polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Jazzpospolita wywiad ze Stefanem Nowakowskim i Wojtkiem Oleksiakiem

Jazzpospolita
wywiad ze Stefanem Nowakowskim i Wojtkiem Oleksiakiem

Warszawski zespół Jazzpospolita wydał właśnie pierwszy longplay, którym nawiązał do jazzopodobnego grania a la Jaga Jazzist czy późne Tortoise błyskotliwie jak chyba nikt inny w Polsce. Zaciekawieni tym faktem rozmawiamy z połową zespołu:  Stefanem Nowakowskim (bas) i Wojtkiem Oleksiakiem (perkusja).

Jaki jest Wasz pomysł na dobrą drugą płytę?

[Stefan] Nie jest to najprostsze zadanie, ale też nie tak trudne, jakby się wydawało. [śmiech] Trzeba nagrać ją inaczej niż pierwszą, nie powielać tego, co już się sprawdziło, ale też nie zatracić spójności stylistycznej. Nasz zamysł jest taki, żeby za każdym razem słysząc naszą muzykę człowiek od razu myślał: tak gra Jazzpospolita. Wydaje mi się, że dobre zespoły tym się charakteryzują, że ktoś od razu rozpoznaje: to gra Iron Maiden, a to śpiewa James Brown.

Tą charakterystyką ma być brzmienie? Bo nie musi być. Np. Sufjan Stevens długo nagrywał muzykę akustyczną z rysem symfonicznym, potem nagrał płytę na pograniczu symfoniki i popu, a teraz wydał płytę całkiem syntetyczną, niemal pozbawioną gitar. Ale momentalnie słychać, że to on i jego melodyka, sposób konstruowania utworów. Co jest dla Was takim wyznacznikiem?

[Stefan] Jednak brzmienie. Nie wiem na ile to jest oryginalne, w moim przekonaniu jest, ale w naszym przypadku chodzi chyba o połączenie bądź co bądź jazzowych harmonii z (czasem) jazzowym brzmieniem gitary Michała Przerwy-Tetmajera oraz biegłością techniczną naszego klawiszowca Michała Załęskiego i jego upodobaniami do dobierania ciekawych kombinacji klawiszowych.

[Wojtek] Na kolejnej płycie chciałbym 'pójść bardziej w emocje'. Na pierwszej wieje trochę chłodem, szczególnie w porównaniu z naszymi koncertami, które gramy dużo mocniej. W porównaniu do albumu nasze  utwory na żywo brzmią jak eksplozje. Żeby uchwycić tę energię trzeba będzie pewnie dłużej popracować w studio, ale myślę, że warto.

Pierwszą płytę nagrywaliście na setkę, chcieliście już spróbować uchwycić taką energię, czy może o to, żeby uniknąć przekombinowania całości?

[Wojtek] Nasza muzyka zawsze powstawała w sposób kolektywny i nie wyobrażam sobie rozbicia jej na poszczególne części. Jej istota polega na interakcji i choć nie gramy muzyki stricte jazzowej to w dużej mierze polegamy na improwizacji.

[Stefan] Nie gramy tak jak np. Jaga Jazzist – oni mają tematy i formy, wstęp i zakończenie. U nas jest kilka numerów zamkniętych, ale miejsca na improwizację jest sporo.

Istniejecie krótko, niecałe dwa lata. Co było Waszym impulsem do pójścia w takie brzmienia. Brakowało Wam w Polsce muzyki inspirowanej jazzem jednak nie-jazzowej?

[Wojtek] Trochę to wyewoluowało samo. Na początku graliśmy we dwóch ze Stefanem i nie do końca wiedzieliśmy, jaką drogą iść, mieliśmy sporo inspiracji i pomysłów na zespół. Dlatego kompletowanie składu i wykrystalizowanie się brzmienia trwało długo.

[Stefan] Myślę, że przełomowym momentem było też spotkanie Michała Przerwy-Tetmajera. Bez niego pewnie poszlibyśmy bardziej w stronę grania klubowego, z groovem. A nagle pojawił się w naszych szeregach gitarzysta stricte jazzowy i to dużo zmieniło. I choć od tego czasu został zdeptany i zdominowany [śmiech] to pozostawił dużo ze swojego delikatniejszego brzmienia i trochę nas okiełznał. Więc płyta jest fuzją wielu wpływów i choć słychać zapewne, który z nas jest autorem poszczególnych kawałków, wynika to nie z programowego założenia różnorodności, tylko naszych różnych inspiracji.

Połączyliście jazzowe harmonie z wątkami rockowymi, czy postrockowymi, co nasuwa skojarzenia ze wspomnianym Jaga Jazzist, Tortoise czy Cinematic Orchestra. Czy macie wrażenia, że jakbyście grali po prostu jazzowo, to publiczność łatwiej akceptowałaby poruszanie się w pewnych ustalonych ramach, a gdy gracie muzykę ocierającą się o jazz, to krytyka w większej mierze oczekuje ciągle czegoś nowego?

[Stefan] Jako zespół debiutujący mamy to szczęście, że generalnie odbiór jest pozytywny, choć bardzo różnorodny.

[Wojtek] Choć zdarzały się lekkie wzloty i upadki. Pierwsza EP-ka była bardzo hypowana w mediach jako objawienie krajowej sceny. Wtedy odezwały się głosy sprzeciwu: jak to, przecież to już było. Trudno jest rozgraniczyć co jest nowe w muzyce, bo choć każdy zespół czerpie skądś inspiracje, to wciąż jest niepowtarzalnym spotkaniem kilku osobowości. Jeśli, co zdarza się rzadko, słucham naszej płyty, to wydaje mi się, że tego rodzaju połączenia energii, brzmienia i kompozycji jeszcze nie było.

[Stefan] Znaczenie miała też selekcja kawałków. Wiedzieliśmy co chcemy nagrać w studio, bo wcześniej przez rok graliśmy je na koncertach. Zrezygnowaliśmy z kilku numerów, np. zupełnie akustycznego czy funkowego, które się świetnie sprawdzały na żywo, żeby materiał był bardziej spójny. Nie nagraliśmy tej płyty z miejsca, czekaliśmy na nią i cały czas pracowaliśmy, żeby uzyskać właśnie to pożądane brzmienie.

Jak duży margines dla przypadku pozostawiliście? Czy docieraliście już do punktu, w którym mówiliście sobie: stop, ta piosenka jest już optymalnie dopracowana i nie możemy jej szlifować dalej, żeby nie zatracić jej naturalności?

[Wojtek] Nie. Ten materiał jest ciągle w obróbce, co świetnie pokazują koncerty. Po każdym są nowe uwagi i pomysły, dochodzą różne elementy, które ulepszają muzykę. Nigdy chyba nie nagramy płyty, o której powiem później z czystym sumieniem, że jest super, optymalna i idealna.

[Stefan] Klasyczny objaw: wiele zespołów nagrywa płytę, a po roku mówi, że nie do końca to chciały zagrać.

[Wojtek]  Wydaje mi się, że mało który muzyk powie o sobie, że jest artystą doskonale doświadczonym. To doświadczenie zdobywa się każdego dnia, z każdą nową płytą i koncertem.

Rob Mazurek niejako odwrócił ten proces. Gdy Sao Paulo Underground grali trasę po Polsce w 2006 roku, brzmieli tak jak na płycie z 2008. Gdy przyjechali w roku 2009, z tej płyty nie było już nic słychać wprost, zagrali zupełnie nową muzykę. Płyta zamknęła pewien rozdział zamiast go dopiero otworzyć.

[Stefan] To już ogromna umiejętność ocierająca się o wirtuozerię, to naprawdę prawdziwa sztuka. Nasza muzyka jest też trochę inna, bo improwizacja nie jest w niej jednak elementem dominującym. Na koncertach nie improwizujemy samej formy, tylko partie solowe.

Wspomnieliście, że początkowo mieliście ochotę bardziej oprzeć się na rytmie i groovie. Były w Warszawie dwie formacje, które próbowały grać na żywo coś podobnego: 15 minut i Plazmatikon.

[Stefan] Oni jednak grali trochę bardziej odhumanizowaną formę tego brzmienia: 15 minut poszło bardziej w stronę drumów, a Plazmatikon w fusion. Oczywiście ucieszyliśmy się, gdy jeden z muzyków Plazmatikonu wypowiadał się o nas pozytywnie.

[Wojtek] Na mnie 15 minut miało spory wpływ. Za czasów ich prosperity chodziłem na koncerty m.in. do warszawskiego Punktu i z pewnością zasiali we mnie tę niesamowitą energię z gangsterskim pazurem.

Dla polskiej muzyki wyłamującej się z jazzu kluczowe znaczenie miał yass. Muzycy, którzy tworzyli tę scenę ciągle są aktywni, a ważny jest też głos osób niejako bezpośrednio na niej wychowanych. Wy jesteście kolejnym pokoleniem. Czy to jest dla Was istotny punkt odniesienia?

[Stefan] Ostatnio zastanawiałem się nad tym. Yass pojawił się pod koniec lat 80., ale rozkwitł przecież nie w czasach przełomu, ale już w połowie lat 90., czyli, jak sądzę, niejako w oderwaniu od realiów społecznych czy politycznych tylko jako zjawisko czysto artystyczne i reakcja na chude pod tym względem lata 80. – jak wiadomo nie był to najlepszy okres dla muzyki synkopowanej [śmiech] w Polsce. Może z yassem było trochę tak, jak z reprezentacją Polski w latach 70. z Deyną, Lato i Gadochą – w jednym czasie i miejscu pojawiło się niewiarygodnie dużo utalentowanych osób. Sam nigdy nie byłem wielkim fanem tego zjawiska, ale oczywiście miało na mnie wpływ. Zaczynając, jak mówią niektórzy „przygodę z muzyką”, słuchałem skrajnie różnych rzeczy, od, powiedzmy,  Abbey Lincoln, po właśnie Tymona Tymańskiego, np. NRD - płytę „Sport i religia”. Podobało mi się ich bycie zupełnie na przekór, wtedy wydawało mi się, że oni strasznie odjeżdżają instrumentalnie. Z perspektywy widać do czego ta muzyka nawiązywała, no i nie wszystko wytrzymało próbę czasu.

Myślę, że jest zdecydowanie za wcześnie, żeby mówić o nas w kontekście pokolenia, jesteśmy przecież debiutującym zespołem. Tak w ogóle, nie wiem, czy np. Contemporary Noise Quintet to jest zespół jeszcze nowy czy już stary, czy Pink Freud jest z tych młodych czy starszych, zwłaszcza po ostatnich zmianach w składzie.

[Wojtek] Odnośnie pokolenia – generalnie nie mam poczucia istnienia zwartej grupy. Nową gwiazdą na horyzoncie jest np. Levity - młody zespół, który już trafił do dużej wytwórni. Zespołów jest jednak kilka – np. AuAuA – i o sporej rozbieżności stylistycznej.

[Stefan] Dodatkowo, tylko niewielu udaje się pozostać na scenie przez dłuższy czas, bo albo są to jednorazowe projekty oparte na ścierających się muzycznych osobowościach, albo okazują się krótkotrwałe z powodu różnych okoliczności. Inne po prostu szybko się wypalają. Fale przychodzą i odchodzą. Jedna duża rzeczywiście była z Trójmiasta i Bydgoszczy, teraz może uformuje się nadwiślańska!

Mam nadzieję. Dzięki za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Jazzpospolita w popupmusic