polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
IRON & WINE wywiad z Samem Beam

IRON & WINE
wywiad z Samem Beam

Ukrywający się pod nazwą Iron and Wine Sam Beam zasługuje na miano jednego z najciekawszych songwriter'ów ostatnich lat. Jego nowy album "The Shepherd's Dog", wydany jak zwykle przez Sub Pop, potwierdza nieprzeciętne umiejętności kompozytorskie Sama, lecz ukazuje go też jako niezwykle umiejętnego lidera zespołu. Iron and Wine przeszedł frapującą ewolucję od akustycznej skromności do żywiołowej zespołowej aranżacji, nieodmiennie prezentując muzykę intrygującą i urzekającą. Zapraszamy do lektury wywiadu, przeprowadzonego przed koncertem Iron and Wine w Hamburgu.

Choć tworzysz jako Iron and Wine już parę lat i masz na koncie kilka płyt, tegoroczna trasa jest dopiero Twoją drugą wizytą w Europie, po trasie z Calexico w roku 2005. Czy po tej wizycie Twoje wrażenia będą na tyle dobre, że będziesz wracał regularnie?

Hmm, sądzę że tak. Trasa daje mi wiele radości. Staram się być jak najbardziej otwarty na wrażenia i nie mieć konkretnych oczekiwań wobec poszczególnych krajów i koncertów. Tym bardziej, że trasa z Calexico była do obecnej kompletnie nieporównywalna. Calexico są bardzo popularni, więc graliśmy wtedy w dużych salach, dla wielu ludzi. Tym razem gramy z reguły dla kilkuset osób i jest niesamowicie.

Przez długi czas grałeś solo, lecz obecnie Twój koncertowy kolektyw jest niemal tak liczny jak Calexico. Kogo zaprosiłeś do współpracy?

Zespół liczy obecnie osiem osób. Oprócz mnie, mojej siostry Sarah i Patrick'a McKinney, którzy grają ze mną właściwie od zawsze, teraz w grupie są też Paul Niehaus z Calexico na gitarze pedal steel, Chad Taylor z Chicago Underground i The Sea & The Cake na perkusji, Matt Lux z Isotope 217 na basie, Leroy Bach, którego możesz znać z Wilco, gra na klawiszach i gitarze, a Benny Massarella z Califone na instrumentach perkusyjnych.

Czyli oprócz Twojego "starego" składu to właściwie sami muzycy z Chicago...

Faktycznie, co prawda nie pochodzę stamtąd, ale swego czasu nagrywałem w studio zlokalizowanym właśnie w Chicago, tam też nadal powstają miksy moich płyt. Przez ostatnie lata poznałem więc wielu tamtejszych muzyków. Podoba mi się to, co wielu z nich tworzy i cieszę się, że teraz uczestniczą oni w mojej muzyce.

Ale zwraca uwagę, że kilku muzyków Twojego zespołu koncertowego w swych macierzystych formacjach gra muzykę stylistycznie wyraźnie odmienną od Twojej.

To prawda, przy czym nie było celem samym w sobie zgromadzenie zespołu muzyków, których doświadczenie muzyczne różni się od mojego. Mój ostatni album jednak wypełniony jest dźwiękami wywodzącymi się z przeróżnych miejsc i gatunków, wymieszanych ze sobą wątków. Zespół, w którym jedni muzycy nastawieni są bardziej na jazz, inni na rock, blues, folk czy country, wydaje mi się właściwym środowiskiem dla tej muzyki.

"The Shepherd's Dog" - jedna z moich ulubionych płyt ubiegłego roku - jest naturalną kontynuacją ewolucji Twojej muzyki od akustycznych początków, przez elektryczną epkę "Woman King", minialbum z Calexico aż po najnowszą płytę. Na której paleta brzmień i swoboda aranżacji są zdumiewające. Gdzie sam upatrujesz najważniejszych czynników, które doprowadziły Cię do tak barwnego i pulsującego brzmienia?

Ciężko byłoby wskazać jeden dominujący. Myślę, że na kształcie nowego albumu zaważyło kilka spraw. Po pierwsze, utwory na nim płycie są treściowo nieco inne niż w przeszłości - większość z tych, które zdecydowałem się umieścić na płycie to nie piosenki miłosne, lecz utwory trochę surrealistyczne, na swój sposób agresywniejsze w treści niż w przeszłości. Uznałem, że potrzebują one luźniejszych aranżacji i dziwniejszych dźwięków. Poza tym, z biegiem czasu co nieco się nauczyłem - już moja pierwsza płyta brzmiałaby troszkę w ten sposób, gdybym tylko potrafił wówczas tak grać. Ale uczymy się przecież przez praktykę. Poza tym, każda płyta jest kolejnym wyzwaniem i oczywiście zależy mi, by różniły się one od siebie. Bez wątpienia wiele dała mi współpraca z Calexico, ułatwiła późniejsze odnajdywanie wspólnego języka z innymi muzykami.

Mam wrażenie, że zależy Ci na wyeksponowaniu, jak rozwija się Twoja muzyka na koncertach. Na Twoim profilu myspace można znaleźć wiele utworów live, a na stronie www.playedlastnight.com wręcz kupić szereg dobrze zarejestrowanych koncertów. Czy te doświadczenia koncertowe wyznaczają kierunek, w którym podążać będzie Twoja muzyka?

Znajduję się w dość szczęśliwej sytuacji - gram obecnie z 8-osobowym zespołem, ale czasem w mniejszym składzie, a często występuję również solo grając akustycznie. Poza tym, choć obecna trasa jest naprawdę rozwijająca, nie jesteśmy przecież zespołem w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Taki układ pozwala na zróżnicowanie perspektywy, a ja nudzę się graniem piosenek ciągle tak samo. [śmiech]

O ile Twoje pierwsze, akustyczne płyty, a nawet epka z Calexico, miały namacalny klimat południowych Stanów, to nowy album jest bardziej barwny, pokazuje Twoje inspiracje muzyką afrykańską i reggae.

Szczerze mówiąc, takie rytmy w swojej muzyce czuję od samego początku - są one widoczne w rytmicznym stylu gry na gitarze, choć faktycznie były zawsze ukryte pod "południową" aurą. Dla przykładu, na "Our Endless Numbered Days" znajduje się utwór Cinder and Smoke, który jest właściwie piosenką reggae'ową, jedynie pozbawioną brzmienia charakterystycznego dla tego gatunku. "The Shepherd's Dog" mogłem więc, dzięki bardziej rozbudowanemu instrumentarium, wydobyć na powierzchnię i rozwinąć pomysły, które nieodłącznie były mi bliskie.

Jednak nie pozbawiło to Twojej muzyki akustycznego, intymnego wymiaru. Czasem występujesz solo akustycznie i grasz nawet te najbardziej energetyczne kompozycje. Czy to kwestia umiejętnego "odchudzenia" utworów czy sięgnięcia po ich pierwotne szkice?

Podstawowy proces tworzenia jest niezmiennie taki sam - punkt wyjścia stanowi mój głos i akustyczna gitara. Nowością był natomiast zakres późniejszej ewolucji pomysłów. Na "The Shepherd's Dog" znajduje się utwór, który brzmi praktycznie jak afrykański highlife, mowa o House by the Sea.

To jeden z moich ulubionych utworów tej płyty i chyba najlepiej ucieleśniający jej nowatorstwo brzmieniowe i aranżacyjne.

Dziękuję. Pierwotnie miałem pomysł na linię gitary i melodię tego utworu, ale poza tym wszystko - sposób aranżacji, produkcji - zostało stworzone i rozwinięte dopiero w studio.

Czy Twoim zdaniem osoba producenta może zaważyć na ostatecznym kształcie płyty?

Producentem moich ostatnich kilku płyt jest Brian Deck i z czasem, choć raczej niedawno, okazało się, że naprawdę staliśmy się współpracownikami. Na początku Brian po prostu pomagał mi nagrywać płyty tak, jak je sobie wyobrażałem, ale stopniowo zaczął proponować, jak pewne rzeczy mogłyby zabrzmieć i często były to świetne pomysły. Mogę powiedzieć, że Brian obecnie nie tyle produkuje moje płyty, co tworzymy je wspólnie. Jesteśmy przyjaciółmi, pracujemy w moim domowym studio. Dzięki temu nie mam wrażenia, że kupuję od kogoś usługę, raczej że współpracuję z kimś, kto ma bliską mi wizję muzyki i podobny pogląd na cały ten pop wokół.

Charakterystyczną cechą Twojej muzyki jest linearna struktura narracji - nie trzymasz się zwrotkowo-refrenowej konwencji, lecz ciągniesz historie i zestawiasz kolejne obrazy. W sumie unikanie refrenów to bardzo "niepopowe" podejście.

Szczerze mówiąc, uwielbiam refreny - gdy masz dobry refren, to właściwie możesz śpiewać go w kółko i nic więcej do sukcesu nie potrzeba. [śmiech] Tak naprawdę dopiero, gdy zaczęto mi na to zwracać uwagę, zacząłem zauważać, że sam refrenów raczej nie stosuję. Niejako intuicyjnie, rolę refrenu i powtórzenia spajającego piosenkę, pełnią dla mnie melodie, stanowiące punkty, do których powracam w utworze, nawet jeśli nie jest im przypisany powtarzany tekst. Wydaje mi się, że w tym jestem bliski właśnie muzyce afrykańskiej i tradycji folkowej, czy też bluesowej.

Ograniczeniu refrenów towarzyszy przy tym bardzo plastyczna, sugestywna narracja. Twoje teksty to często impresje, obrazy. Czy możesz wskazać inspiracje do takiego stylu?

Sądzę, że są nimi głównie literatura i poezja, np. Allen Ginsberg i inni twórcy lat 60tych, a także fotografia. Pisząc teksty przede wszystkim zależy mi na przedstawieniu, zasugerowaniu odbiorcy pewnych spraw, a nie na tłumaczeniu, przekonywaniu słuchaczy do mojego punktu widzenia. Stąd ten "wizualny" styl pisania. Staram się ukazywać konotacje, rysujące się w miarę rozwoju utworu. W sztuce najwyżej cenię wiersze czy utwory, które można ciągle odkrywać na nowo, odnajdywać w nich znaczenia, których nie dostrzegało się miesiąc czy rok wcześniej. Ważne, aby emocje odbiorcy nie wyczerpywały się w pierwszym kontakcie, po którym obcowanie z utworem jest już jałowe. Staram się pisać podobnie.

Chyba za wcześnie na pytanie o kolejny album Iron and Wine, ale może mógłbyś zdradzić, z kim, mając za sobą współpracę z Calexico i tak inspirujący zespół przy sobie, chciałbyś połączyć siły w przyszłości?

Cóż, takie plany można snuć i snuć, ale jeden projekt już się zarysował. Zaczęliśmy pracę nad wspólną płytą z Tim'em Rutili, wokalistą Califone, być może wspomoże nas również James Mercer, wokalista The Shins. Album w zamyśle ma być dość nietypowy, tzn. składać będą się na niego prawdopodobnie trzy długie, niemal 20-minutowe utwory. Zaczęliśmy już nad nimi pracować.

Brzmi intrygująco i mam nadzieję, że już niedługo będziemy mogli Was posłuchać. Dzięki za rozmowę i zapraszam do Polski przy okazji kolejnej trasy po Europie.

[Piotr Lewandowski]

artykuły o Iron & Wine w popupmusic