polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Earth Dylan Carlson - wywiad

Earth
Dylan Carlson - wywiad

Już dorobek z lat 1990. zapewnił Earth miejsce w historii muzyki, lecz Dylan Carlson nadal nie powiedział ostatniego słowa. I słusznie. Dwuczęściowy album „Angels of Darkness, Demons of Light” pokazuje Earth jako kwartet, który radzi sobie z improwizacją hipnotycznymi formami jak żadne wcześniejsze wcielenie grupy. Muzyka Earth przesuwa się w tempie tektonicznym, zachodzące w niej zmiany są dyskretne, lecz ukazują wizję Carlsona w coraz to nowym świetle. Z liderem Earth spotkaliśmy się przed ich koncertem na marcowym festiwalu All Tomorrow’s Parties.

Poprzedni raz widziałem koncert Earth w 2007 roku na trasie po „Hibernaculum”, na której przerobiliście stare utwory na nowo. Teraz rozmawiamy kilka płyt później i styl, jaki obrałeś po wznowieniu działalności Earth to już marka. Ale jeśli ktoś posłucha Was pobieżnie, może powiedzieć, że ciągle gracie to samo. „Angels of Darkness, Demons of Light” to aż dwie płyty, nagrane w nowym składzie. Co dla Ciebie jest jej sednem?

Jeśli chodzi o tę płytę, zanim weszliśmy do studia pojechaliśmy na dwutygodniową trasę po Zachodnim Wybrzeżu, by w pewien sposób dopracować te piosenki na żywo. Potem, gdy już byliśmy w studiu, graliśmy tak, jakbyśmy grali na żywo, wszyscy razem w jednym pomieszczeniu. Więc ta płyta z wszystkich jest najbliższa temu, co robimy na koncertach. Na przykład „The Bees Made Honey” był klasycznym studyjnym albumem z dużą ilością dogrywanych ścieżek, bardzo złożonym. Ten taki nie jest, jest bardzo surowy, słychać, że grają na nim tylko cztery osoby i słychać postęp, jaki zaszedł podczas nagrywania tego podwójnego albumu. Bo obie części „Angels…” nagraliśmy jednocześnie. Mieliśmy dwutygodniową sesję. W pierwszym tygodniu doszliśmy do końca wszystkich piosenek, które napisaliśmy. Najstarsza z nich to Old Black, którą napisałem w 2009 roku, graliśmy ją kilka razy na żywo. Father Midnight też była już dawno napisana, ale nie mieliśmy okazji jej dopracować. Było jeszcze trochę riffów, które napisałem i teraz złożyliśmy je w kompozycje. Z kolei tytułowy utwór tego albumu był w większości improwizowany. Po prostu graliśmy, włączaliśmy taśmę i nagrywaliśmy by potem zobaczyć, co z tego wyjdzie.

Oba tygodnie sesji do słuchaczy docierają rozdzielone przerwą roku. Jest to spowodowane względami praktycznymi?

Tak, chociaż pierwotnie chcieliśmy wydać oba w tym samym roku, ale nasza wytwórnia nie była tym zachwycona. Chcieliśmy je nawet wydać jako jeden album, ale ponieważ zawsze zależy nam na wydaniu winylu, to było bez sensu. W tej formie materiał zająłby z pięć płyt, co dla zagorzałych fanów Earth byłoby pewnie super, ale są też nowi ludzie, dla których mogłaby to być zbyt duża inwestycja.

Prawda, ciężko byłoby zainwestować w taki box, jeśli nie siedzi się głęboko w Waszej muzyce.

Tak, przy okazji czas, w którym by się to ukazało nie był szczególnie dobrym okresem pod względem ekonomicznym. Takie wydawnictwo kosztowałoby dużo, zarówno produkcyjnie, jak i dla odbiorcy. A potem nie byliśmy już w stanie wydać wszystkiego w jednym roku.

Czy ewolucję, jaka pojawia się na tych dwóch płytach, przejście od kompozycji do coraz bardziej improwizowanych utworów, można rozumieć jako skompresowaną ilustrację rozwoju Twojego zespołu tak w ogóle?

Wiesz, improwizowanie naprawdę dobrze zadziałało w tym składzie. Oni wszyscy są naprawdę dobrzy w improwizowaniu, wydaje mi się nawet, że ja jestem najsłabszym ogniwem w tym zespole. Zawsze postrzegałem Earth jako zespół, a teraz jest to bardziej wyraźne niż kiedykolwiek, tworzenie muzyki jest doświadczeniem kolektywnym. Obecnie zajmuję się również solowym projektem i mam nadzieję, że ludzie to rozróżnią.

Wiem, że planujesz wydać coś na kasecie, co to będzie?

Mam akurat cztery solowe projekty. Jeden już się ukazał, pracuję jeszcze nad trzema. Teraz planuję siedmiocalówkę dla Touch, Latitude Sessions i duży projekt, na który właśnie zbieram fundusze przez Kickstarter. Chyba właśnie udało mi się osiągnąć zamierzoną kwotę. Więc po skończeniu tej trasy Earth wrócę na chwilę do Anglii i zabiorę się do pracy.

Nagrania terenowe na tę pierwszą kasetę nagrywałeś w Londynie, prawda?

Tak, zrobiłem jedną sesję w Londynie i połączyłem ją z innymi nagraniami po powrocie do Stanów. Ten duży projekt też będzie w tym stylu. Spędzę półtora miesiąca w północnej Anglii i Szkocji, podróżując i nagrywając. Muzykę napiszę prawdopodobnie jak wrócę.

Co jest dla Ciebie tak atrakcyjnego w Wielkiej Brytanii, że raz po raz tam wracasz artystycznie?

W większości chcę zrobić interpretacje angielskich piosenek folkowych, szczególnie tych opowiadających o spotkaniach ludzi z czarami i czarodziejami (ang. fairy), które jak wiadomo są źródłem bajek (ang. fairytale).

Muzyka folkowa generalnie jest związana z tekstem, czasami nie da się nawet oddzielić jej od ludowych opowieści. Ale Ty nie używasz zbyt wielu słów w muzyce, nawet odwołując się do folkowej tradycji. Słowa Ci przeszkadzają czy po prostu nie są potrzebne by wyrazić pewne treści?

W piosenkach Earth kilka razy pojawiły się teksty, ale dla mnie ciekawe jest tworzenie muzyki instrumentalnej i dostrzeganie, że ludzie odpowiadają na nią nawet jeśli im się nie mówi, o czym ona jest. Angażuję słuchaczy w proces tworzenia muzyki. Może dlatego na kasecie jest trochę wokalu, a na innych projektach solowych też będę współpracował z kilkoma wokalistami. Na tym będzie zresztą polegała główna różnica pomiędzy tymi projektami.

W swojej muzyce często używasz repetycji. Może na najstarszych płytach Earth nie było to tak widoczne, bo brzmienie było ogromne, przetaczało się raczej w wielkich falach niż w obrębie pętli. Powtórzenia i drony to środki artystyczne kojarzące się z minimalizmem przez duże „M”, a od pewnego czasu też z muzyką rockową. Czy myślisz o metalu czy tradycji rockowej z punktu widzenia minimalizmu?

Tak, zdecydowanie. Kiedy zaczynaliśmy z Earth, taka właśnie była nasza koncepcja, interesowało nas pozostawanie przy jednym riffie. Lubię powtórzenie w muzyce. Nawet definicja dźwięku muzycznego to nuta, wielkość, która się powtarza w jednakowy sposób, w przeciwieństwie do szumu, który trwa w sposób przypadkowy. Więc im bardziej zagmatwana jest muzyka, tym bliższa jest hałasowi i według mnie mniej przyjemna. Zawsze wolałem muzykę, która ma w sobie dużo oddechu i repetytywne walory.

Wspomniałeś wczesne płyty. Dwójkę Earth, dziś uznawaną za klasyczną płytę, ostatnio wznowił Sub Pop. Twoim zdaniem odbiór tej reedycji bardzo się różni od pierwszej reakcji na ten album?

(śmiech) O tak, zdecydowanie! Nie byliśmy wtedy tak dobrze odbierani jak teraz, mieliśmy kilka pozytywnych recenzji, ale raczej byliśmy wtedy uznawani za dziwacznych idiotów, próbujących swoich szans w Sub Pop. Wtedy zdecydowanie nie czuliśmy takiej miłości (śmiech) ze strony słuchaczy, jaką dają nam teraz. Chociaż niektórzy to złapali od razu. Potem na jakiś czas zniknąłem. Często zdarza się, że gdy wracasz po latach, to ludzi już mało obchodzisz. Miałem to szczęście, że gdy wróciłem, grupa osób, które były z nami od początku, nadal się trzymała. Potem udało nam się zainteresować naszą muzyką nowych ludzi i ostatnio jest bardzo dobrze.

Przemiana brzmienia Earth z początkowo bardzo ciężkiego na bardziej oszczędne, w którym cisza gra większa rolę niż ściana dźwięku jest bardzo wyrazista, bo mieliście dłuższą przerwę w międzyczasie. Ale podobną drogę na swój sposób przechodzą inne zespoły, np. Barn Owl z czasem też mają coraz mniej dronów, a więcej delikatności i barw. Z czego wynikała ta przemiana u Ciebie?

Zawsze chciałem robić coś nowego na każdym kolejnym albumie. Był też długi okres, kiedy nie grałem muzyki, więc kiedy do niej powróciłem, byłem już inną osobą. Chyba po prostu dorastałem, stawałem się bardziej pewny siebie, chciałem odkrywać nowe rzeczy. Nigdy nie chciałem nagrać takiego samego albumu dwa razy, chociaż są zespoły, które znajdują jedną formułę i trzymają się jej. Dla mnie każdy album jest refleksją nad pewnym konkretnym czasem i inspiracją. Gdy przeglądam moją kolekcję płyt, widzę rzeczy, których od dawna słuchałem i zaczynam je zgłębiać. Pracuję w swego rodzaju obsesyjnym trybie. Gdy nagrywaliśmy „Hex” słuchałem w kółko muzyki country i western. „Bees” był czasem mojej obsesji Grateful Dead, a ostatnio była to mieszanka angielskiego folku i jazzu. Kto wie, co będzie następne?

Jakiego jazzu?

Późniejszy Miles, szczególnie „In a Silent Way”.

Nawet miałem Cię o nią zapytać, to jedna z moich ulubionych płyt, jest rewolucyjna.

Tak, poza tym Pharaoh Sanders, sporo Alice Coltrane, głównie chyba późniejszy jazz. I jeszcze Pentangle, którzy brytyjskie folkowe melodie łączyli się z zabójczą jazzową sekcją rytmiczną, co świetnie zadziałało, jak most pomiędzy tymi dwoma typami muzyki. Fairport Convention też byli inspiracją do tego, jak można improwizować.

Wspominałeś, że pracujesz w obsesyjnych zrywach. Muzyka na „Angels…” powstała dobrze ponad rok temu. Czy już wpadłeś w kolejny twórczy ciąg?

Jeszcze nie, dlatego chcę zrobić te solowe projekty, żeby te wszystkie dziwne fascynacje nie wpłynęły na następną płytę Earth.

[Piotr Lewandowski]