polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Pasimito wywiad z Jackiem Stobieckim

Pasimito
wywiad z Jackiem Stobieckim

Pasimito jest zespołem, przez który przewinął się około tuzin muzyków – w większości z Górnego Śląska. Niezmiennie, od samego początku trzonem i liderem – choć to nie zawsze było oczywiste – pozostaje basista Jacek Stobiecki. Konkretna wizja, a jednocześnie czujne podejście do materii muzycznej zaowocowało jak do tej pory jednym wydawnictwem: albumem Rumi, jednak jak dowiadujemy się z poniższej rozmowy, Pasimito ma spore archiwum, a i przygotowuje się do nagrania nowej, instrumentalnej płyty. Zapraszamy do lektury rozmowy z liderem Pasimito.

Kiedy, w jakich okolicznościach i w jakim składzie powstało Pasimito?

2005 rok. Po wspólnym wyjeździe do Indii z Łukaszem Ławrynowiczem – perkusjonalistą - założyliśmy zespół w składzie bas, instrumenty perkusyjne i gitara.

Odbyły się jakieś koncerty w tym składzie?

To były bardziej spotkania medytatywne, niż muzyczne. Byliśmy pod wrażeniem wyjazdu, który trwał dwa miesiące. Polecieliśmy raczej w kierunku duchowości.

Jesteś chyba mocno związany z tematami duchowości, hinduizmem, buddyzmem?

Bardziej religioznawczo, poznawczo – w sensie nie naukowym, a empirycznie. Pojechać, zobaczyć, doświadczyć. Pojeździłem trochę po świecie w poszukiwaniach: Meksyk, RPA, Indie, cała Europa.

Do tego jeszcze wrócimy przy okazji Waszej płyty. Kojarzę Pasimito od składu z saksofonistą Michałem Sosną i Kubą Łuką z syntezatorem i laptopem.

Tak, to był pierwszy podstawowy skład: Michał Sosna, Kuba Łuka, ja na basie, Daniel Pazdyka na gitarze, Wojtek Jakubiec na perkusji i Łukasz Ławrynowicz na perkusjonaliach. W tym składzie odbyły się pierwsze koncerty pod szyldem Pasimito.

W 2007 roku zagraliście pamiętny, zorganizowany przez Andrzeja Kalinowskiego koncert przed Łoskotem w Hipnozie. Nagraliście wtedy demo, które było do kupienia na Waszej stronie internetowej.

Za dziesięć złotych. (śmiech)

Nie, za pięć złotych (śmiech). Bardzo mnie dziwiło, czemu tamten skład nie poszedł do przodu, nie powstała płyta. Co się wydarzyło? Czynniki ludzkie, różnice artystyczne, każdy chciał w swoją stronę?

Wszystko naraz. Graliśmy dużo koncertów, na tym się skupialiśmy bardziej, niż na pracy studyjnej. Próbowaliśmy: jeszcze to, jeszcze tamto, jeszcze nie jest tak doskonale, jeszcze nie jest tak fajnie, poczekajmy, a to rozglądanie się za pieniędzmi na studio. A to takie studio, a to inne. Nigdy nie doszło do nagrania studyjnego z tym składem. Powstało sporo demek i EPek ponagrywanych na ślady - część nagrana w Alchemii, część gdzieś w Katowicach.

To były te nagrania: "Hasie", "Stoopaloop" itd.? Jest coś więcej poza tym? Myślę, że warto byłoby to udostępnić.

To do dziś leży na półce, ale nie doszło do nagrania finalnej płyty. Pewnie kiedyś to odkurzę, odświeżę. Tu pomocny byłby Kuba, bo on się zna na miksie, masteringu, jest producentem, realizatorem.

Czemu ten skład nie przetrwał?

Część składu miała ciągotki do tworzenia różnych projektów. Pasimito, MorF, Blare for a, Sensorry. Doszło do takiego paradoksu, że nie mieliśmy czasu złapać się w jednej chwili i zorganizować – czy to koncert, czy próby. Gitarzysta miał ciśnienie, żeby grać, grać i jeszcze raz grać. Było to denerwujące, nie dziwię mu się. Trudno grać z muzykami, gdy grają wszędzie. Z drugiej strony, jak nie grasz wszędzie, nie żyjesz z muzyki, bo zawsze będziesz musiał robić coś na boku, chyba, że wejdziesz w pop albo muzykę rockową, zrobisz płytę z rzeczami, które krążą w radiu i zarabiają na siebie. Ale to nie w takiej muzyce, jaką my uprawiamy. To mało prawdopodobne.

Czyli w zasadzie rozeszło się przez kreatywność poszczególnych członków zespołu? 

Każdy chciał robić coś swojego – to raz. I większość miała taki pomysł, że im więcej tych składów, tym więcej koncertów i tym więcej ruchów z różnymi ludźmi. Sosna zrezygnował z pracy, chłopaki próbowali zostać muzykami zarabiającymi na siebie, żyjącymi z grania. Wyszło, jak wyszło. Dziś każdy może sam ocenić, gdzie gra i co robi.

Czy w Tychach było coś takiego, jak odrębna scena muzyczna?

To było odwieczne marzenie Łukasza Tica i Leszka Golisa (Hrabia Fochmann znany z współpracy z Pogodno – przyp. ŁF). Były takie pomysły. Łukasz za czasów współpracy z Pogodno miał pomysł, by zrobić label Hajle Silesia, śląską scenę muzyczną. Było kilkanaście prób, jeśli nie więcej. Spotykaliśmy się, omawialiśmy sprawę. Nigdy nie doszło to do skutku, ale jeśli mnie spytasz o przyczyny, odpowiem wprost: nie wiem. Nie mam pojęcia, dlaczego to nie wyszło i nie wychodzi do dzisiaj.

Mam te same wrażenia. Mamy tu wielu kreatywnych muzyków, śląska scena powinna zaistnieć szerzej. Tym bardziej patrząc choćby na Lado ABC widać, że jest to możliwe.

Jest. Tak samo, jak wcześniej mieliśmy plany, żeby mieć jeden, drugi, trzeci zespół, rozrastać się, jeździć. Były takie wieczory, że grało Pasimito, potem MorF, Blare for a itd. Nauczyliśmy się tego z Ticem i Leszkiem od Tymańskiego. Gdy yass jeszcze raczkował i organizowaliśmy tutaj koncerty, Tymański przyjeżdżał z NRD, Kurami, tu Trupy, Miłość, a za jakiś czas Trzaska z Łoskotem. Ta scena się rozrastała i miała wzięcie. Wystarczyło to połapać i jeden zespół popychał drugi do przodu. W Polsce jest kilkanaście klubów, które płacą za koncerty. Wystarczy wsiąść w tę karuzelę i oblecieć te kluby i już możesz żyć z grania, nie musisz myśleć, że trzeba iść do pracy o szóstej rano, tylko skupiasz się na muzyce. 

Wydaje mi się, że Tychy były jednak trochę osobno od Katowic?

Bo Tychy to sypialnia Śląska. To jest specyficzny region. Ja nie jestem stąd, jestem z Gór Świętokrzyskich. Da się zauważyć, że są tu ludzie zewsząd, a ludzie zewsząd nie zawsze potrafią się ze sobą dogadać. A Katowice to już bardziej śląskość, Ślązacy. Miałem przyjemność grać z rdzennymi Ślązakami – zupełnie inny mental.

Okazuje się, że najlepiej ułożyło się tym, którzy z Górnego Śląska wyjechali (z małymi wyjątkami) – choćby Damianowi Pielce i Dominikowi Strycharskiemu, który w Warszawie przez ostatnie lata gra zdecydowanie częściej, niż w Bytomiu, czy Katowicach.

Z Damianem graliśmy tu mnóstwo jamów. On jest od nas młodszy. Od momentu współpracy z Janerką może sobie pozwolić na komfort grania i tworzenia różnych projektów. Jego Japoto to bardzo fajna rzecz. Nie wiem, czemu to nie zaistniało w Polsce, ale chyba musiałby być, jak ja w Pasimito, wszystkim – od menadżera, przez kierownika zespołu po producenta. A szkoda, bo ten projekt, jego prywatny jest bardzo fajny. A przecież współpracował też ze 100nką.

Tak, a Tomek Leś też gra z nim w Japoto. 

Ludzie stąd emigrują. Faktycznie, Dominik Strycharski wyjechał do Warszawy i faktycznie zaczyna się kręcić. Nie ma tu kogoś, kto by to wszystko scalił, promował, menadżerował, przewodniczył, zbierał unijne i marszałkowskie dotacje, wyjeżdżał za granicę. W Polsce z taką muzyką, jaką robimy jest trudno przeżyć. Bardziej trzeba pojechać na wschód, zachód, zagrać za granicą.

Nie wiem, czy znasz Tomka Podgórskiego z Katowic, który tworzy instrumenty orientalne. Wybitna postać, a nikt o nim nie słyszał. Odgrzebuje starohinduskie instrumenty – robią mu je w Indiach. Ma dwa zespoły: Rosengarden i Manasuna. Płytę musiał wydać w Portugalii, żeby zaistnieć na jakiejkolwiek scenie.

Wróćmy do Pasimito. Etap pierwszego stałego składu się zamknął.

Z Danielem stwierdziliśmy, jak Przemek (perkusista Przemek Lechowicz – przyp. ŁF) już doszedł, że żeby to było twórcze, nie może być ciśnienia, że ktoś musi grać, albo musi być. Staraliśmy się unikać terroru: "przyjedź na próbę, przyjedź na koncert" – klimatów, które powodują, że czujemy się coraz gorzej sami ze sobą.

Wykrystalizował się nowy skład: Przemek Lechowicz na perkusji, nadal Daniel Pazdyka na gitarze, Patryk Zdebik na saksofonie i skrzypaczka Kasia Sprawka. I w tym składzie nagraliście płytę Rumi.

To po drugim wyjeździe do Indii (śmiech). Tym razem pochłonęła mnie kultura suficka z poezją Rumiego na czele. Mieliśmy wchodzić z materiałem instrumentalnym do studia, ale pozarażałem wszystkich Rumim. W Indiach poznałem sufich, przebywałem z nimi. Zaraziłem się tą poezją i przekonałem wszystkich: zróbmy płytę piosenkową. Ludzie nas znają z instrumentalnych koncertów, czy tapingu do kina niemego. Poszliśmy na przekór.

To było dość zaskakujące – początkowo ciężko było się przestawić. Na albumie pojawia się Łukasz Tic. Tłumaczył teksty, redagował?

Tak. Redagował teksty długich i krótszych poematów. Przełożyć taką poezję na piosenki i wziąć za to odpowiedzialność – trzeba mieć odwagę. Ludzie z różnych kręgów mogą mieć pretensje, albo zadowolenie. Niektóre rzeczy były tłumaczone przez tutejszych wydawców – jedno wydanie z angielskiego, drugie z perskiego. Część tekstów tłumaczył chyba mój przyjaciel z Indii studiujący sanskryt. 

Wokalistą został Wasz producent Adam Celiński.

Podszedł do tematu totalnie profesjonalnie. Śpiewał wcześniej, a i jako reżyser dźwięku zna techniki wokalne. Nagrywał T. Love, Golców, wie jak się pracuje z głosem. Chciał zaśpiewać, a nie wyrecytować. Sam sobie poukładał linie melodyczne. Podziwiam go, że dał radę, bo ta muzyka jest pokręcona, nieharmoniczna, niektóre rzeczy nie nadają się do melodyjnego, popowego śpiewania, a mu się udało wejść z melodią i fajnie się to skleja. 

Na tej płycie ma charakterystyczny, wysoki, wręcz uduchowiony głos.

Właśnie dlatego chciałem zrobić Rumiego. Te teksty z pozoru mogą się wydawać błahe, ale gdy się w nie bardziej wejdzie i przełoży na życie, są bardzo głębokie. Każdy z nas leci w stronę duchową, jedni bardziej, inni mniej, jedni są zaangażowani w jakąś religię, inni nie, ale wszyscy, nawet ortodoksyjni Ślązacy zgodzili się, że w poezji Rumiego jest jakaś głębia, ruszyło ich to. Adama też.

Graliśmy trochę koncertów z tą płytą, m. in. na Openerze. Nagraliśmy też materiał instrumentalny w tym składzie – leży i czeka. Pewne rzeczy pozwoliłem sobie zaczerpnąć na płytę najnowszą. 

W międzyczasie znowu zmienił się skład. M.in. na gitarze elektrycznej Jan Mitoraj z Mikołowa, a ostatnio w Tychach graliście jeszcze z pianistą. Co to za muzyk?

Tak, to Pawel Kukla. Co ciekawe, ostatnio wystąpiliśmy okazjonalnie w ramach Projektu Granica z Wojtkiem Jakubcem (inicjatorem przedsięwzięcia, pierwszym bębniarzem Pasimito), trębaczem Tadkiem Kulasem, Michałem Sosną i Wojtkiem Bubakiem, gitarzystą Lachowicza, kiedyś Sensorrów. Wojtek Jakubiec działa w ramach projektu Teatralna Maszyna Pszczyna i zaprosił nas do udziału w tym przedsięwzięciu. 

Przez Pasimito przewinęło się sporo osób, ale nadal współpracujemy, spotykamy się na różnych scenach. Nie ma nienawiści, zawiści, nawet jak sie nie lubimy, spotykamy sie na scenie i jest fajnie. Muzyka zabija to wszystko, co jest negatywne – czujemy energię w muzyce i wymieniamy się tą energią. Gdy jeszcze jest dobre miejsce, dobre nagłośnienie i ludzie, którzy sprzyjają, muzyka staje się doskonałym stanem medytatywnym. Nie myślisz, wszystko samo płynie. I dlatego lubię muzykę improwizowaną – nie mamy ścisłych ram. Możemy zaplanować coś na płytę, jakieś tematy, wokół których biegamy, ale na koncertach to zmienia swoją postać.

Zajmujesz się też produkcją albumów Pasimito?

Lubię dźwięk. Sporo się nauczyłem podczas nagrywania płyt, grania koncertów, byłem akustykiem w Tychach. Lubię to. Lubię produkować, współpracować z reżyserem dźwięku, kreować koncepcję, obraz, wizję albumu od poczatku do końca. Warstwę muzyczną tworzymy wspólnie z zespołem.

Jak znaleźliście się w "Jasnej Stronie" (menedżment m. in. Myslovitz, Mumio i Drekotów – przyp. ŁF)?

Z Moniką i jej mężem znamy się od lat. Monika, Ślimak i ich znajomi są z Katowic, a bywali w Kloster Pubie w Tychach, także nie było podziału Katowice-Tychy. Wszystko organizował Łukasz Tic, ja zajmowałem się nagłaśnianiem. Robiliśmy sporo koncertów, m. in. Zion Train, inne soundsystemy. Spędziliśmy tam sporo ciekawych lat z Łukaszem i Leonem. I tam poznaliśmy Monikę, która dziś prowadzi "Jasną Stronę".

Może "Jasna Strona" scali tutejszą scenę?

Być może. Monika zajmuje się Mumio, Myslovitz, Asi Mina, ostatnio Biffem. Z Pasimito jest nieco inaczej – my idziemy raczej bokiem.

Tak, muzyka jest trudniejsza, ale moim zdaniem nagrania z Rumiego mogłyby spokojnie być na playlistach radiowych. A jak wygląda sytuacja z nową płytą Pasimito?

Dopiero w marcu wchodzimy do studia. 

Pojawią się jakieś aspekty duchowe?

Każdy z nas jest na tyle świadomy swojej duchowości, czy rozwoju, że ta energia krąży. Ważny jest feeling, jaki jest między nami. Ktoś może się dopiero uczyć gry na instrumencie, ale ma wyczucie, gra przepiękne rzeczy. Pasimito jest zespołem otwartym. Nie ma w tej chwili ciśnienia: kto? co? jak? Albo się czujemy ze sobą dobrze, albo nie.

Nadal z Przemkiem Lechowiczem? Skąd się znacie?

Przemek był perkusistą w Inside – zespole, z którym objechaliśmy Jarociny, Spodki. Jesteśmy tak zgrani, że możemy grać z zamkniętymi oczami.

A Kasia Sprawka?

To żona mojego serdecznego przyjaciela Darka Sprawki, puzonisty znanego m. in. z Mitch&Mitch.

Tak, bo Darek też jest z Tychów?

Tak.

Ona ma jakieś doświadczenia muzyczne?

Tak, ale raczej orkiestrowe, klasyczne, ale jest bardzo otwarta na inną muzykę, mamy wspólny flow. 

I saksofonista Aleksander Papierz z Pulsarusa.

Jest po uczelni katowickiej, ale też jest otwarty. Mogę mu rzucić temat rozpisany w nutach – zagra go klasycznie ze swoją jazzową zadziornością, bo ma ją w sobie, ale jest też bardzo otwarty, nie trzeba z nim rozprawiać, tłumaczyć. W tej chwili mam taki zespół, że skończyło się jęczenie i narzekanie. Jeśli komuś coś się nie podoba, może sam próbować nowych rozwiązań, coś zmienić.

OK, w takim razie dzięki za rozmowę i czekam na nowa płytę Pasimito.

[Łukasz Folda]