polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Ola Rzepka wywiad

Ola Rzepka
wywiad

Utwory Drekotów, które znajdą się na płycie pt. Persentyna to z jednej strony dokładnie zaplanowane, zbudowane wokół analogowej perkusji, scalonych z nią gęstych śladów syntezatora, emocjonalnych żeńskich wokali i skondensowanych atomów psychodeli organizmy; z drugiej - oparte na dysonansowych dialogach skrzypiec i pianina kompozycje z pogranicza folku, popu i muzyki współczesnej. A przynajmniej tyle mówią trzy utwory, które autorka postanowiła przedstawić na potrzeby niniejszego wywiadu i krótkiego wstępu.

Jej imponująca aktywność muzyczna obejmuje kilkanaście grup, zespołów, projektów ze Śląska i innych regionów Polski. Wywodząca się po części z tradycyjnej edukacji twórczość wychodzi daleko poza granice hermetycznie rozumianej muzyki klasycznej, w przemyślany, a jednocześnie szalony sposób łacząc eksperymenty, pogańskie etno, punkową energię, kunszt muzyki poważnej z melodyjnością piosenek. O tym i nie tylko rozmawiamy z katowiczanką Olą Rzepką. 

Skąd w Twoim życiu wzięła się muzyka? W jednym z wywiadów wspominałaś o babci, która sprzeciwiała się Twojej grze na perkusji, choć de facto - jesteś najbardziej znana jako perkusistka. 

Pochodzę z bardzo muzykalnej rodziny, w której muzyka zawsze odgrywała ważną rolę. Mój tato sam grał zresztą kiedyś na perkusji, tylko nie miał za bardzo możliwości rozwoju tej pasji, bo czasy były ciężkie. Właściwie nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy zaczęła się moja przygoda z muzyką. Myślę, że to było już pewnie w wieku prenatalnym. 

Pewnie częściowo natchnął Cię do gry na perkusji. 

Biorę pod uwagę pozostałości w pamięci genetycznej, ale też wychowanie i środowisko, w którym dorastałam - musiały odcisnąć swoje piętno. Pamiętam np. wieczory przy ognisku we wspólnym gronie z rodzicami i ich przyjaciółmi, kiedy graliśmy na czym się dało: na puszkach, skrzynkach. To pierwszy perkusyjny element, który świadomie pamiętam, pierwsze wspólne muzykowanie i radość wynikająca z tego faktu. Podstawówka muzyczna w klasie fortepianu, to był mój wybór, ponieważ rodzice od początku traktowali mnie poważnie i pozostawili mi wolną rękę w tym zakresie. Przy wyborze drugiego instrumentu - nie mam pojęcia, skąd to się wzięło - chciałam wziąć perkusję. Moja babcia mówiła, że to nie jest najlepszy pomysł, bo dziewczynki są delikatne i zasugerowała inny instrument. Padło na gitarę. Po ostatnim egzaminie rzuciłam ją w kąt, bo wydała mi się absulutnie bezdusznym instrumentem. Pewnie w dużej mierze było to spowodowane tym, że uczyłam się gry klasycznej - z nienaturalnym trzymaniem pod skosem, z podnóżkiem, na sztywno. Może też powód był taki, że szkoła była za ciasna i lekcje odbywały się w ponurej, zagrzybionej, przykościelnej salce katechetycznej, a młody nauczyciel - niezależnie od tego, jak pięknie bym się nie nauczyła grać - w trakcie lekcji w ogóle mnie nie słuchał, tylko czytał książki. Natomiast ciekawe, że po nagraniu płyty Drekotów, czuję, że chciałabym wrócić do tego instrumentu i się z nim zmierzyć na nowo. Myślę, że wielce prawdopodobne, że kolejny materiał będzie skomponowany na gitarę. 

Podsumujmy, bardzo dobrze opanowałaś fortepian, perkusję, gitarę, coś jeszcze? 

Fortepian mam opanowany na tyle sprawnie, że dzielę się teraz swoją wiedzą ucząc improwizacji fortepianowej. Perkusja - myślę, że jeszcze na razie opanowana mniej sprawnie technicznie, ale za to bardziej od serca. Wydaje mi się, że jest to instrument, na którym powinien grać każdy człowiek. To widać nawet po dzieciach. Jeśli daje się dziecku jakiś przedmiot, zacznie stukać - ekspresyjnie, intuicyjnie, bez oporów i zbędnego wstydu. Jest to rodzaj pierwotnego języka. 

Za pianinem elektrycznym idzie też pewnie opanowanie syntezatora? Jakiego instrumentarium użyłaś, nagrywając utwory na płytę? Jak powstawały? 

Czasem wychodziłam od rytmu, czasem od tekstu, a czasem od melodii. Nie było reguły. Natomiast wszystkie utwory skomponowałam na instrumentach analogowych: na fortepianie i pianinie. Gdy wybierałam instrumenty koncertowe, celowo zdecydowałam się na konkretny model Yamahy, który ma różne czarodziejskie możliwości, m. in. w postaci arpeggiatora, co czasami jest bardzo pomocne przy różnorodnym aranżowaniu piosenek. Nie jestem najmocniejsza w te klocki. Podziwiam osoby, które grają na czterech klawiszach naraz, kręcąc gałkami. Ja jestem raczej analogowa, lubię wyszywać, robić na drutach itd. Muszę wszystkiego dotknąć, powąchać. To, że debiutancka płyta będzie tak zróżnicowana brzmieniowo w dużym stopniu jest zasługą Kuby Łuki - jej producenta. 

O tym porozmawiamy nieco później. Jak Twoja praca w szkole wpływa na działalność sceniczną, a jak scena wpływa na naukę? Te dwie płaszczyzny się przenikają, wpływają na siebie? 

Pomimo, że zasadniczo te moje aktywności zazwyczaj odbywają się w odmiennym miejscu i czasie, zdarzają się sytuacje, kiedy te dwa światy się łączą. Np. zeszłym roku zespół Drekoty został zaproszony na koncert organizowany w szkole. I muszę przyznać, że dla mnie był to jeden z bardziej stresujących i trudnych koncertów. Wiedziałam, że wśród publiczności są moi uczniowie z klasy fortepianu, ja siedzę za perkusją, jest zupełnie inna konwencja i styl, ale myślę, że to się obroniło. Myślę, że te młode osoby mają głód muzyki ogólnej, wrażeń z pogranicza różnych sztuk, mniej obejmujących muzykę poważną, klasyczną, która - jak wiadomo - jest dosyć hermetyczna i stosunkowo odległa od tego, czym nasiakają młodzi ludzie na co dzień, od tego, co się dzieje na ulicy. Chodzi mi tu o szybkość życia przede wszystkim. 

Przenikanie się mediów, teledyski na Youtube, Internet... 

Słuchanie muzyki z komórki itd. Myślę, że w porównaniu do czasów, w których to ja byłam po drugiej stronie i się uczyłam, w tej chwili punkt ciężkości przesuwa się o tyle, że nauczyciel nie jest w stanie być autorytetem we wszystkich dziedzinach i jeśli się odpowiednio otworzy na uczniów - sam może się od nich bardzo wiele nauczyć. Nie jest nieomylny. O tym staram się pamiętać. 

W szkole nauczasz klasycznie, Drekoty to inna muzyka, dlatego to było stresujące? 

Było to wejście z zupełnie inną konwencją w dosyć skostniały system. Tak to się przenika. Mam też bardzo ciekawe doświadczenia z warsztatów organizowanych przez fundację No Women No Art, które prowadziłam pod koniec sierpnia w Poznaniu. Pojawiły się tam osoby zainteresowane graniem, w których widać pasję i zapał. W ciągu dwóch tygodni dziewczyny nauczyły się podstaw gry na wybranym instrumencie (gitara, bas, perkusja, wokal) i założyły zespoły. Każdy z nich przygotował pod okiem instruktorek po dwie piosenki (jeden cover i jedną własną kompozycję), które zostaną zaprezentowane na koncercie w październiku. Było to więc podejście do edukacji od zupełnie innej strony niż w szkole muzycznej, w której pracuje się głównie nad warsztatem, a mniej nad możliwościami autoekspresyjnymi, jakie daje wspólne muzykowanie. 

Można powiedzieć, że pierwszy raz pojawiłaś się na scenie muzycznej w zespole Jacka Szymkiewicza: Budyń i Sprawcy Rzepaku. Jak doszło do tego spotkania, jak wyglądała praca? 

Zaczęło się od tego, że zanim jeszcze grałam na perkusji, przyjaciel wystrugał mi w drewnie mały bębenek. Studiowałam wtedy na dwóch kierunkach, pracowałam, żeby się utrzymać. Jedyną rzeczą, która wtedy była w stanie mnie „rozerwać” były imprezy techno, na które chodziłam do Mega Clubu. To było zabawne. Pamiętam, że jakoś rok czy dwa wcześniej wylądowaliśmy w tym miejscu przypadkiem - jeszcze chyba z wycieczki szkolnej w liceum - i wydało mi się dziwne, że ludzie chodzą w kółko z odkurzaczem na plecach (ja wtedy siedziałam w klimatach punkujących, w zupełnie innym świecie). Ten absurdalny techno-strój jakoś mnie wtedy zdziwił, ale i zaintrygował, zaciekawił. No więc później, jak już studiowałam i pracowałam, zaczęłam na te imprezy chodzić. Była to jedyna rzecz na tyle silna, która była w stanie mnie zresetować. Bywały takie imprezy, na które chodziłam z bębenkiem i grałam całą noc. Na jednej z imprez poznałam członków zespołu TV Joga. Zaczęłam z nimi grać... 

Grałaś w TV Jodze? 

Tak. Mieliśmy próby w Mysłowicach, a potem zaczęliśmy dojeżdżać do Tychów, gdzie próby miał też zespół Pogodno. Zdarzały się swobodne jamy i tego typu akcje. Miałam nawet pożyczoną do domu perkusję od Jarka Kozłowskiego. Potem wyjechałam na stypendium do Kopenhagi. Gdy wróciłam, grałam w projekcie poetycko-jazzowym Klaustropolis. W tamtym czasie pojechałam też na spektakl do Teatru Małego w Tychach, gdzie spotkałam menadżera Pogodno. Zagaił, że Budyń trochę się nudzi i czy nie miałabym czasu z nim pograć. Było to dla mnie trochę na wyrost, dopiero zaczynałam raczkować na perkusji, ale powiedziałam: "Pewnie, możemy spróbować". Budyń przyjechał, byłam mocno onieśmielona. Mieliśmy próby tam, gdzie do teraz mam salę - na terenie byłej huty Baildon. W tym miejscu chciałabym wspomnieć o książce „Huta” Grzegorza Kopaczewskiego. To powieść - utopia, umiejscowiona w sercu Katowic - na terenie huty Baildon, gdzie trwa niezwykły eksperyment socjologiczny. Dzielnica dla tych, którzy marzą o świecie stawiającym na rozwój. No więc jakież było moje zdziwienie, kiedy - po ponad dwóch latach wynajmowania sali właśnie w tym miejscu - przeczytałam tę książkę. Odczułam to tak, jak gdybym realizowała plan pisarza! W tej chwili budynek został wykupiony, wyremontowany, na piętrach stworzono biura klasy A, a w podziemiach - sale prób różnych zespołów, m.in. Robotów Na Wysokości, w których też grałam przez moment, pracownie grafików, projektantów, więc można powiedzieć, że wizja Kopaczewskiego w małym ułamku jakoś tam się spełnia. Na mnie te przemiany odbiły się w ten sposób, że początkowo wynajmowałam wielką salę na drugim piętrze z widokiem na panoramę Katowic, a po remoncie i podwyżce czynszu wylądowałam w piwnicy, a więc zeszłam do undergroundu. Zabawnie.

Wracając do Budynia, pierwszy koncert mieliśmy w Berlinie do spektaklu tancerza Butoh. Pierwszy koncert w Warszawie grałam w Aurorze na pożyczonych bębnach Macia Morettiego - perkusja się trochę rozkręcała, w trakcie koncertu próbowałam coś tam dokręcać. Macio krzyknął zza horyzontu: "Marzenka, co Ty tam majstrujesz?". Teraz, grając z nim w jednym zespole, wspominam to wszystko z łezką w oku i wydaje mi się to urocze. 

Skąd znajomość z Rogińskim? Jesteś członkinią zespołów Wovoka i Alte Zachen. 

Kiedyś grałam ze wspomnianym już Budyniem na festiwalu żydowskim w Warszawie. Grałam w tym zespole głównie na perkusji. Kiedy dostaliśmy zaproszenie na festiwal, zamarzyło mi się stworzenie adekwatnego programu i przestudiowałam dogłębnie temat w bibliotece, wertując tony nut, książek i nagrań. Uparłam się, żeby zagrać część sonaty fortepianowej Gideona Kleina. Raphael był osobą odpowiedzialną za program muzyczny festiwalu. Wydaje mi się, że to wtedy zobaczył, że oprócz perkusji gram też na instrumentach klawiszowych. Odezwał się chwilę później, że chciałby ze mną grać. Ale ponieważ jest to muzyk, który ma wiele zespołów w Polsce i na świecie, nasza współpraca odwlekła się bardzo w czasie. Myślałam już nawet, że przepadła, aż tu w końcu się odezwał po kilku latach mówiąc, że to ten moment i ten czas. 

Zaczęłaś współpracę z Wovoką. W Alte Zachen przewija się wątek surf rocka - ta muzyka jest nazywana muzyką hasydzką, graną w klimacie Beach Boys i okolic. W Wovoce też są jakieś założenia? 

Wovoka jest muzycznym hołdem złożonym zapomnianym kulturom transowym Ameryki Północnej. Interpretujemy bluesy pochodzące z pierwszych nagrań terenowych, muzykę czarnych Indian i Indian północno-amerykańskich. Myślę, że Raphael dlatego zaprosił mnie do tego zespołu, że mam tendencje do grania mało, minimalistycznie, nie popisywania się wirtuozowskimi solówkami, fikołkami. A tu chodzi właśnie o granie jak najprostsze, transowe. Dla mnie jest to wymarzony skład: Mewa Chabiera na wokalu, Raphael Rogiński na gitarze i Paweł Szpura na perkusji - też bardzo czujny muzyk. Ponieważ ja gdzieś tam w głębi siebie cały czas walczę ze złymi naleciałościami z klasycznej edukacji muzycznej na fortepianie, Wovoka na pewno pomaga mi „odczarowywać” klawisze, a w zasadzie „zaczarowywać” je na nowo. 

Całkiem niedawno pojawiła się płyta Alte Zachen. Jaki jest Twój wkład w komponowanie, aranżacje? 

Alte Zachen to przykład zupełnie innego podejścia do robienia muzyki, niż np. praca z Drekotami, gdzie zanim nasza muzyka zabrzmiała, miałam wszystko w głowie, a potem były próby, wszystko przetwarzało się pomału, trawiło, cyzelowało, wylizywało. W Alte Zachen są sami starzy wyjadacze i genialni muzycy (Rogiński, Tyciński, Moretti), którzy działają bardzo spontanicznie i tak powstaje muzyka i aranżacje. Chodzi o radość i energię. 

W Alte Zachen są tematy, które opracowujecie? Raphael Rogiński wspominał w wywiadzie dla nas na temat Shofar, że korzystał z katalogu utworów muzyki żydowskiej z Galicji Mosze Bieregowskiego. 

W Alte Zachen chasydzkie niguny z tego samego zbioru zostały pomieszane z muzyką rock 'n rollową, surferską. Zabawnie wygląda ustalanie setlisty. Raphael posługuje się numeracją z nut, gitarzyści Tyciński i Moretti mają swoje nazwy umowne, a ja jestem tak pomiędzy. Dlatego czasem trudno jest to wszystko zgrać i to jest najzabawniejsze. 

Swego czasu grałaś też z The Complainer & The Complainers oraz na specjalnym koncercie Mołr Drammaz na scenie eksperymentalnej Off Festival 2011. 

Gdybym miała prześledzić swoje poznawanie muzyki, jednym z ważniejszych koncertów na żywo, gdy byłam osobą już bardziej świadomie wybierającą muzykę, był występ Mołr Drammaz w nieistniejącym już klubie w okolicach ulicy Mickiewicza w Katowicach. To było niesamowite. Grali w trio, a najbardziej zapamiętałam to, że występowali boso, a wszystko to w strasznym upale. Był wczesny wieczór, świeciło słońce i miałam zieloną muślinową koszulę. Muzyka była silna, transowa.

Później było to dla mnie miłe, że historia zatoczyła koło i mogę grać z osobami, które kiedyś podziwiałam. 

Grałaś na koncertach, czy na płycie? 

Z nagrywaniem płyt na początku działalności miałam pecha o tyle, że zawsze dochodziłam do zespołu tuż po nagraniu przez niego płyty. Dopiero w tym roku odczarowałam tę dziwną przypadłość i nadrobiłam zaległości chyba z nawiązką: nagrałam perkusję do Graala (płyta czeka na wydanie) i Alte Zachen (ukazała się w sierpniu), nagrałam klawisze na płytę Wovoki (powinna się ukazać jesienią), no i nagrałam prawie wszystkie (poza skrzypcami) instrumenty na debiutancką płytę Drekotów (premiera w listopadzie). 

Współpracujesz jeszcze z zespołem Candelarii Seanz Valiente: Pictorial Candi. Pomogła tutaj znajomość z Morettim, który występuje z nią w Paris Tetris? 

Właśnie nie. Gdy Zosia dołaczyła do Drekotów, zastanawiałyśmy się, jak ruszyć z koncertami. Wiedziałam, że gdy będziemy grać samodzielne koncerty, przyjdzie niewiele osób. Wojtek, który pomaga mi w organizacji zespołu, stwierdził, że dobrym pomysłem będzie dokleić się do kogoś na zasadzie supportu, co rzeczywiście zadziałało. Grałyśmy m. in. przed znakomitą koncertowo Julią Marcell. Stwierdziłam, że fajnie byłoby też zagrać przed Paris Tetris, bo wydawało mi się, że ich publicznośc i nasza jest dość podobna. To była szybka akcja - odezwaliśmy się tydzień przed koncertem. Zespół się zgodził, zagrałyśmy. Candi po koncercie powiedziała, że było super i że ma jakiś plan. Później odezwała się, mówiąc że robi solową płytę. Początkowo założenia były takie, by całe Drekoty stworzyły skład koncertowy Candelarii, ale to nie było możliwe ze względów logistycznych. Magda jest dosyć zajęta, uczy w szkole. Zosia jeszcze częściowo mieszkała w Oslo i tylko ja się ostałam. Dla mnie to nie było takie złe, bo dzięki temu Candi zostawiła w składzie Marcina Maseckiego i naprawdę wspaniale się z nimi gra. 

Przejdźmy do Drekotów. Jak wyglądało kompletowanie składu? 

Przez ponad rok szukałam składu do zespołu - w końcu znalazłam Magdę. Grałyśmy w duecie. Chociaż Magda jest skrzypaczką, „zmusiłam” ją do grania na klawiszu, bo tak to miałam w głowie poukładane brzmieniowo. Z racji trudnych partii klawiszowych, które wspaniale opanowała, czasami nie była w stanie grać i śpiewać jednocześnie, choć ma cudny głos. Przymusiłam więc siebie do śpiewania, żeby jakkolwiek nabrało to rumieńców i zabrzmiało. Odważyłam się wydawać głos. Na koncertach, gdy gram jednocześnie na perkusji, niewiele słyszę ze swojego wokalu i wydaje mi się, że go nie słychać, więc mniej się wstydzę. Dlatego w studio podczas nagrywania płyty było mi trudno śpiewać bez perkusji. Reasumując - trochę przez przypadek zostałam zmuszona do śpiewania i to było dobre. Bo śpiewanie bardzo doenergetyzowuje i oczyszcza. Wszyscy powinni śpiewać i wszyscy powinni grać. 

W jakich okolicznościach poznałaś Magdę? 

Widziałam ją kiedyś, dawno temu, gdy jeszcze istniał Kawałek Kulki. Grali koncert w Rondzie Sztuki. Był piękny zachód słońca, Magda była oświetlona, w różowej koszulce polo i krótkich spodenkach. Ładnie grała na skrzypcach i śpiewała. Szukając składu do Drekotów, przeskanowałam w myślach wszystkie możliwe instrumentalistki w Polsce, a Magda zapadła mi w pamięć. Wtedy akurat było tak, że dojeżdżałam raz na dwa tygodnie na spektakle do szczecińskiego Teatru Współczesnego. Stwierdziłam, że Gorzów Wielkopolski (miejsce zamieszkania Magdy Turłaj - przyp. redakcji) jest absolutnie po drodze. 

Dojeżdżałaś na te spektakle w roli autorki muzyki? 

W roli współautorki muzyki i wykonawczyni piosenek. 

Robisz muzykę teatralną? 

To był epizod. Natomiast studiowałam metodę rytmiki Emile Jaques-Dalcroze'a, której artystyczna forma polega na translacji języka muzyki na ruch ciała w przestrzeni, czego wyrazem jest „interpretacja ruchowo-przestrzenna dzieła muzycznego”. Połączenie muzyki i obrazu w jedno dzieło jest mi więc bliskie i myślę, że bardzo chętnie podjęłabym się znowu pracy w postaci skomponowania muzyki do dzieła filmowego/teatralnego albo stworzenia choreografii pod gotową muzykę. Teraz, kiedy płyta Drekotów jest gotowa, mój umysł zaprząta możliwość zrobienia teledysków do wybranych piosenek i już się cieszę, że będę się mogła wyżyć w tej materii. 

Ok, wróćmy do składu zespołu. Jest jeszcze grająca na skrzypcach wokalistka Zosia Chabiera. 

Tak. Grałyśmy z Magdą, szukałyśmy kolejnej osoby. Kiedyś jechałam z Raphaelem Rogińskim i Pawłem Szpurą na próby Wovoki, w której zresztą śpiewa siostra Zosi. Mówiłam chłopakom, że cały czas szukam dziewczyny, która mogłaby zasilić mój zespół. Stwierdzili, że Zosia pasowałaby do nas idealnie. Od razu odezwałam się do Zosi, niestety - była wtedy jeszcze w Oslo. Mieszkała tam przez jakiś czas. To była krótka piłka. Przyjechała, miałyśmy trzy dni prób w Katowicach, a za tydzień grałyśmy na festiwalu w amfiteatrze w Szczecinie, gdzie zdobyłysmy nagrodę. Piotr Stelmach dziwił się nawet, że Zosia czyta teksty z kartki, ale biorąc pod uwagę okoliczności - chylę czoła, że odważyła się na tę akcję. 

Jakie są części składowe muzyki Drekotów? Są to utwory skomponowane, wyimprowizowane? 

Są to piosenki, utwory napisane wcześniej. Jak już wspomniałam wcześniej - komponuję różnie, czasem wychodzę od rytmu, czasem od melodii, rzadziej od tekstu. Potem jest to kwestia nauczenia poszczególnych partii zespołu - włącznie z wokalami. Wcześniej nie śpiewałam. Czasami wyglądało to śmiesznie na próbach: czerwieniąc się jak burak, przekazywałam dziewczynom swoją koncepcję wokalną. To jest siła umysłu i zapisu nutowego - można sobie pewne rzeczy wyprojektować w głowie tak, że po sklejeniu w całość okazuje się, że to działa. 

Zarówno na Trafostacji, jak i na nowej płycie wszystko jest więc skomponowane przez Ciebie od początku do końca? 

Kilka razy mi się zdarzyło, że osoby słuchające tych utworów mówiły, że są one takie „niemieckie”. Może i jest to jakiś trop. Jestem Ślązaczką i na co dzień jestem raczej zwolenniczką niemieckiego „ordnungu”. Chociaż myślę też, że w muzyce taki zbyt pedantyczny porządek może niepotrzebnie przyćmić emocje i cały czas - nie tylko w Drekotach, ale też jako muzyk solowy, pracuję nad tym, żeby doprowadzić do takiej sytuacji, że jest się w stanie swobodnie improwizować, puścić całość free, mniej być przywiązanym do formy, ale na to potrzeba mi jeszcze trochę czasu i doświadczenia. 

EPkę nagrywałaś z Wojciechem Kucharczykiem. Jak wspominasz tę współpracę? Ponoć namówił Cię do zagrania partii perkusji na krześle. 

Jeśli chodzi o EPkę, miałam pomysł na trzy piosenki. Czwarty utwór instrumentalny był szkicem, który zrobiłam wcześniej w domu na komputerze. Nie mówiłam o nim Wojtkowi. W studiu poskładałam perkusję, bo wydawało nam się, że nagraliśmy już wszystko. Puściłam Wojtkowi ten szkic. Wpadł na pomysł, by puścić to nagranie z telefonu przez piec gitarowy, dograliśmy dzwonki chromatyczne, żeby uzyskać ładne, studyjne brzmienie. Brakowało elementu perkusyjnego, więc Wojtek zapropnował, żeby zagrać na krześle patyczkami - ładnie brzmiało. Współpraca z Wojtkiem przebiegała bardzo ciekawie, spontanicznie. 

Był realizatorem - robił miks i mastering, czy ingerował w nagrania? 

Nie ingerował za bardzo. Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia, gdy mam za sobą doświadczenie nagrania całej płyty, można powiedzieć, że byłam współproducentką "Trafostacji". Panowałam nad aranżacjami i całością, natomiast nie miałam doświadczenia. Mając świadomość, jak bardzo zróżnicowany jest materiał na cała płytę, która trwa 60 minut - bardzo dużo materiału, bardzo różne piosenki - miałam takie poczucie w związku z moim brakiem doświadczenia, że chciałabym spróbować współpracy z kimś innym oprócz Wojtka Kucharczyka. Pomocny okazał się przyjaciel sprzed lat - Łukasz Tic. Gdy wracaliśmy z nim z nagrań Graala, rozmawialiśmy dużo o płycie Drekotów, którą chcę nagrać, mówiłam mu o moich rozterkach. Przemyślał to, o czym mówiłam, polecił mi Kubę Łukę (ex-Pasimito, współzałożyciel nieistniejącgo już MorFa, tworzył muzykę elektroniczną pod pseudonimem Blare for A - przyp. redakcji) i to był strzał w dziesiątkę. Nie mogę wyobrazić sobie lepszej osoby do realizacji tej płyty. Był czujny, wrażliwy i otwarty na moje sugestie, propozycje, niekiedy wręcz intuicyjnie wyczuwając moje wyobrażenia dotyczące brzmienia. Jest osobą bardzo wszechstronnie osłuchaną w muzyce, co z całą pewnością dobrze zrobiło tej zróżnicowanej muzyce. Ani on nie ciągnął w swoją stronę, ani ja. W moim odczuciu wszystko zgrało się idealnie. 

Czy jego wkład był duży, jeśli chodzi o post-produkcję, czy trzymałaś to wszystko w ryzach? 

Figurujemy razem jako producenci. Kuba wyczuł, że pomimo mojego braku doświadczenia, mam wizję tej płyty. Były takie momenty, że nie wiedziałam, w którą stronę chcę iść i tutaj był bardzo pomocny, ale bywało też tak, że stawiałam na swoim - np. odnośnie ilości piosenek albo jeszcze innych detali. Np. w piosence Raut nagrywaliśmy kolejne, różne brzmieniowo instrumenty klawiszowe i nic nam za bardzo nie pasowało. Nie było adekwatne i nie zachwycało. Już pod sam koniec sesji nagraniowych wpadłam w desperacji na pomysł, że w moim rodzinnym domu na strychu stoi stare, rozstrojone pianino, na którym stawiałam pierwsze kroki palcami. Nagrałam próbkę na dyktafon, zawiozłam Kubie i okazało się, że o to chodziło. Wyszło więc chyba pół na pół. Owocna, bardzo twórcza współpraca. 

Co możesz powiedzieć o samych piosenkach? Czy znany jest już tytuł albumu? Kto będzie wydawcą? 

Najnowsze nagrania są dosyć rozbudowane. Przyjaciel z Mazur po przesłuchaniu najnowszych nagrań zapytał: wszystko pięknie, tylko jak to rozwiążecie koncertowo? Nie jest to tożsame. Mam przeczucie, że mimo wszystko koncertowo jest to na tyle - celowo i z zamierzenia - ekspresyjne i silne w swojej surowości, że jest w stanie się obronić. Nie jestem zwolenniczką takich akcji typu: mamy płytę i odgrywamy ją jeden do jeden. Wydaje mi się to bezcelowe. Płyty słucha się badziej komfortowo. Można usiąść w fotelu, zapewnić sobie idealną głośność, zrobić sobie ciepłą herbatę itd. Osobiście jako słuchacz lubię, jeśli wersje koncertowe różnią się od nagrań studyjnych, natomiast tutaj nie wiem. To jest dla mnie ciekawa zagadka, którą przetestujemy jesienią na żywym organizmie, czyli publiczności. Debiutancka płyta Drekotów będzie się nazywała Persentyna i znajdzie się na niej 60 minut muzyki. Wydawcą jest Thin Man Records. Kontynuując tradycję rozpoczętą na Trafostacji - jeden utwór będzie instrumentalny. Muzyka jest fascynująca i nieskromnie nie mogę się doczekać, aż trafi do ludzi. 

Dziękuję bardzo za spotkanie i rozmowę.

[Łukasz Folda]