polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
VELMA La Pointe Farinet, 2949 m.

VELMA
La Pointe Farinet, 2949 m.

Określenie szwajcarskiego trio Velma mianem zespołu muzycznego byłoby znaczącym zawężeniem artystycznej wizji kolektywu, który równie często koncertuje, co występuje z imponującymi, post-modernistycznymi performance’ami, czy też nagrywa muzykę teatralną, konsekwentnie realizując swoją nieokiełznaną wizję sztuki. Spotkanie z ich „normalnym” koncertem na festiwalu w Dour kilka lat temu było dla mnie przeżyciem równie szokującym i wstrząsającym, jak oczyszczające i rozbrajające było kilka miesięcy później uczestnictwo w ich obłędnie zabawnym spektaklu „Rondo”, z którym Velma wystąpili w ramach krakowskiego festiwalu teatralnego BazArt. Obecnie, z towarzyszeniem olbrzymiej grupy tancerzy, Velma realizuje nowy spektakl „Superstar”, o którego perspektywach zobaczenia w Polsce na razie głucho. W efekcie, choć jeden z moich przyjaciół uważa, że Szwajcarzy powinni wydawać przede wszystkim DVD, w niezwykłym i niepowtarzalnym uniwersum Velmy możemy się zagłębić dzięki ich kolejnej płycie studyjnej, czyli „La Pointe Farinet, 2949 m”

Dojrzewająca z absolutną swobodą i rozrzucona po miriadzie europejskich (i nie tylko) niezależnych wytwórni dyskografia grupy wraz z upływem czasu układa się w przemyślaną i frapującą historię. Przy faktycznej odmienności poszczególnych pozycji, wspólnymi elementami tej muzyki pozostają hipnotyczna atmosfera, rytmiczny i brzmieniowy minimalizm o jednak kakofonicznej głębi i fascynujący swą pozorną prostotą wokal Christophe’a Jacquet. Nieważne, czy na pierwszy plan wybija się psychodeliczna surowość, jak na płycie „Cyclique”, czy elektro-popowa zwiewność przedostatniego „Ludwig”, czy mocne, drenujące przestrzenie aktualnej „La Pointe Farinet, 2949 m”, największym atutem muzyki Velma są niezwykle intensywna emocjonalność, umiejętność sięgania raz po melodie, innym razem po dźwiękowe plamy lub rytmiczne spazmy w celu bezbłędnej kreacji aury i genialne wprost konstruowanie kompozycji w oparciu o repetycje. Szczególnie ostatni aspekt sprawia, że muzyczna eskapada Velmy staje się dla słuchacza przeżyciem ocierającym się o eksplorację id-ego, zawsze niedopowiedzianym, acz nieodłącznie zbijającym z pantałyku i zmuszającym do refleksji.

Nowy album uderza w tym temacie w rejestry bardziej ponure niż oniryczny „Ludwig”, co wynika z zagęszczenia brzmienia i wydaje się być konsekwencją współpracy z Dalek, która to kooperacja zaowocowała kilka sezonów temu świetną epką. W istocie, pobrzmiewają tutaj noise’owe wpływy amerykańskiego duetu a rytmika nabrała hip-hopowego zacięcia, paradoksalnie w sposób wcale nie najbardziej namacalny w utworze Voices of Ether Dalek, lecz w kowerze Metropolis Motorhead. Te dwa bezprecedensowe zapożyczenia stanowią jednak przede wszystkim idealnie wkomponowane elementy doskonale przemyślanej, wielopłaszczyznowej transowej podróży, jaką z olbrzymią szczerością i muzyczną swobodą przekonywująco serwują nam panowie z Velma.

[Piotr Lewandowski]