polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Antlers wywiad z Peterem Silbermanem

The Antlers
wywiad z Peterem Silbermanem

O The Antlers stało się głośno za sprawą Hospice, dramatycznej, przejmującej płyty sprzed trzech lat. Ubiegłoroczny album Burst Apart nie tylko przyniósł poszerzenie spektrum brzmień i nastrojów muzyki zespołu, ale też pokazał, że nie jest on fenomenem jednej płyty. W tym roku pojawią się kolejne wydawnictwa zespołu i po raz pierwszy będziemy mogli zobaczyć go na żywo w Polsce na Off Festivalu. Zanim to nastąpi, zapraszamy do lektury wywiadu z liderem grupy, Peterem Silbermanem.

Niebawem pojawi się Wasza nowa epka, ale jeszcze nie miałem okazji jej posłuchać, więc chciałbym cofnąć się nieco w przeszłość. Niektóre z piosenek z Burst Apart graliście przedpremierowo na koncertach i dwa lata temu rozmawialiśmy o tym, że na żywo te piosenki były mocniejsze, głośniejsze w porównaniu do pierwszej płyty. Jednak Burst Apart okazała się zupełnie inna. Na koncertach wyczerpał się potencjał rockowych wersji i postanowiliście poszukać innego brzmienia, łagodniejszych nastrojów?

Myślę, że granie wielu koncertów, szczególnie na festiwalach, samoczynnie narzucało nieco głośniejsze, potężniejsze dźwięki. Utworom z Hospice wychodziło to na dobre, ale kiedy przyszedł czas by wejść do studia nie byliśmy już pewni, czy chcemy nagrać rockową płytę. Myślę, że chcieliśmy więcej eksperymentować. Naszym celem nie była łagodność, raczej faktura brzmienia, nastrój. Przy okazji, po trasach z Hospice chcieliśmy chyba zrobić coś przeciwnego niż to co do tej pory, muzykę, jakiej wcześniej nie graliśmy.

 

Wspomniałeś faktury. Pierwszy album nie był ich pozbawiony, ale nastrój tworzony był na bardziej rockowo, nie brzmiał syntetycznie. Pierwszy album nagrałeś sam, drugi nagraliście we własnym studio. Zastanawiam się, na ile narzędzia, jakie mogą wykorzystywać muzycy, odkrywanie możliwości dostępnych instrumentów i możliwości produkcyjnych, inspirują ostateczny efekt pracy w studio. Czy tak było w Waszym przypadku?

Zdecydowanie. Nawet jeśli Hospice czasami brzmi bardziej organicznie, w rzeczywistości to bardzo syntetyczna płyta, jest tam wiele syntetycznych dźwięków, z syntezatorowego software’u albo sztucznego fortepianu. Za to Burst Apart początkowo brzmi bardziej syntetycznie, nienaturalnie, a jednak w większości ta płyta została nagrana przy pomocy analogowego sprzętu. Wszystkie syntezatory, na których gra Darby też są analogowe. Generalnie gram tam na gitarze, trochę na organach i śpiewam. Więc to zupełnie inne podejście niż na wcześniejszej płycie. To też jest pierwszy album, który zrobiliśmy wszyscy razem. Więc to nie byłem tylko ja od początku do końca, nie decydowałem o wszystkim sam, pisaliśmy razem i razem nadawaliśmy temu brzmienie. Czasami wychodziło bardziej elektronicznie, bardziej zróżnicowane w fakturach piosenki. Czasami było więcej bitów i gitar. Przy Burst Apart przetestowaliśmy wiele pomysłów, sposobów podejścia do pisania piosenek, stylu i brzmienia. 

 

Po Burst Apart, które jak mówisz było pierwszym prawdziwym albumem The Antlers jako zespołu, wydaliście epkę, na której niektóre piosenki zagraliście jeszcze z innymi muzykami. Co dało Ci to doświadczenie, otwarcie utworów The Antlers na wkład innych ludzi?

Punktem wyjścia dla epki (together) były utwory i pomysły, jakie powstały pomiędzy Hospice a Burst Apart i pozostały niewykorzystane. Chcieliśmy coś z nimi zrobić i uznaliśmy, że ich wspólnym mianownikiem może być zaproszenie innych ludzi do zagrania ich, albo też nagranie ich przeze mnie samemu. Stanęło na zmianie personelu – chcieliśmy sprawdzić, jak zabrzmią nasze piosenki w rękach innych ludzi. Myślę, że to dało nam pewną perspektywę, na podobnej zasadzie jak na wczesnym etapie The Antlers, gdy ja pisałem rdzenie piosenek rozwijanych później przez Michaela i Darby'ego. To zupełnie inne doświadczenie niż tworzenie czegoś razem. Gdy weszliśmy do studia z Bear in Heaven i Neon Indian, wprowadziliśmy ich do tego świata, który stworzyliśmy. Pamiętam, jak pokazywałem chłopakom z Bear in Heaven linię gitary do "Parentheses" – powiedzieliśmy im tylko, by grali w tonacji E, tak długo jak chcą. Według nas ta epka jest trudna do słuchania, bo to eksperyment, w którym bardziej chodzi o proces twórczy niż o jego rezultat. Osiemnastu minut "Parentheses" nie trzeba cały czas uważnie słuchać, ale raczej przyjrzeć się idei, która za tym stoi – co się dzieje, gdy ktoś przearanżuje Twoją piosenkę, ale nie na zasadzie remiksu, tylko w szerszej skali. Granie z różnymi ludźmi to także wyzwanie. Łącznie graliśmy w osiem, dziewięć osób. Spróbowanie tego było bardzo ekscytujące. Dawno temu, kiedy wyobrażałem sobie The Antlers, miałem w głowie kolektyw, może byłem pod wpływem Broken Social Scene, które wtedy były w szczytowej formie, albo Arcade Fire. Uważałem, że naprawdę świetnie byłoby grać w takim zespole. Chciałem tego spróbować i gdy dostrzegłem, że nasze piosenki mogą być zagrane przez dowolną liczbę osób, to było jak oświecenie.

 

Piosenki się zmieniają, gdy gra je ktoś inny, ale ich sens zmienia się też przez upływa czasu. Zastanawiam się, czy nie jest tak z Hospice - to metaforyczna, ale Twoja bardzo osobista płyta. Twoje życie się zmienia, czy te piosenki stają się dla Ciebie czymś innym niż były w przeszłości?

Zdecydowanie. Sam miałem zupełnie inny stosunek do piosenek z Hospice kiedy je pisałem i kiedy byłem z nimi w trasie. Myślę, że po prostu dorastam, jestem coraz starszy i patrzę na własne życie z nowych perspektyw. Kiedy słucham Hospice, słyszę o wiele młodszą wersję samego siebie. Nadal jestem dość młody, ale to był zupełnie inny okres w moim życiu, o wiele bardziej pomieszany, pełen dezorientacji. Czas, kiedy rzeczy wydawały się o wiele bardziej dramatyczne. Nie jestem pewien, czy tak było naprawdę, ale w moim życiu było wtedy naprawdę wiele ciężkich sytuacji. Miałem wtedy 21 lat, teraz mam 26 i życie płynie dalej. Różne rzeczy się zdarzają, ale jestem już w zupełnie innym punkcie. Dla mnie te piosenki brzmią jak zapis tamtego okresu. Myślę, że już się od niego odsunąłem. Prawie jakby to się nie wydarzyło, nie jestem w stanie przypomnieć sobie tego dokładnie. To przeszłość, która odeszła, której nigdy później nie doświadczyłem. Kiedy słucham Hospice, ta płyta próbuje zabrać mnie z powrotem do tego momentu, chociaż nie wyobrażam sobie tego powrotu, nie mógłbym być znowu w podobnym związku. Nawet proces tworzenia tej muzyki był trudny. Przeżyłem okropny czas, który próbowałem przekształcić w opowieść, a to nie jest sposób, w jaki zwykle działam. Cieszę się, że mam tego zapis, ale to już nie jestem ja, teraz jestem o wiele szczęśliwszą osobą. Posiadanie dokumentacji tego typu doświadczeń, przeszłości, jest wręcz trochę dziwaczne.

 

Czy myślisz, że tego typu album, taki rodzaj procesu twórczego jako autoterapii, to rzecz jednorazowa, której nie da się powtarzać i po której trzeba przestawić się na bardziej uniwersalne podejście do tworzenia, które nie odwołuje się do tak dramatycznych sytuacji?

Ciężko powiedzieć, to zależy co cię inspiruje. W przypadku Hospice, inspiracją były dwa lata wydarzeń. Inspiracją było dla mnie sięgniecie dna. Potrzebowałem jakiegoś katharsis. I nie wydaje mi się, by to było jednorazowe, ale dla własnego dobra mam nadzieję, że więcej nie doświadczę czegoś podobnego. Osobiście uważam, że warto było to przejść, bo teraz tworzę muzykę i żyję z tego, jeżdżę dzięki niej po świecie. W rezultacie jestem szczęśliwy, doceniam swoje życie i to, że mam fanów, którzy lubią mnie słuchać. Ale ryzyko się pojawia, gdy poszukujesz w swoim życiu dramatu aby zdobyć inspirację dla twórczości. Przydarzyło mi się to przy Burst Apart – zauważyłem, że zachowuję się lekkomyślnie w stosunku do swojego życia i relacji z ludźmi. Myślę, że był to błąd. Co prawda doprowadziło do to płyty, z której jestem naprawdę dumny, ale też ponoszę tego konsekwencje. Teraz bym już tego nie zrobił, ale tego też musiałem się nauczyć. Jeśli tworzysz sztukę w oparciu o swoje życie, musisz umieć powstrzymać się od manipulowania nim w celu tworzenia lepszej sztuki. Raczej pozwolić mu wydarzać się i być obecnym w tym, co się dzieje naturalnie. To najbardziej uczciwy sposób.

 

Zanim przyjedziecie do Polski ukaże się epka Undersea, ale niestety na razie słyszałem tylko jej jednominutowy teaser. Mam wrażenie, że ten fragment jest bliski instrumentalnej stronie waszej dotychczasowej muzyki. Wydaje się bardziej abstrakcyjny, jest motyw wody, który zagłusza dźwięki, z drugiej strony woda jest falą, podobnie jak dźwięk. Czy możesz krótko opisać, jaka będzie nadchodząca płyta?

Pomysł z motywem wody i natury w tle przyszedł instynktownie. Kiedy weszliśmy do studia i zaczęliśmy nagrania, pojawiło się to falujące uczucie. Nie twierdzę, ze to było zamierzone, ale wszystkie piosenki miały ten rodzaj nastroju, jakby się kołysały. Zacząłem porównywać to, co robimy z dokumentami na temat morskich głębin i wyczułem podobieństwo. Dużo pisałem na temat abstrakcyjnych, obrazowych rzeczy i analogia do morza pojawiła się sama i od razu stwierdziliśmy, że to jest to. Nie jest to płyta o oceanie, ani o podwodnym świecie, ale o tego typu uczuciu. To taki szeroko zakreślony obraz, który się pojawił. Kiedy pracowaliśmy nad tą płytą, zresztą podobnie było w przeszłości, myśleliśmy o czymś, co ją scali, ale to nie był żadna wydumana strategia. Raczej dzieje się tak dlatego, że z czasem rozumiemy lepiej nasze płyty, zwłaszcza gdy są gotowe. Od czasu gdy ją skończyliśmy, słucham jej prawie codziennie, próbując ją ogarnąć, ponieważ wszystko stało się szybko i często pisałem moje teksty w jakimś potoku świadomości, a do piosenek weszły fragmenty dłuższych tekstów. Czasami nawet próbowałem zrozumieć, o czym właściwie mówię, bo wydawało się jakby te teksty do mnie same przychodziły. Myślę, że z czasem się okaże, co to wszystko znaczy.

[Piotr Lewandowski]