że Soulfly to agresywna, ciężka kapela, o co zadbali Max jako twórca oraz producent i miksujący płytę Terry Date.

    Tuż po ukazaniu się albumu Soulfly wystąpił na trzech koncertach w ramach festiwalu Metalmania, jednak nie wybrałem się do Spodka ze względu na inne wątpliwe atrakcje tej imprezy. Dlatego też obecną letnią trasę możemy potraktować jako promującą "Prophecy" i będzie to swoisty sprawdzian dla nowych muzyków. Czego zatem możemy się spodziewać po czerwcowym występie? Jeżeli powiem, że niczego nowego, to będzie to przewrotnie najlepsza zachęta do wybrania się na ten koncert. Skoro w studiu Max i jego współpracownicy zdołali uchwycić tak potężną dawkę wigoru i czadu, to strach pomyśleć, co się będzie działo na scenie. Po prostu nie można się oprzeć sile przyciągania Maxa, jego dzikiej energii bijącej z niego samego i z każdego dźwięku uderzającego z głośników. Wspomniałem już Boba Marleya, on także należy do muzyków obdarzonych taką charyzmą i siłą przyciągania, że racjonalnie nie można wytłumaczyć, dlaczego przyciągają oni słuchaczy, dlaczego z ich grania bije taka desperacja. Współczesnemu światu brakuje odrobiny mistyki i rytuału, które porządkowały życie tradycyjnych społeczności i pozwalały im odnaleźć związki z otoczeniem, uporządkować świat dookoła i nadać mu duchowego wymiaru. I chyba do tych pokładów naszej świadomości odwołuje się Max Cavalera w swojej religijno-rewolucyjnej muzyce. Na samą myśl o ponownym zobaczeniu tego wiecznie młodego Brazylijczyka, zbliżającego się do mikrofonu by wrzasnąć nieodłączne: "uno, des, tres, quatro, com'on Poland!", na samą taką myśl krew zaczyna mi krążyć szybciej.

    Zapraszamy was na nadchodzący koncert, piętnastego czerwca we Wrocławiu. Kto wie może jak pojawią się następnym razem, będą już grali reggae?

[Piotr Lewandowski]