polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Słonina Wywiad z Robertem Gasperowiczem

Słonina
Wywiad z Robertem Gasperowiczem

Gdzieś w wielkim świecie muzyczna propozycja Słoniny trafiłaby pewnie na półkę z napisem „indie”. W Polsce wyląduje w przepastnym koszu niedocenienia albo... postawi na głowie niejeden włos. Współczesne podejście do grania zostało na debiutanckim minialbumie doprowadzone pod ścianę i rozstrzelane. Sposób na Słoninę jest jeden – dać się ponieść tym dźwiękom, posmakować tych tekstów, wreszcie wyłączyć wszelkie ograniczenia.
O wprowadzenie w świat słoniną pachnący namówiłem Roberta Gasperowicza (gitara, produkcja, programowanie, realizacja, miks).

Słonina, Czoło - strzelacie nietypowymi słowami, które w polskiej muzyce egzystują na marginesie. Ekstrawaganckie podejście do tekstów jako formy samej w sobie oraz swoista zabawa słowem - to były moje pierwsze wrażenia, zanim włożyłem płytę do odtwarzacza. Dawno nikt tak „nie rozprawił się” z tekstami utworów. Wyciągaliście te wyrazy z kapelusza i składaliście niczym kostkę Rubika?
 
Dosłownie spod kapelusza. Niektórzy mają tam coś na kształt mózgu. Igranie ze sobą, polegające na wyłuskiwaniu z własnego słownictwa nasion komunikacji języka oralnego jest równie interesującym zajęciem, jak szkicowanie warstwy instrumentalnej. (śmiech) Mniej więcej tak to się odbywa, jak pisanie powyższych zdań. Jeden wers pobudza do życia kolejny. Niekonwencjonalne metafory są tu w zasadzie bardziej interpretacją prymitywnego nazewnictwa niż próbą błyśnięcia wyszukaną poetyką. W ten sposób przemycają właściwe treści.
 
Muzyka zawarta na debiutanckim minialbumie wydawała mi się na początku lajtowym projektem muzyków grających w Samo i Egoist. Mając w pamięci, obijający się gdzieś po sieci, mocno pogmatwany debiut Samo oraz progresywno-syntetyczne wycieczki Stanisława na „dwójce” Egoist, byłem wręcz zaskoczony lekkością dokonań Słoniny. Po kolejnych kilku przesłuchaniach poziom szaleństwa, ciężkości i niepokoju urósł do sporych rozmiarów. W czym tkwi ten sekret budowania tak odjechanych partii?
 
Nastrój, odjechanie, jak to nazwałeś, jest pochodną łagodniejszych fragmentów zawartych na płytach Samo, wplecionych w pierwotny szkic autorstwa Karola Gawerskiego. Rozbudowane wokalne harmonie Stanisława, megafonowe brzmienia niektórych gitar, chrupiący bas i elektronika stały się środkiem wyrazu samym w sobie. Dramaturgii dodają słowa. Staszek – wokalista – jako pierwszy ma kontakt z odbiorcą, co znacznie ułatwia dotarcie słuchaczom do utworów. Jednak, jak zauważyłeś, dopiero kilkukrotne odsłuchanie odkrywa pełną paletę kolorów. Aranżując kompozycje, przyjąłem zasadę: mniej niż więcej. Niektórym wyda się zabawne to, co powiedziałem, jednak w odniesieniu do Samo myśl jest uzasadniona. A przy okazji, jeśli chodzi o Samo, to obydwa materiały są dostępne w wersji CD pod adresem naszego wydawnictwa www.czolo.com.pl
 
Jak powstał materiał zawarty na debiutanckim minialbumie? Muzyka? Teksty? Jaki był punkt wyjścia?

Karol był punktem wyjścia. Zaproponował mi wyprodukowanie kilku utworów, które urzekły mnie przede wszystkim słowem. Niemal zawładnęły mną do tego stopnia, że nawet nie spostrzegłem się, kiedy z pierwotnych szkiców muzycznych prawie nic nie zostawiłem, po czym zaproponowałem Staśkowi zaśpiewanie w gotowych już kompozycjach, a on też nie mógł powstrzymać się przed plumknięciem na gitarze czy dograniem piana w „Julii”. Tryby zazębiły się po natłuszczeniu maszyny Słoniną.
 
Słonina gra nieszablonowo. Czy taki też musi być jej odbiorca, aby wyłapać wszystkie smaczki i niuanse?
 
Marcin, ujmę to tak. Gdybyś przybliżył przy tym pytaniu swoją osobę, byłoby łatwiej. Wydaje się, że zrozumiałeś Słoninę. (śmiech) Nie tworzyliśmy tego dla konkretnego odbiorcy. Nie było tak zwanej grupy docelowej. Słonina i Samo bardziej trafią w gust osób, które lubią przez chwilę zatrzymać się nad tym, czego słuchają niż zwolenników zajmowania przestrzeni dźwiękiem dla samego wypełnienia ciszy.
 
Tworząc w Samo, urabiasz ciężką gatunkowo materię. W Słoninie dajesz na muzyczny luz?
 
Traktuję muzykę, w którą się angażuję, zawsze z należytą powagą. To piękna sprawa przerabiać myśli na słowa i dźwięk. Uważam, że nie ma sensu działać połowicznie, „rozwadniać” farby, żeby szybciej pokryć płótno.
 
Czy eklektyzm tekstowo-muzyczny ma jakąś granicę w przypadku tworzenia poszczególnych utworów? Czy nie jest czasem tak, że macie chęć raz „zjeść” tę słoninę z miodem, a innym razem z papryczką chili?
 
Szerokie horyzonty. Im dalej idziemy, tym bardziej ostatni plan się oddala. Jeśli chodzi o mnie, prawie nie ma granic. Przyjmuję, że wszystkie utwory stanowią całość. Propozycją, której składową są poszczególne kawałki. Balans między utworami - to ta sama zasada, jaką kieruję się, budując dynamikę każdego z nich.
 
W kotle wpływów słyszalnych w Waszej muzyce mieszają się różne stylistyki. Czy forma obrana na debiucie będzie dalej rozwijana w tym kierunku, czy też możemy spodziewać się radykalnych zmian?
 
Na razie w zespole zdania są podzielone co do wykrawania kolejnych plastrów Słoniny z masy plastycznej dźwięku. (śmiech)
 
Robercie, gdy grałeś na trasie ze Sweet Noise podczas promocji ich albumu „Koniec wieku” (1998), rynek muzyczny w Polsce wydawał się bardziej przewidywalny niż teraz. Obecnie natłok nowych nazw, albumów, wydawanych tytułów jest nieporównywalnie większy. Czy istnieje w tym gąszczu jeszcze jakaś frajda z tworzenia nowych rzeczy, czy raczej walka o to, że ktoś to doceni, posłucha do końca albo wreszcie kupi finalny produkt?
 
Nie byłoby frajdy z powielania istniejących pomysłów. Nie uważam, że rzecz jest ekstremalnie oryginalna, jednak wtórowanie standardom nie dawałoby satysfakcji z tworzenia. Nie mamy wygórowanych ambicji związanych z popularnością. Raczej staramy się coś zaproponować, przemycić treści bardzo intymne. Nawet muzyka w znacznej części elektroniczno-komputerowa może stać się wiarygodna, gdy jesteśmy wobec tworzywa szczerzy. Jednak to ilość sprzedanych egzemplarzy decyduje o popularności, a co za tym idzie, ma wiele wspólnego z niekoniecznie wygórowanymi potrzebami kupujących. Sprzedaje się muzyka dobra i mierna. Marketing się kłania. I jak to się ma do przyjemności trzymania mahoniowo-hebanowej gitary w dłoni? Szacunek do wyciętego drzewa, by zbudować instrument, zobowiązuje.

Dziękuję za rozmowę.

[Marc!n Ratyński]