polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Fink wywiad

Fink
wywiad

Płyty nagrywa regularnie od pięciu lat i mimo, że rewolucji nie przynoszą, to za każdym razem możemy liczyć na zestaw świeżych, akustycznych i pomysłowych piosenek. Fink, bo o nim mowa, przed kilkoma miesiącami wydał najnowszy album „Perfect Darkness”, na którym najbliżej do tej pory zbliżył się do swojego koncertowego brzmienia, nagrywając go z całym zespołem, a w kilku kawałkach nawet z orkiestrą. Zapraszamy Was do przeczytania wywiadu z Finem Grenallem. 

Nie wykorzystujesz dużej liczby instrumentów do tworzenia muzyki, która jest raczej prosta. Czy nie jest ciężko przy takim składzie przystępować do nagrywania kolejnych płyt?

Nie, chyba nie mam problemów z pisaniem piosenek. One zazwyczaj są inspirowane muzyką, której słucham, to najbardziej mnie pobudza. Oczywiście nie każdy dzień może być dobry do tworzenia, zdarzają się takie, kiedy nic nie przychodzi mi do głowy. A poza tym to wyzwanie, żeby wciąż komponować nowe rzeczy przy tak ograniczonym instrumentarium.

Kiedy zobaczyłem tytuł Twojej nowej płyty „Perfect Darkness”, zacząłem się zastanawiać na ile zmieniło się Twoje podejście do tworzenia muzyki. Wcześniej zazwyczaj śpiewałeś o historiach miłosnych, teraz bardziej zastanawiasz się nad kondycją człowieka we współczesnym świecie. Co na to wpłynęło? Z wiekiem zmienia Ci się spojrzenie na wiele spraw?

Haha! Coś w tym jest. Ale myślę, że zmiany w naszej muzyce przebiegały powolnie przez ostatnie pięć lat. Wydaliśmy wiele nagrań, więc nasi fani mogli na bieżąco śledzić to jak się zmienialiśmy, jak przeobrażała się nasza muzyka, moje teksty czy koncerty, a także brzmienie studyjne. Więc kiedy siedliśmy aby nagrać „Perfect Darkness” nie zastanawialiśmy się co możemy zrobić, ale co chcemy zrobić. Trzy poprzednie krążki były doskonałą okazją do nauki jak możemy brzmieć, kształtować naszą muzykę i pomogły odpowiedzieć jaką muzykę chcemy tworzyć w przyszłości. Przez te kilka lat mój głos trochę się zmienił. Chcę tworzyć muzykę, która będzie się do niego dopasowywać, a ponadto niejako uzupełniać się z twórczością zespołów, które lubię. Chcieliśmy osiągnąć potężne brzmienie, nagrać to w inny sposób, w innym państwie – Los Angeles – gdzie panuje inna pogoda niż w Wielkiej Brytanii, a za oknem są same obce osoby. To wpływało na nagranie, wydaje mi się że czuć na tej płycie uderzenie i fakt, że zarejestrowaliśmy ją w ciepłym miejscu. Zmieniliśmy tez podejście do samego procesu rejestracji instrumentów i nagraliśmy ją live, chcieliśmy uchwycić nasze brzmienie koncertowe.

Podobno nagrywaliście tę płytę przez 20 dni...

Zajęło nam to niedużo czasu, w zasadzie 16 dni.

Dosyć niesamowita na tym tle jest historia Twojej twórczości. Kiedy zaczynałeś, na „Fresh Produce” tworzyłeś diametralnie inną, elektroniczną muzykę. Myślę, że nie tylko ja, ale wiele osób które trafiło na tę płytę było zdziwionych. Dotarłem do niej po „Biscuits for Breakfast”.

Może powinienem zmienić nazwę? (śmiech) To był bardzo dziwny czas. Muzyka była w zupełnie innym miejscu, gdy nagrywałem tę płytę. Do 2006 roku nie nagrywałem kolejnych płyt, więc miałem sporo czasu na zmianę, ogromną przerwę. Nauczyłem się grać na gitarze, pisać piosenki, nagrywać je, to wszystko zajęło dużo czasu.

Pod koniec lat 90. przeżywałem świetny okres. Byłem DJem, uwielbiałem to, tak samo jak muzykę elektroniczną. To był świetny okres dla tego gatunku i siedzenia w muzyce tanecznej, byciem częścią tej sceny. Teraz mamy dobry okres do bycia singer-songwriterem, to znów staje się modne. Więc udaje mi się dobrze trafiać z moimi upodobaniami. Nie wiem co będzie w przyszłości – może staniemy się bardziej rockowym zespołem? A może nagramy coś koncepcjonalnego, z pewnością innego niż teraz. Obyśmy tylko nie ześwirowali (śmiech).

Ale „Biscuits for Breakfast” i „Fresh Produce” są dosyć podobne z powodu tego, że wciąż postrzegałem siebie jako producent, a nie jako wokalista. Na „Perfect Darkness” jestem zdecydowanie wokalistą, gitarzystą i twórcą piosenek. Nie jestem już producentem – to jest właśnie piękne, że ktoś może zająć się tym procesem przy Twojej płyty.

W międzyczasie wystartowałeś ze swoim innym elektronicznym projektem, Sideshow. Potrzebowałeś powrotu do elektroniki, aby dopełnić Twoją akustyczną stronę twórczości?

Tak, trochę opuściłem się w tworzeniu elektroniki i w pewnym momencie zacząłem za tym tęsknić. Przypomniałem sobie jak o wiele szybciej się ją tworzyło. Jeden utwór Sideshow powstaje dwa dni, a Fink – mówię od momentu napisania go, nagrania, zmasterowania – trwa o wiele dłużej. „Perfect Darkness” napisałem w październiku, zarejestrowaliśmy ją w listopadzie, mastering odbył się w grudniu, a pierwsze kopie płyty mieliśmy w lutym. Więc proces od początku do końca zajął aż 5 miesięcy. Stworzenie dwunastocalówki Sideshow zajmuje weekend.

Ruszyliśmy z Sideshow bo chcieliśmy eksplorować nasze fascynacje dubem, który bardzo lubimy ale za dużo nie obracamy się w tej stylistyce z Fink. Bardzo chciałem tworzyć dwunastocalówki i muzykę taneczną, ale chciałem mieć jakość koncertową. Wyszło nam coś w stylu dub-techno, to niesamowite wyzwanie. Teraz wydajemy swego rodzaju "The Best Of" tego projektu, zbiór utworów. Bierzemy te płyty ekskluzywnie na naszą jesienną trasę. Wydaje mi się to fajnym prezentem – ludzie przyjdą na koncert i dostaną coś jeszcze, zobaczą naszą kolejną odsłonę. Sideshow to coś co przydarza się okazjonalnie, więc teraz zbieramy te wszystkie nagrania i wydajemy je razem. Znów kombinujemy coś z kolejnym bocznym projektem, ale jeszcze nie wiem jak będzie on brzmieć.

Ale mimo wszystko w Twojej muzyce słychać dużo wpływów muzyki dub. Co wskazałbyś jako swoje korzenie – dub, muzykę elektroniczną od której zaczynałeś czy akustyczny singer-songwiriting?

Zdecydowanie muzykę dub. Uwielbiam go, to czysta muzyka, szczera, prawdziwa. Wiem jak produkować nagrania elektroniczne, słuchając muzyki dub. One często są prosto skonstruowane: bębny, bas, gitara, klawisze, wokal. Możesz nauczyć się jak producent tworzy słuchając ich, bo dzieje się to na żywo. W studiu wycisza się kanały, dodaje efekty, ale też popełnia błędy. Więc słuchanie muzyki dub bardzo pomogło mi być lepszym producentem. Dlatego moje nagrania zachowują tę realność – z muzyką dub nawet po kilku dekadach czujesz że brzmią świetnie, jakość się nie starzeje. Kiedy tworzysz muzykę to również ważne, aby się nie starzała. Jeśli posłuchasz wczesnych nagrań The Rolling Stones, teraz brzmią tak samo świetnie jak wtedy. Jeśli The White Stripes wydaliby teraz „Satisfaction” to byłby to jeden z najlepszych utworów. Wiele kawałków Stonesów nigdy się nie zestarzeje, mają jakość, która starcza na lata i cały czas brzmi świetnie. Teraz im więcej technologii wykorzystasz do tworzenia muzyki, tym dłużej będzie świeża. Poza tym to dosyć odważne tworzyć muzykę, która reprezentuje czas w którym żyjesz.

Wspomniałeś o graniu w zespole. Wielokrotnie mówiąc o Fink używasz zaimka My, nie mówisz że to już Twój projekt, ale cały zespół.

Tak, zdecydowanie tak jest. To my wszyscy – piszę piosenki, śpiewam i gram na gitarze, ale są tez pozostali muzycy, razem na scenie jest nas trójka, dorastaliśmy razem i wspólnie tworzymy. Na „Biscuits for Breakfast” to byłem ja, który zaprasza przyjaciół do gry. „Perfect Darkness” to nagranie zespołowe. Kiedy jesteś na scenie zawsze jesteś zespołem, niezależnie od tego czyje nazwisko jest na okładce płyty lub kto płaci za rachunki. Teraz Fink to My, trio, każdy z nas. Myślę, że na nowej płycie zdecydowanie słychać, że Guy Whittaker, Tim Thornton i ja gramy razem. Oni byli tak samo jak ja zaangażowani w każdy proces powstawania płyty – od pierwszych szkiców po zamknięcie całości.

Jak ważne jest dla Ciebie granie na żywo? Widziałem Cię w czerwcu na koncercie w Berlinie i słychać, że na żywo zdecydowanie rozbudowujesz brzmienie. Na „Perfect Darkness” udało się Wam najbardziej zbliżyć do brzmienia koncertowego.

Dokładnie, świetnie udało ci się to ująć. Kiedy robiliśmy próby w trakcie przygotowania „Perfect Darkness” to było łatwe – graliśmy i wszystko udawało się łatwo. Ciężej było przy poprzednich krązkach np. jak zagrać „Sort of Revolution” na żywo albo jak wykonać „Blueberry Pancakes”, to było duże wyzwanie. Na albumie pojawiła się np. elektronika, a na żywo jej nie mieliśmy. Teraz po prostu musimy bardzo dobrze zagrać. Nagrywaliśmy płytę prawie na żywo, więc teraz musimy po prostu je powtórzyć na scenie. Nie jest trudno go zagrać, bo materiał na płycie powstał w oparciu o brzmienie naszego zespołu na scenie, więc łatwiej się nam do niego odnieść. Może dlatego nagranie jest też lepsze i bardziej intensywne. "Perfect Darkness" to chyba najlepsza próba uchwycenia tego jak brzmimy na żywo.

[Jakub Knera]