polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Strapping Young Lad Alien

Strapping Young Lad
Alien

Minęły dwa lata i Strapping Young Lad powracają z nowym albumem. Jeszcze w tym roku wszyscy niecierpliwi fani dostali koncertowe dvd, a kilka miesięcy później do ich rąk trafił studyjny krążek zatytułowany "Alien". Jak to w przypadku różnego rodzaju supergrup bywa (a za taką SYL uważam), nie wszyscy członkowie zespołu mogli poświęcić tyle samo czasu przy tworzeniu materiału na płytę, dlatego też teraz, najwięcej napracował się Gene Hoglan z Devinem Townsendem. I robotę wykonali całkiem nieźle. Kompozycje są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, a czasami brzmią jak miniaturowe symfonie podpięte do heavy-metalowych wzmacniaczy.

"Alien" jest albumem mocno zróżnicowanym (oczywiście w ramach konwencji, w jakiej porusza się SYL), dlatego pisząc o nim, należałoby właściwie omówić każdy utwór z osobna, chociaż jedne kompozycje zasługują na to bardziej, inne mniej. Najlepiej jednak zacząć od początku. Na pierwszy ogień dostajemy coś w rodzaju intro w postaci utworu "Imperial". Mamy tu namiastkę tego, co w dalszej części płyty wykorzystywane jest ze zmienną intensywnością i na różne sposoby: atomową perkusję Hoglana, zagęszczające brzmienie chórki (męskie, żeńskie i dziecięce), charakterystyczne klawisze (Dave Young), oraz sample i wokale na jakie stać tylko Devina. Te elementy nadają indywidualnego charakteru poszczególnym kompozycjom. I tak "Skeksis" (nr 2) i "Shitstorm" (nr 3) bazują na ogromnym tempie forsowanym przez perkusję, które na pierwszy rzut ucha wprawia w osłupienie. Czy to na pewno Strapping? Istny czołg, pędzący przez pola i lasy. Idę o zakład, że tak zaczynają się koncerty na trwającej właśnie trasie. Gitary wyją jak piły tarczowe, a natężenie hałasu jest momentami tak wysokie, że ciężko wyłowić chociażby mgliste zarysy kompozycji. Problem znika przy utworze "Love?", wybranym do promocji płyty. Chociaż nie pozbawiony mocy (riff i... ciągle ta zadziwiająca perkusja), to jednak łatwiejszy do przełknięcia, a nawet "hiciorski" (trudno uniknąć tego określenia, gdy pisze się o tym zespole). Melodia napędzana klawiszami i refreny śpiewane "przeczysto" przez Devina, jak ulał pasują do piosenki o miłości. Nasuwa się nawet lekkie skojarzenie z System of a Down, tyle że na podwójnej prędkości. W utworze "Two weeks", trzej gitarzyści udowadniają, że gdyby tylko ze składu odszedł Hoglan, to mogliby grać piękne, romantyczne ballady a'la boysband. Zwłaszcza Townsend wyśpiewujący słodko "Ooh, baby blue" by się nadawał. Z zadumy szybko jednak wyrywają nas kawałki takie jak "Shine czy "We ride". Jako pojedyncze kompozycje może i nie powalają na kolana, ale na przykład w drugim wystarczą dwie solówki (Devina i Jeda Simona), żeby przykuć uwagę na dłużej. "Possessions" natomiast, to utwór wyróżniający się naprawdę dobrym tekstem (co jest pewną nowością w przypadku SYL), oraz żeńskim chórkiem. Dziewuchy o dosyć wysokiej barwie głosu przekrzykują się z Devinem, jakby ktoś je ze skóry obdzierał, a efekt jest niesamowity. Kolejna perełka z wielu.

Pozostałe utwory czyli "Zen" i "Thalamus" nie wyróżniają się niczym specjalnym i właściwie brzmią jak odrzuty z jakiejś wcześniejszej sesji. Brakuje im charakterystycznego elementu, który zapadałby w pamięć słuchaczowi i stanowił punkt odniesienia. A to jest największa siła reszty kompozycji - zdolność do oczarowania za pomocą jednego, przemyślanego triku. Zważywszy jednak, że nieudane kawałki stanowią jedynie 20% albumu, to nie mogą znacząco wpłynąć na wrażenie po przesłuchaniu całej płyty. A jest ono z pewnością pozytywne. "Alien" został nagrany w stylu Strapping Young Lad, ale nie powiela żadnego z wcześniejszych albumów. Sporo na nim smaczków, które na pewno docenią wszyscy fani Devina i nie zdziwię się, jeśli zainteresują też nowych słuchaczy. Może to jest właśnie moment, w którym kanadyjska kapela stanie się lepiej rozpoznawana wśród fanów metalu?

[Bartek Łabuda]