polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Calexico wywiad z Joey Burnsem

Calexico
wywiad z Joey Burnsem

Calexico to fenomen amerykańskiego undergroundu. Zespół, który dla współczesnej muzyki popularnej odkrył kulturowe pogranicze Stanów Zjednoczonych i Meksyku, po ponad dekadzie grania osiągnął punkt, w którym różnorodne gatunkowe i kulturowe inspiracje tworzą żywą muzykę o wielobarwnym brzmieniu, urzekającym uroku i intensywnych emocjach, co unaoczniła ubiegłoroczna, doskonała płyta „Carried to Dust”. Ten fantastyczny koncertowy skład wreszcie zagra w Polsce – 7 lipca na Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie (pełne info o koncercie na www.calexico.pl). Polecamy gorąco ten koncert, a oczekiwanie na niego umilamy wywiadem z Joey Burnsem, wokalistą i gitarzystą grupy.

Wkrótce wystąpicie po raz pierwszy w Polsce. Wasza tegoroczna trasa zawiera też pierwsze koncerty na Węgrzech i w Izraelu. Czy masz szczególne oczekiwania wobec tej trasy i miejsce, których nie odwiedzaliście wcześniej?
Choć byłem kiedyś w Warszawie z rodziną, faktycznie nigdy nie graliśmy w Polsce. Nie traktuję tej trasy szczególnie – po prostu uwielbiam koncerty w Europie. To miejsce pełne tajemnic i niespodzianek, o olbrzymim zagęszczeniu krajów i kultur, szczególnie w porównaniu do Stanów. Cieszę się, że tym razem zobaczymy nowe miejsca.

Wasz ostatni album przesiąknięty jest motywami podróży, które powracają w tekstach i wyczuwalne są w aurze graficznej oprawy płyty. Czy inspiracją są Wasze własne doświadczenia przemieszczania się? Faktycznie wątek podróży pojawia się na „Carried to Dust” wielokrotnie. Dla takiego zespołu jak Calexico podróże mają duże znaczenie. Na bardzo praktycznym poziomie, inaczej nie spotkalibyśmy nigdy europejskich członków zespołu – nasz basista Volker Zander pochodzi z Monachium, trębacz Martin Wenk mieszka w Berlinie. Obecnie gra z nami też Hiszpan Jairo Zavala, który notabene w Polsce wystąpi przed nami z własnym zespołem Depedro. Co do inspiracji, to kilka utworów odwołuje się do miejsc, w których byliśmy na poprzedniej trasie.

Zaczynałeś jako duet z Johnem Convertino, teraz Calexico jest dużym zespołem o międzynarodowym składzie. Jednak nadal Ty i John wydajecie się być spiritus movens grupy, a niedawno zagraliście też trasę tylko we dwóch. Jaka jest relacja między Calexico-duetem a Calexico-zespołem?
Zespół umożliwia nieporównywalnie bogatsze aranżacje i melodie, jest po prostu niezbędny. Jednak John i ja zawsze lubiliśmy grać w dwójkę i nadal większość naszych utworów powstaje podczas naszych wspólnych prób. Później te szkice – czasem w postaci demówek – są rozbudowywane o dodatkowe instrumenty i elementy. Duet jest najprostszą, najbardziej podstawową formą, w jakiej może zaistnieć muzyka Calexico, jednak z drugiej strony daje nam dużo większe możliwości improwizowania i eksperymentowania z formą, strukturą, rytmem. Duży zespół, ze swoim bogactwem instrumentów oraz interakcją pomiędzy muzykami, daje nie mniejszą, lecz po prostu innego rodzaju radość grania. Ważne, by zespół był równie swobodny w swojej grze jak ty sam. Wydaje mi się to naturalne – choćby Duke Ellington, bądź co bądź legenda, uwielbiał grę w trio lub solo, ale potrafił cieszyć się grą i improwizacją w ramach ensemble’u. Cieszę się, że Calexico posiada oba te oblicza.

Czy potrafisz wskazać moment, w którym Calexico z duetu Burns-Convertino przeistoczyło się w zespół? Wiele osób tak postrzega płytę „Garden Ruin”, bardziej rockową i piosenkową od wcześniejszych. Co Ty na to?
Tak naprawdę to każda płyta Calexico jest płytą zespołową. Nawet te, które nagraliśmy we dwóch w latach 90-tych. Co prawda wówczas zespół składał się z Johna, mnie i kilku gości, jednak overduby i praca w studio miała na celu to, by Calexico zabrzmiało jak „normalny” zespół. Wiesz, mam wrażenie, że opinia o „Garden Ruin”, którą przytoczyłeś, bardziej wynika ze sposobu promocji tamtej płyty przez wydawcę, niż z rzeczywistości. Po prostu grupa, która na żywo grała ze sobą dobrych kilka lat, wówczas po raz pierwszy nagrała album podczas sesji, w której wszyscy uczestniczyliśmy jednocześnie. Na wcześniejszej „Feast of Wire” przecież również pojawili się ci wszyscy muzycy, z tym że każdy wpadał w swoim czasie.

Wydaje mi się, że zniwelowało to konieczność znacznej edycji w studio nagranego materiału – teraz możecie po prostu zarejestrować żywe brzmienie grupy. Co jest Ci bliższe – jazzowa tradycja nagrywania kilku wykonań utworu i selekcji najbardziej udanego, czy daleko idące ingerencja producenta, np. a la Teo Macero na elektrycznych płytach Milesa Davisa? Nie jesteśmy przywiązani do jednej filozofii tworzenia muzyki, ani też nagrywania. Pamiętam, że Charlie Mingusowi zdarzało się gruntownie edytować nagrania już na jego wczesnych płytach, więc także w jazzie praktykuje się to od dawna. Co więcej, pewnego rodzaju muzyki eksperymentalnej, ambientowej, elektronicznej, w ogóle nie byłoby bez studyjnej edycji. Dziś, kiedy większość zespołów w znacznym stopniu nagrywa wykorzystując Pro Tools, edycja nagrań jest banalna i niemal nieunikniona. Sami tak nagrywamy, ale nie jesteśmy zasadniczy w sposobie pracy w studio – lubimy nagrywać zarówno cyfrowo, jak i na taśmę. Najważniejsze jest odkrycie, co jest najlepsze dla konkretnego utworu. Przykładowo, kompozycje, które nie wymagają wielu ścieżek, można nagrać na taśmę, a przecież różnica w wierności rejestracji między taśmą a komputerem jest wyraźna. Craig Schumacher, który pracuje z nami w Wavelab Studios od dawna, był bardzo przywiązany do analogów, też ostatnio przerzucił się na Pro Tools.
A co do nagrywania kilku wersji utworu, faktycznie można zauważyć, że wielu muzyków wybiera pierwszą zarejestrowaną wersję. Moim zdaniem wynika to z tego, że przy pierwszym nagraniu nie myśli się zbyt wiele, nie zastanawia co trzeba zagrać za chwilę, jak w danym momencie utworu zagrało się za pierwszym razem etc. Pierwsze wykonanie z reguły najlepiej odzwierciedla dany moment, jest najbardziej free, dlatego często uznaje się je za najlepsze.

A jaką rolę pełni improwizacja w Calexico? Można odnieść wrażenie, że dawniej, gdy Wasze płyty były pełne instrumentalnych pasaży, było dla niej więcej miejsca niż teraz, gdy Wasza muzyka jest bardziej „piosenkowa”, poukładana.
Element zaskoczenia jest naturalny dla grania muzyki i właśnie dzięki improwizacji w studio rodzą się utwory, melodie, teksty. Niektórzy wchodząc do studia lubią mieć wszystko gotowe i rozpisane, jednak dla mnie ważniejszy jest ludzki pierwiastek w tym co robimy. Oczywiście najbardziej widoczny staje się on na koncertach, które pozwalają publiczności i zespołowi spotkać się naprawdę, w bardzo konkretnym punkcie czasoprzestrzeni. Improwizacja jest katalizatorem takiego spotkania, pozwala odczuć publiczności, że muzyka powstaje właśnie tu i teraz. Czasami na koncertach gramy kompletnie wyimprowizowane utwory. Mogą one trwać choćby jedynie minutę, nie jest ważne jak są długie, lecz to, że pozwalają więź budować między publicznością a zespołem.

Na Waszych płytach regularnie pojawiają się goście, angażujecie się też we współpracę z innymi muzykami. Jednak do tej pory nagraliście tylko jeden, za to rewelacyjny, album z innym artystą – „In the Reins” z Iron & Wine. Skąd wzięła się ta współpraca?
Sam Beam z Iron & Wine i ja mamy wspólnego znajomego, Howarda Greynoldsa, który jest szefem małej wytwórni Overcoat Recordings. Howard wpadł na pomysł serii epek z kolaboracjami różnych artystów. Jedną z nich była właśnie nasza płyta, inną np. płyta Tortoise z Bonnie ‘Prince’ Billy’m. To właśnie Howard zainicjował naszą współpracę i poznał nas ze sobą. Efektem była epka „In the Reins”, która wydaliśmy w jego wytwórni. Później przyszła trasa po Europie i Ameryce, w której uczestniczył też wspaniały muzyk z Meksyku, Salvador Duran, który teraz mieszka w Tucson, naszym mieście. Cała ta historia jest dla mnie ważna, nie dość, że mieliśmy dużo satysfakcji z muzyki, to jeszcze poznaliśmy się dobrze z Samem i Salvadorem.

Czy można oczekiwać w przyszłości kolejnej płyty, którą w całości nagracie z innym artystą?
Być może. Sporo już pracowaliśmy z Neko Case i Richardem Bucknerem, nagraliśmy parę utworów na ścieżkę do „I’m not There”. Byliśmy jednej z czterech zespołów, które pracowały przy tym albumie.

Właśnie o „I’m not There” i reinterpretacje utworów Boba Dylana miałem Cię zapytać. Jak doszło do tego, że nagraliście aż pięć utworów z różnymi wokalistami?
Początkowo zwrócono się do nas o nagranie „Goin’ to Acapulco”. Gdy dostaliśmy scenariusz, zobaczyłem w nim wiele utworów Dylana, które bardzo lubię. Pomyślałem, że możemy zrobić całkiem dobre aranżacje i zaproponowałem, że chętnie nagramy też „One More Cup of Coffee". Ten utwór nagraliśmy z Rogerem McGuinnem, który kiedyś grał w The Byrds, a „Goin’ to Acapulco” z Jimem Jamesem z My Morning Jacket. Reżyser i osoby nadzorujące soundtrack dostrzegły nasz entuzjazm, spodobały im się pierwsze nagrania, więc dostaliśmy propozycję kolejnego utworu, tym razem z Willie Nelsonem. Moim pomysłem było zrobienie „Just Like a Woman" z Charlotte Gainsbourg, która wystąpiła przecież w filmie. Ten utwór nagraliśmy korespondencyjnie, wysyłając jej muzykę do Paryża. Nagraliśmy też jeden numer z Iron & Wine.

Wasze aranżacje Dylana zrobiły na mnie wrażenie. „I’m not There” to doskonały album. Jakie są Twoje faworyty na nim?
Na pewno „Fourth Time Around" w wykonaniu Yo La Tengo. To jeden z moich ulubionych zespołów i jedna z ulubionych piosenek Dylana. Bardzo podobało mi się też „Stuck Inside of Mobile with the Memphis Blues Again" w wydaniu Cat Power.

W marcu wzięliście udział w innym specyficznym projekcie, jednorazowym koncercie złożonym z utworów R.E.M. w wykonaniu różnych artystów. Tam zagraliście nawet jako „house band” towarzyszący wokalistom. Skąd ten pomysł?
W pewnym sensie było to następstwem „I’m not There”. W Nowym Jorku odbył się koncert promujący tamten album, na którym zobaczył nas Micheal Dorf, organizujący imprezę z muzyką R.E.M. Widocznie spodobało mu się, jak sprawdzamy się w roli akompaniatorów, więc zaprosił nas w tej roli do swojego projektu. Byłem zawsze wielkim fanem R.E.M., dlatego udział w tym wydarzeniu był zaszczytem. Poza tym, zagraliśmy w Carnegie Hall, które jest może i najwspanialszą salą koncertową w Nowym Jorku. Bardzo dobrze wspominam ten projekt.

Czy w najbliższym czasie można spodziewać się kolejnych projektów lub nagrań Calexico? Czy macie już jakieś nowe kompozycje?
Ciągle koncertujemy i o nowej muzyce Calexico jeszcze nie myślimy. Właśnie wydaliśmy album live, zarejestrowany w ubiegłym roku w Brukseli. Można go kupić tylko na koncertach lub przez naszą stronę internetową. To zresztą kolejne wydawnictwo, które sprzedajemy tylko na trasach. Poza tym, dostajemy obecnie sporo propozycji stworzenia muzyki do filmów, czy nawet do programów telewizyjnych. Na pewno wejdziemy w niektóre z nich. Ostatnio pojawił się też pomysł wspólnej płyty z włoskim artystą Vinicio Caposselą. Nagraliśmy już razem parę utworów w naszym studio w Tucson, niebawem zagramy też dwa koncerty we Włoszech. Jednak czy urodzi się z tego album i co ewentualnie na nim będzie, nie mam w tym momencie pojęcia.

Brzmi intrygująco. Dzięki za rozmowę i do zobaczenia na koncercie w Szczecinie.

[Piotr Lewandowski]