polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Glissando w Teatrze Dramatycznym Christian Garcia - wywiad

Glissando w Teatrze Dramatycznym
Christian Garcia - wywiad

O szwajcarskim kolektywie Velma pisaliśmy już parokrotnie – najpierw o płytach, z czasem częściej o inicjatywach teatralnych. Jeden z muzyków Velma, Christian Garcia, został przez Teatr Dramatyczny zaproszony do przygotowania spektaklu, który będzie miał premierę 22 października na festiwalu Warszawa Centralna. „Glissando”, bo tak rzecz się zowie, prezentuje podejście niespotykane w Polsce – buduje spektakl jak utwór muzyczny, warstwę muzyczną wysuwając niemal na pierwszy plan. Zarazem jest to antyteza musicalu. Zapraszamy do lektury wywiadu z Christianem, na październikowe spektakle i koncert, który jako Meril Wubslin zagra on kilka dni przed premierą.

Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy w 2004 roku, grałeś koncert z grupą Velma. Wtedy uderzyła mnie teatralność Waszego koncertu. Od tego czasu wystąpiliście z Velmą w Polsce trzy razy, zawsze z przedsięwzięciami teatralnymi, ale w każdym z nich ogromną rolę odgrywała muzyka. Jak wykształcił się związek pomiędzy graniem muzyki a tworzeniem teatru przez Ciebie i Velmę?

Właściwie doprowadził do tego przypadek. Pierwsze show z Velmą zrobiliśmy z okazji wydania naszego drugiego albumu, była to specjalna inscenizacja teatralna, która okazała się dużym sukcesem. Po tym wydarzeniu zostaliśmy zaproszeni przez teatr w Lozannie do współpracy przez cztery lata nauczyliśmy się wiele nowego od ludzi tam pracujących, związanych z teatrem i tańcem. Przestaliśmy być tylko zespołem muzycznym, dostrzegliśmy, że możemy wykorzystywać naszą pasję i robić coś nowego, innego. Nasze projekty zawsze różniły się od teatru i tańca, były bardzo mocno związane z muzyką, bo przecież jesteśmy muzykami. Nigdy nie twierdziliśmy, że jesteśmy w stanie zrobić „prawdziwy” teatr czy taniec. Zdecydowaliśmy się grać muzykę, ale wykorzystując możliwości teatru.

Jest ogromna różnica między przedstawieniem a koncertem: panuje cisza, możliwości techniczne są inne, publiczność siedzi w milczeniu, nie pije piwa, itd. Jest wiele sposobów, na które można grać muzykę na scenie. Tak zrobiliśmy nasze pierwsze show, potem kolejne. Nad „Glissando” pracuję sam, bez dwóch pozostałych członków Velmy, to moje drugie indywidualne przedstawienie. Dwa lata temu graliśmy w Warszawie „Requiem” i bardzo spodobało się ono w Teatrze Dramatycznym, więc dostałem zaproszenie do wyprodukowania i zaprezentowania nowego przedstawienia.

Pierwszym teatralnym przedsięwzięciem Velmy, z jakim przyjechaliście do Polski, było „Rondo”. Było ono oparte na jednym utworze z Waszej płyty, granym w kółko i w kółko. Wtedy album był punktem wyjściowym dla dzieła teatralnego. A jak jest teraz? Czy tworzysz muzykę od zera czy wykorzystujesz swoje wcześniejsze pomysły?

Z Velmą zawsze najpierw komponowaliśmy muzykę, a potem tworzyliśmy do niej przedstawienie. Teraz jest trochę inaczej, bo wiele nauczyłem się w teatrze i staram się używać jego najciekawszych rozwiązań. W „Glissando” właściwie obecne są obie metody. Skomponowałem nowe kawałki, ale użyłem też dawnych kompozycji, np. Chopina. Wyodrębniłem z jego dzieł pewne dźwięki fortepianu, przetworzyłem je i zaadaptowałem na głos. Tak właśnie zaczyna się spektakl: utwór Chopina jest znacznie spowolniony i zaadaptowany na chór. Wydaje mi się to bardzo interesujące – nie można tego nazwać prawdziwym komponowaniem, ale nie jest to też proste czerpanie z cudzej muzyki. Raczej coś pomiędzy.

Bardzo podoba mi się ta pierwsza część przedstawienia, w której obecny jest tylko śpiew, nie ma żadnego ruchu na scenie. Moimi pierwszymi skojarzeniami była muzyka Steve Reicha, Corneliusa Cardew, minimalistyczna i pulsująca. Nie zauważyłem, że to przerobiony fragment Chopina. Czy kiedy przygotowując przedstawienie zamówione w Warszawie myślałeś o bawieniu się elementami polskiej tradycji i kultury?

Tak, oczywiście. Odbyliśmy długą dyskusję z producentem. Głównym tematem tegorocznego festiwalu jest emigracja. Omawialiśmy wiele pomysłów i zaproponowałem wykorzystanie muzyki Chopina, ale w inaczej niż się to zazwyczaj robi na różnych imprezach w Polsce. Chopin jest z pewnością wielkim kompozytorem, ale nie jest moim ulubionym. Nie czuję bliskiej więzi z jego muzyką. Zdecydowanie bliżej mi choćby do Reicha i muzyki minimalistycznej. Starałem się więc odwołać do swoich upodobań, ale jednocześnie nauczyć się i czerpać od innych. Przygotowywanie tej sztuki w Warszawie przez dwa miesiące jest niezwykle ciekawym doświadczeniem. W show są wplecione elementy związane z Polską, nie tylko Chopin, jest także scena poloneza. Sięganie po takie elementy z otoczenia i wkomponowywanie ich w mój świat jest bardzo ciekawe.

Czy po pierwszy raz tworzysz przedstawienie w takim kontekście? „Superstar”, z którym graliście w 2008 roku w Warszawie zawierało element interakcji, wykorzystywaliście lokalnych aktorów, wolontariuszy do chóru. Czy obecne przedsięwzięcie warszawskie jest dla Ciebie czymś całkiem nowym?


Oczywiście. Po raz pierwszy tworzę całe przedstawienie w innym kraju. Moje poprzednie przedsięwzięcie powstało w całości w Bernie, stolicy Szwajcarii. Tam też byłem sam, cała obsługa techniczna to byli dla mnie całkiem obcy ludzie. Jednak była to cały czas Szwajcaria i miałem wiele możliwości odwołania się do wspólnych elementów i kontekstów.

Ponieważ to Teatr Dramatyczny jest producentem, zaangażowaliśmy do przedstawienia jego aktorów. Z grupy około 40 osób wybrałem kilka, dodatkowo zaprosiłem osoby, które znam, ze Szwajcarii, Hiszpanii, Francji i Włoch. To dodało mi pewności siebie podczas pracy. Współpraca z polskimi aktorami i interakcja z nimi, słuchanie ich reakcji, wrażeń jest dla mnie czymś nowym i jest bardzo interesująca. Lubię uczyć się nowych rzeczy i na świeżo podchodzić do pracy. Zawsze jednak staram się zachować pewną spójność.

I to Ci się udaje. Mam wrażenie, że w każdym z Waszych przedstawień, na koncertach też, dużą rolę pełniła gra z oczekiwaniami publiczności. Czy staracie się zakwestionować kulturalne doświadczenia osób, które przyszły na przedstawienie, zakwestionować ich sposób odbierania muzyki, teatru?

Poruszyłeś kilka tematów. Ludzie w teatrze często spodziewają się raczej „spektaklu”, a otrzymują „coś” opartego na muzyce. Szczerze mówiąc, naprawdę lubię pracować z rytmem. Rytm jest kluczowy dla tworzenia oczekiwań w muzyce, poprzez jej dramaturgię i repetycję. W muzyce popularnej sprowadza się to do podziałów zwrotka-refren. I ja zawsze tworzę w ten sposób, także spektakle. Na przykład w „Glissando” byłem bardzo zaskoczony efektem, jaki dało posadzenie jednego aktora, który nie robił zupełnie nic, i odtworzenie z monitorów muzyki. To wręcz odzwierciedliło całe moje życie, w tym aktorze – nie robiącym nic, całą dramaturgię tworzy muzyka – widać wszystkie emocje. Niesamowite. Chyba zresztą celem dzisiejszego teatru jest poszukiwanie takich doświadczeń. Nie interesuje mnie klasyczny teatr, wolę iść na dobry film do kina. Różnica między kinem a wykonywaniem na żywo jest w interakcji z publicznością, w więzi tworzącej się pomiędzy aktorem a widzem. Wszystko jest dla mnie oparte na emocjach, rytmie i muzyce. I moje przedstawienia staram się ułożyć właśnie z tych elementów, tekst jest ważny, ale w drugiej kolejności. Rytm i dramaturgia rytmu są dla mnie najważniejsze.

W „Glissando” wykorzystywany jest tylko jeden instrument – turecki saz – wykorzystywany w tradycyjnie, ale też do minimalistycznej bądź wręcz hard-rockowej gry. Co skłoniło Cię do użycia tego instrumentu?

Jest kilka powodów. Po pierwsze, chcę konsekwentnie opierać się na okresie romantycznym, z powodu Chopina. On był wielkim przyjacielem Delacroix, francuskiego malarza, który często sięgał po tematykę orientalną. Zresztą wielu artystów okresu romantyzmu czerpało z Orientu, którego wpływy można odnaleźć zarówno w muzyce, jak i w malarstwie. Spodobało mi się to i uznałem, że będzie to coś całkiem innego od tego, co obecnie dzieje się we współczesnym teatrze, który jest minimalistyczny, ale oparty na prowokacji i nagości. I zdecydowanie za dużo używa się w nim gitary elektrycznej…

Jeżeli to jest światowy trend, to chyba nie dotarł jeszcze do Polski. Kilka lat temu widziałem w Berlinie przedstawienie Luca Percevala, w którym na gitarze grał Jean-Paul Bourelly. Było niesamowite. W Europie Zachodniej gra na gitarze stała się już komunałem?

Tak, mam takie wrażenie. Każde przedstawienie, choreografia, taniec musi być z elektryczną gitarą. To jest okropne. Tancerze to nie muzycy, a próbują grać. Chciałem zrobić coś innego. Więc jest kilka powodów: orientalizm, atmosfera i prozaiczny – oczywiście potrzebowałem instrumentu, który aktorzy mogą dość łatwo opanować, zwłaszcza jeżeli chodzi o grę minimalistyczną, bardzo prostą. Wypróbowaliśmy jeden saz, potem dwa, aż zdecydowaliśmy, że wszyscy będą na nich grali.

W „Glissando” używasz kilku różnych języków – polskiego, włoskiego, niemieckiego. Fragment po niemiecku z muzyką na dwóch, trzech sazach skojarzył mi się z eksperymentalną muzyką z Niemiec z lat siedemdziesiątych, z Can. Starałeś się dobrać aurę muzyki do języka?

Szczerze mówiąc, nie przypuszczałem, że tak to odbierzesz. Moim celem było wykorzystanie elementów romantyzmu, zarówno jeżeli chodzi o tekst, jak i muzykę. Jest więc muzyka Chopina, Belliniego, Mendelssohna – ta właśnie we fragmencie, o którym mówisz. Zależało mi, żeby znaleźć u nich jedną nutę… Jak już wspomniałem, lubię muzykę minimalistyczną, opartą na repetycji i… zawsze chodzi o to samo – starałem się wyszukać taki fragment z okresu romantycznego, który będzie można zagrać i zaśpiewać powtarzając tylko jedną nutę. I znaleźliśmy ten fragment i tę nutę.

Trzy dni przed premierą przedstawienia zagrasz w Warszawie koncert swojego solowego projektu Meril Wubslin. Możesz go opisać w kilku słowach? Czy to też jest minimalistyczna muzyka?

Właściwie nie. Uwielbiam różną muzykę i wydaje mi się, że tej minimalistycznej i powtarzającej się używam jedynie w przedstawieniach teatralnych. Mój nowy projekt solowy jest zdecydowanie mniej punkowy i rockowy niż muzyka Velmy. Wydaje mi się, że bardziej pasuje do mojego wieku – starzeje się. Jest to rodzaj songwritingu, ale tworzonego z całym doświadczeniem jakie mam, więc pewnie znajdziesz w tej muzyce elementy typowe dla Velmy. Gramy jedynie na dwa wokale i dwie gitary. Zagraliśmy już kilka koncertów w Niemczech i Szwajcarii, album ukaże się na przełomie października i listopada. Uwielbiam grać na żywo. Kiedy grasz w kapeli rockowej z perkusją, basem, ogromnym dźwiękiem, wzmacniaczami między tobą a publiką jest ogromny dystans. Czasami to jest niesamowite, np. uważam, że Oneida jest świetna. Ale kiedy grasz delikatnie, cicho możesz być bliżej odbiorcy. Tak właśnie gramy z Valerie i naprawdę możemy się tym cieszyć. Zajęło mi sporo czasu, zanim napisałem utwory dla tego projektu, ponieważ musiałem zmienić swój punkt widzenia i styl komponowania. Nie przypadkiem pytałem się Ciebie wcześniej, jak wypadł koncert Tiny Vipers w Cafe Kulturalna, gdzie zagramy. Też będzie cicho.

Dzięki za rozmowę i do zobaczenia w październiku.

[Piotr Lewandowski]

artykuły o Velma w popupmusic

recenzje Meril Wubslin, Velma w popupmusic