polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
TV on the Radio wywiad z Kypem Malone

TV on the Radio
wywiad z Kypem Malone

Przygoda z nową płytą TV on the Radio to fascynujące odkrywanie bogactwa bardziej dynamicznego i przebojowego oblicza grupy. "Dear Science" to zaskakujący, eklektyczny i wciągający album, który już zbiera laury w podsumowaniach roku. W PopUp rankingów płyt nie prowadzimy, ale proponujemy Wam rozmowę z gitarzystą i wokalistą TV on the Radio, Kypem Malone.

Wasz nowy album zrobił na mnie olbrzymie wrażenie, ale chwilę zajęło mi wyciszenie sentymentu za dawnym brzmieniem TV on the Radio. Jakie wyzwania postawił przed Wami ten album?

Podstawowym czynnikiem, wręcz motywacją, było to, że naprawdę nie chcemy się powtarzać. Wyróżnikiem poprzedniej płyty była gęstość brzmienia, naszpikowanie go warstwami dźwięku. Te warstwy powstawały jednak dość przypadkowo, pod wpływem nastroju i przekładania emocji na muzykę w trakcie pracy nad utworami. Tym razem chcieliśmy być znacznie bardziej precyzyjni i klarowni. I to nam się chyba udało. Równocześnie jest to płyta bardziej optymistyczna, co też było naszą intencją. Chcieliśmy trochę wyluzować, pokazać bardziej zabawową, pozytywną stronę osobowości. I pokazaliśmy, prawda?

Bez wątpienia. Dave Sitek wspominał kiedyś, że Wasze wcześniejsze płyty zostały de facto "wyjammowane". Jak było tym razem? Jak oddać się zabawie i być bardziej precyzyjnym zarazem?

W tym aspekcie akurat niewiele się zmieniło. Nadal gros naszych utworów powstaje na kanwie ledwie szkiców, które później zespołowo obrabiamy, sporo elementów dodając, trochę usuwając. Na tym etapie każdy z członków zespołu może naprawdę wiele wnieść. Nagrywając "Dear Science" posiadaliśmy pewne główne cele, o czym już wspomniałem, ale nie mieliśmy koncepcji ostatecznego brzmienia. Nie wiedzieliśmy, jak sprawy się potoczą i kształt albumu zarysował się wyraźnie dopiero, gdy koniec pracy był blisko.

Zagraliście krótką trasę po Stanach i Kanadzie jeszcze przed premierą płyty. Chyba był to swoisty test reakcji fanów, wówczas pewnie w większości "starych", na nowy materiał. Jak on wypadł?

Ludzie reagowali całkiem pozytywnie. Jasne, byli trochę zmieszani, gdy graliśmy nowe utwory, których przecież nie znali. Ale dość sprawnie zaczynali się ruszać i tańczyć, co było zachęcające. Wydaje mi się, że nawet nie znając nowego materiału czerpali z tych koncertów dużą przyjemność, choć reakcje były oczywiście nieco inne, gdy graliśmy kawałki z wcześniejszych płyt.

O "Return to the Cookie Mountain" mówiło się, że to album przesiąknięty klimatem Nowego Jorku. To trochę hermetyczne dla europejskich odbiorców. Poza tym, w Stanach wydajecie się w majors, w Europie w niezależnej wytwórni. Czy Wasz status i odbiór muzyki w Europie i USA wydaje Ci się inny?

Cóż, faktycznie związaliśmy się z Interscope tylko w Stanach. W Europie, ale też w reszcie świata, ciągle jesteśmy w 4AD, które jest częścią Beggars, czyli niezależnego labela. Dla mnie zasadniczym sposobem oceny, jak jesteśmy postrzegani w Stanach i w Europie, są koncerty. A na te przychodzą osoby, które lubią naszą muzykę i nie dostrzegam istotnych różnic pomiędzy graniem w Stanach i Europie. Oczywiście drobne różnice występują, ale są kompletnie przyćmiewane przez podobieństwa. Jeśli poprzednia płyta mogła wydawać się "nowojorska", to nowa jest znacznie bardziej taneczna i przez to być może bardziej uniwersalna. Wydaje mi się, że muzyka taneczna jest w Europie bardzo popularna, więc może więcej osób polubi ten album.

Czy podjęliście specjalne kroki, żeby tym razem uniknąć wypłynięcia płyty przed premierą do internetu?

Wydaje mi się, że "Dear Science" też znalazło się w internecie przed premierą. W momencie, gdy płyta staje się w jakikolwiek sposób dostępna, na przykład rozesłana do prasy, wymyka się spod kontroli. Zresztą to specyficzny test - dziś jeśli płyta nie przedostaje się do sieci, to znaczy, że nikogo nie interesuje. Więc można to zjawisko postrzegać jako rodzaj komplementu - im szybciej album znajdzie się w internecie i w im większej liczbie miejsc jest udostępniany, tym bardziej ludziom zależy na Twojej muzyce.

W przypadku "Return to the Cookie Mountain" było jednak głośno o tym, że znalazła się ona w sieci i wydaliście później nieco inną wersję płyty. Zmieniliście m.in. kolejność utworów. Czy sekwencję piosenek traktujecie jako istotny czynnik wpływający na percepcję albumu przez słuchaczy?

Zdecydowanie tak. Przy czym obecnie porządek płyty staje się w coraz większej mierze przedmiotem indywidualnej decyzji odbiorcy. Ludzie słuchają muzyki głównie z komputerów, a nie z płyt. Dla mnie stworzenie albumu to nadal opracowanie swoistej podróży, dla której kluczową rolę pełni to, jakie są jej kolejne etapy. Niemniej jednak, choć jest to ważne dla mnie i całego zespołu, ludzie przecież nie muszą się stosować do naszej sugestii.

A propos sugestii. Jakie inspiracje muzyczne są dla Was obecnie najważniejsze?

Wiesz, jest nas w zespole pięciu i nie sposób wskazać wspólnych odniesień. Dla mnie na pewno inspiracją, obecnie jak i w przypadku "Dear Science", jest muzyka z pierwszej połowy lat osiemdziesiątych - Michael Jackson, Prince, różni wykonawcy R'n'B tamtego okresu. Na pewno również Fela Kuti, The Fall.

"Dear Science" jest generalnie bardziej pogodne niż Wasze wcześniejsze płyty. Na "Return to the Cookie Mountain" śpiewaliście "I was a lover before this war", na "Dear Science" natomiast: "I'm in love and no bombs are fallin' on me for sure". Ameryka jest teraz chyba w dziwnym stanie strachu przed depresją gospodarczą i euforii nadziei pokładanych w Obamie. Czy wierzysz, że "zmiana nadejdzie"?

Zdecydowanie chciałem, żeby Obama został prezydentem i to jest ok. Jednak organizacja władzy w Stanach sprawia, że nie należy oczekiwać specjalnie głębokich zmian. Oczywiście to, kto urzęduje w Białym Domu ma duże znaczenie, co ilustruje administracja Busha, która wywarła przemożny wpływ i na Amerykę i na cały świat. Mam wrażenie, że gdyby Amerykanie mogli w demokracji bezpośredniej rozstrzygać, w jaki sposób chcą rozwiązywać pewne problemy, jakie technologie wspierać albo jak układać się z resztą świata, wtedy mielibyśmy szansę coś zmienić. Ale urzędnicy państwowi w pierwszej kolejności podlegają wpływom korporacji, które finansują ich kampanie i dysponują bardzo sprawnym lobbingiem. Więc wiara w nadejście "zmiany" to faktycznie raczej wiara, niż rozsądne oczekiwanie. Alternatywa między demokratami i republikanami jest na swój sposób pusta. Obie strony ignorują to, że wykańczamy planetę. Obie twierdzą, że nasz system rynkowy, czy szerzej, kapitalizm, jest jedynym słusznym rozwiązaniem, choć wiele osób pozostawia w biedzie i wymaga kultu pracy. Chyba nie dostrzegam szans na "zmianę".

Widzę, że jesteś mocno sceptyczny.

Tak, ale inaczej chyba się nie da. Przyglądając się wyborom prezydenckim w Ameryce można niezmiennie dostrzec pustkę, plutokrację i zaognianie konfliktów między grupami społecznymi. Jeśli kolor skóry jest podstawą do wskazania różnic między kandydatami, brzmi to jak kiepski dowcip. Jedyna rzecz, która moim zdaniem faktycznie różnicowała kandydatów, to nastawienie do wojen - Obama nie pała taką potrzebą wzniecania kolejnych i woli rozmawiać. To ważna zmiana w nastawieniu Ameryki, ale tylko pierwszy mały krok.

Dzięki za Twój czas. Mam nadzieję, że zagracie kiedyś w Polsce.

Wierz mi, że bym chciał. W tym roku się nie udało, ale pracujemy nad tym.

[Piotr Lewandowski]