polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Liars Pod własną nazwą

Liars
Pod własną nazwą

Jak mógłby wyglądać współczesny sabat czarownic? Albo któryś ze świętych obrzędów, charakterystyczny dla plemion rozrzuconych po różnych częściach świata? Ten moment, w którym szaman zaczyna w swoim obłędnym tańcu wymawiać kolejne zaklęcia, w którym wszyscy wpadają w trans i tańczą przy niesamowicie dziwnych, psychodelicznych dźwiękach, czasem zupełnie zatracając kontrolę. Wydaje mi się, że we współczesnej wersji taka ceremonia mogłaby mieć oprawę muzyczną w wykonaniu zespołu Liars - ich muzyka często bywa wręcz szaleńcza, szybka, a nawet opętana; muzycy śpiewają, głośno krzyczą, a innym razem szepczą, tworząc klimat nierzadko paranoiczny. Oczywiście wszystko ma dwie strony - dla jednych uczestniczenie w takowym obrzędzie jest niezwykle ważne i ma istotne znaczenie, a inni przyglądając się temu co wyprawiają jego uczestnicy, z niedowierzaniem zastanawiają się czy choćby w najmniejszym stopniu jest to w ogóle normalne. Ale wszystko po kolei.

The garden was crowded and outside

Nie od początku muzyka tria z Nowego Jorku była właśnie taka. Zespół rozpoczynając działalność był właściwie kwartetem, w skład którego oprócz aktualnych muzyków - Angusa Andrewa i Aarona Hemphilla - wchodzili Pat Noecker grający na basie i Ron Albertson na perkusji. I właśnie w tym składzie w listopadzie 2001 roku, grupa wydała swój pierwszy album "They Threw Us All in a Trench and Stuck a Monument on Top". Oprócz faktu, że to ich debiut, płyta w dość znaczący sposób różniła się od kolejnych wydawnictw formacji. Zdecydowanie przeważają na niej elementy dance punku, wzmocnione rockową ekspresją. Album zachwycił większość miłośników tego gatunku, a przez część krytyków została okrzyknięta prowodyrem tego sposobu grania - po Liars wiele zespołów zarówno z Nowego Jorku, a potem i Wielkiej Brytanii zaczęło grać na modłę dance punka. Jednak członkowie sami muzycy zdecydowanie nie przepadają za klasyfikowaniem ich muzyki do jakiejkolwiek szufladki. Jednak "They Threw Us All in a Trench and Stuck a Monument on Top" to z pewnością najbardziej jednolity pod względem gatunkowym album formacji. Całość trwa nieco ponad 20 minut, po których następuje utwór wieńczący płytę i przedłużający ją o ponad pół godziny. W tym zbiorze piosenek wyraźnie słychać, że to dopiero początki grania - słuchacz nie uświadczy na nim eksperymentalnego i poszukującego podejścia do muzyki, w kierunku którego Liars będą podążać na kolejnych krążkach. Uwagę zwraca "Loose Nuts on the Veladrome" który trochę sygnalizuje późniejszą psychodelię grupy i wspomniany, wieńczący płytę "This Dust Makes That Mud", ponad 5-minutowy, przechodzący w długie hipnotyzujące i transowe zakończenie, które w pewien sposób stanowi zapowiedź, jak potoczą się dalsze, muzyczne fascynacje członków zespołu.

Brocken witches

W tym czteroosobowym składzie grupa rok później wydała epkę "Fins To Make Us More Fish-Like". Następnie, z powodu "różnic artystycznych", drogi członków zespołu rozeszły się i z pierwotnego składu pozostali obecni do dziś Angus Andrew i Aaron Hemphill, do których dołączył perkusista Julian Gross, wcześniejszy przyjaciel Andrew'a ze studiów. W tym składzie formacja wydała epkę wspólnie z brooklińskim zespołem Oneida. To właśnie na niej można było doszukać się nadchodzącej fascynacji muzycznymi eksperymentami. Muzycy nie korzystają tu już tylko i wyłącznie z tradycyjnych instrumentów - używają perkusji powtarzając uderzenia na rozmaite sposoby, wykorzystując skandujące wokale, tworząc swego rodzaju muzyczny kolaż odrobinę pokręconych dźwięków.

Już po tym wydawnictwie można było spodziewać się że Liars będą podążali w bardziej nieokreślonym gatunkowo kierunku, nie stroniąc od dźwiękowych improwizacji. A dla tych, którzy oczekiwali albumu podobnego do debiutu druga płyta, "They Were Wrong, So We Drowned" okazała się sporym zaskoczeniem.

Już od pierwszych, trochę osadzonych w industrialnej estetyce, dźwięków wyłania się album mocno odmienny od swojego poprzednika. W otwierającym płytę "Broken Witch" wokalista szaleńczo wykrzykuje wersy, co wprowadza słuchacza w zdecydowanie najbardziej psychodeliczny okres działalności zespołu - dużą zasługę miał tu Gross, który używał perkusji w zupełnie różny od swojego poprzednika sposób, nierzadko tworząc zmienne tempo, w rozmaity sposób wykorzystując ten instrument tak, aby osiągnąć jak największe spektrum dźwięków. Nie są to już utwory łączące dance z punkiem, ale o wiele dalej posunięte dźwiękowe eksperymenty. Czerpanie garściami z muzyki elektronicznej również w tym przypadku było pionierstwem wśród nowojorskich formacji - tak jak poprzednio Liars zapoczątkowali modę na dance punk, tak teraz innowacją było odejście od stylistyki stricte rockowej na rzecz skierowania się ku elektronice. W przeciwieństwie do debiutu "They were wrong, so we drowned" w założeniu został stworzony jako album koncepcyjny - sam tytuł odnosił się do dawnego zwyczaju rozpoznawania czarownic. Temat również łączy się ze świętem Walpurgisnacht 30 kwietnia (niem. noc czarownic), które w niemieckich legendach oznaczało dzień, podczas którego wiedźmy zbierały się na wzgórzu Brocken, najwyższym szczycie pasma górskiego Harz nad Niziną Północnoniemiecką aby witać wiosnę.

Jak tłumaczyli muzycy, ta swego rodzaju koncepcja miała nadać płycie bardziej spójną i dopracowaną formę; album był nagrywany też w krótszym czasie niż poprzedni. Jak wspomniałem, płytę zdecydowanie przesyca elektronika i swego rodzaju hipnotyzująca melodia pełna transowych fragmentów (m.in. zloopowany "Steam Rose From The Lifeless Cloak"). Na drugim wydawnictwie Liars stworzyli specyficzny klimat - połączenie muzyki z tematyką wiedźm stworzyło paranoiczny nastrój, gdzie formy piosenkowe zdecydowanie ustępują gęstym ścianom dźwiękowym, którym najbliżej jest do noise rocka. Z pewnością niemałe znaczenie miał fakt, że w produkcji płyty brał udział David Sitek z TV on The Radio. Album nie zachwycił jednak krytyków, a znacznej części miłośników formacji zachwyconych debiutem mogło nie przypadł do gustu. Muzyka jest na nim bardziej posępna, nie tak popowa jak jej poprzedniczka, kierując Liars w stronę muzyki eksperymentalnej, nie stroniącej od muzycznych poszukiwań. Notabene, podczas trasy promującej to wydawnictwo muzycy po raz pierwszy zawitali do Polski.

They will discover you, drawing in the living room

Aby nagrać trzeci album "Drum's not dead" muzycy przenieśli się do Berlina - to właśnie tam powstawała jego przeważająca część. Na wydawnictwie - jak wskazuje tytuł - prym wiodą bębny, które pojawiają się prawie w każdym utworze. Grossa na dodatkowych perkusjonaliach wspomaga Hemphill, a sposób gry wysuwającej bębny na prowadzenie, mimo, że miał już swoje początki na "They Were Wrong So We Drowned", przez niektórych był porównywany do zelektryfikowanego zespołu bębnów Chrisa Cutlera, który stworzył zestaw urządzeń perkusyjnych, składających się z wielu rodzajów bębnów i dodatkowych przetworników. I rzeczywiście - o ile poprzednia płyta była przesycona elektroniką, o tyle na "Drum's not dead" konsekwentnie słychać żywe dudnienie. Liars postanowili stworzyć po raz kolejny koncept, który teraz był jeszcze bardziej płynny. Oprócz perkusji charakterystyczny jest dualizm utworów - tematy muzyczne opierają się na dwóch postaciach - Drum i Mt. Heart Attack, co jest już zauważalne po samych tytułach. Angus Andrew porównał to trochę do stylu pracy zespołu - gdy on tworzył akustyczną, balladową wręcz muzykę, Aaron Hemphill nagrywał hałaśliwe noise'owe utwory. Te dwa typy reprezentowane były właśnie przez wspomniane persony - Drum miał symbolizować bardziej instynktowną stronę tworzenia albumu, a Mt. Heart Attack jej poszukującą i eksperymentalną część. Na otwierającym "Be Quiet Mt. Heart Attack!" początkowo słyszymy zloopowane gitary, które przy pomocy bębnów przechodzą w szał "Let's Not Wrestle Mt. Heart Attack". I tak właściwie dzieje się podczas całego krążka. Mimo, że jest on zdecydowanie spokojniejszy od poprzednika, to pojawiają się utwory, w których rytmiczna i transowa perkusja hałasuje nadając swego rodzaju paranoidalny stan. Dodatkami są elektroniczne efekty i obficie używane loopy (zapewne niemałe znaczenie miało też miejsce, gdzie płyta powstawała - stara rozgłośnia radiowa we Berlinie Wschodnim). Warto zaznaczyć, że system bębnów i elektroakustyki używanej w studiu muzycy przenieśli także na scenę, wykorzystując ich wzmocnioną partię i szereg przeróżnych przesterów w trakcie koncertów o czym mogła się przekonać także polska publiczność - Liars pojawili się tym razem nad Wisłą aż dwukrotnie - w zeszłym roku wystąpili w Warszawie i Poznaniu.

Sailing to Byzantium

Tymczasem mamy rok Anno Domini 2007 i nowojorskie trio wydaje swoje czwarte już wydawnictwo używając w tytule tylko swojej nazwy. Płyta tria uderza niezwykle mocno, wręcz hardrockowo pokazując, że tym razem nie będzie tak spokojnie jak na poprzednim albumie. Po przerwie od szaleńczej muzyki grupa wraca z hałaśliwym i ostrym graniem i od samego początku szybkie tempo i punkowy riff wprowadzają słuchacza w wariacki świat zespołu. Jednak nie jest to zwykłe ciężkie czy hardrockowe granie, ale pełne wielobarwnych dźwięków wydawnictwo - wydaje mi się że Liars są zespołem na tyle pomysłowym, że w tej kategorii należy im się miejsce w pierwszej lidze. Muzycy potrafią zagrać niezwykle mocno, ale robią to w sposób dopracowany i niebanalny, z drugiej strony trudno na dłuższą metę z tak hałaśliwą muzyką wytrzymać. Równie trudno dokładnie ją zaklasyfikować, bo - mimo, że przeważa noise czy hard rock - wśród kolejnych utworów możemy znaleźć zarówno odrobinę funkowy "Houseclouds" z hiphopowym beatem, miarowy "Sailing to Byzantium", wieńczący płytę "Protection", czy połączenie art i noise'u we "Freak Out".

Niechęć - i to dość celowa - do jakiegokolwiek zaszufladkowania tej muzyki pojawia się wszędzie - wystarczy zobaczyć profil zespołu na myspace.com, gdzie w polu na styl muzyczny widnieje trzy razy napis "inne" - i nie jest to bezzasadne. Mimo, że Liars mają punkowe korzenie, to zdecydowanie nie ograniczają się tylko do tego gatunku, starają się wręcz zrobić w głowie słuchacza taki zamęt, po którym trudno mu będzie dojść do siebie. To płyta zagadkowa, bardzo niespokojna i tak naprawdę nie sposób domyślić się, dokąd muzyka tria z Nowego Jorku nas zaprowadzi. "Liars" jest też chyba właściwie zatytułowany, jako że to bodajże najlepszy przekrój ich twórczości - nie ma tutaj tyle elektroniki co na "They Were Wrong So We Drowned" i brakuje jej spokoju "Drum's Not Dead"; zdaje się doskonale zawierać cały szał zespołu i ich sceniczną nieokiełznaność. To płyta niełatwa w odbiorze, ale Liars są specjalistami od muzyki niespokojnej, pełna wątpliwości i bałaganu, który po jej wysłuchaniu ma zostać w głowach słuchaczy. Zarazem, wydaje się być to doskonałe zwieńczenie dotychczasowej ewolucji zespołu.

[Jakub Knera]

artykuły o Liars w popupmusic