



Efrim Menuck pewnie oburzyłby się na określenie go liderem Godspeed You! Black Emperor i Thee Silver Mt. Zion, nazwijmy go więc spiritus movens tych grup. Na pierwszym albumie podpisanym jego własnym nazwiskiem w kilku utworach towarzyszy mu perkusista i wiolonczelistka (a zarazem matka jego syna widocznego na okładce), w jednym chórek, ale to jednak solowa wypowiedź. „High Gospel” nie posiada rozbudowanej dramaturgii i szeroko zakreślonego brzmienia tamtych formacji, choć dzieli z nimi charakterystyczną aurę, folkowe inspiracje i ziarnistość muzyki, jak też skłonność do pompatycznych tytułów utworów. Gdy w tej skromniejszej formule pojawiają się piosenki, Menuck przywodzi na myśl Matta Eliotta, ale okazuje się gorszym wokalistą od instrumentalisty i kompozytora. Potwierdza za to, że jest mistrzem sugestywnych gitarowych gestów, miękkich dronów, zanurzonych w delayach i otwierających dyskretne rezonanse. Pięknie sprawdzają się one w utworach na gitarę, gitarę i field recording, w duecie z wiolonczelą czy w połączeniu z analogowymi loopami, nawet gdy te zmierzają do zrytmizowanego szału. W dedykowanym Vicowi Chesnutt kadiszu Menuck świetnie wynurza wokale swoje i kolegów z toni pogłosów i plam. Z definicji jest to płyta z gatunku niepotrzebnych i dwie ballady na pierwszej stronie wyraźnie to potwierdzają. Ale dzięki chropowatej, skromnej, lecz komunikatywnej aurze drugiej części albumu i tak się cieszę, że wyszła.
[Piotr Lewandowski]