polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Strapping Young Lad For those about to rock (Live at the Commodore)

Strapping Young Lad
For those about to rock (Live at the Commodore)

Strapping Young Lad - najlepsza kanadyjska kapela - na żywo w rodzinnym mieście Vancouver. Nie jest to pierwsze wydawnictwo "live" tego zespołu bowiem wcześniej Devin Townsend i spółka wydali płytę cd nagraną w Australii i zatytułowaną "No sleep till bedtime". O ile jednak tam zmieściło się zaledwie 7 kawałków, to na najnowszym dvd "For those about to rock" udało się upchać aż 14 utworów. W secie znalazły się 2 nagrania z "Heavy as a Really Heavy Thing", 4 z "City", 7 z "SYL" i 1 z "No sleep..." i trzeba przyznać, że są to same największe "hiciory". Nie ma bowiem co ukrywać, że jakkolwiek mocny by "Strapping Young Lad" nie był to i tak melodyjne fragmenty łatwo wpadają w ucho. No choćby takie "All hail the new flesh". I zanucić można i poskakać. Jeśli chodzi o skakanie i inną gimnastykę to na dvd jest tego sporo. Ze sceny emanuje wręcz energia. W zbiorowym trząchaniu głową biorą udział wszyscy oprócz perkusisty Gene'a Hoglana. Nawet "zakontraktowany" specjalnie na koncert klawiszowiec Munesh Sami wije się jak w ukropie (chociaż całość zmontowano tak, że widać go tylko w paru utworach - polecam Relentless). Townsend stroi miny na lewo i prawo i biega po całej scenie. Zachowuje się jak prawdziwy showman. Publika szaleje i tylko niewielka fosa i tuzin ochroniarzy powstrzymuje ją przed wdarciem się na scenę. Koncert ma sporo z punkowej stylistyki - Devin co chwila raczy widownię "fuckami" a ta odpowiada tym samym. Takie kokietowanie się nawzajem. Po obejrzeniu koncertu, który z niewielkimi przerwami trwa godzinę i 10 minut, chciałem ubierać buty i lecieć na najbliższy z możliwych występów Strappinga. Chciałem zobaczyć jak Byron Stroud i Jed Simon śpiewają zabójcze chórki w stylu "fuckin' hate you, I fuckin' hate" w utworze Strapping Young Lad. Jak Devin się myli w Detoxie (jeden z ostatnich kawałków) i kwituje to ze śmiechem "holy shit! I think i'm pregnant!". Usłyszeć jak wyciągnięty z publiki, niejaki Drew fałszuje refren do Far Beyond Metal. Ehhh... gdyby tylko byli w trasie. Pod względem muzycznym "For those about to rock" jest pozycją obowiązkową dla każdego fana i każdej fanki (w Vancouver były chyba 4) Strapping Young Lad.

Jeśli zaś chodzi o inne atrakcje, które zazwyczaj związane są z formatem dvd, to jest już znacznie gorzej. Po pierwsze do wyboru mamy tylko dźwięk w formacie stereo. Co prawda (jeszcze) nie posiadam kina domowego, ale do tej pory myślałem, że opcjonalne Surround 5.1 to standard. Brakuje też możliwości zmiany kąta ustawienia kamery, żeby na przykład popodglądać, chociażby w jednym utworze, jak Gene Hoglan obchodzi się z perkusją. Innych "bonusów" do oglądania też jest niewiele. Teledyski do Relentless i Detox a oprócz tego wywiad z członkami zespołu (wyrwanymi prosto ze studia) i ekipą dźwiękowców, kierowców i techników. Na okładce jest jeszcze wzmianka o "nagich czirliderkach" ale niestety nigdzie ich nie znalazłem (a szukałem długo). Strasznie mało. Inny zarzut jaki postawię temu wydawnictwu, to strasznie denerwujący montaż utrzymany w stylistyce teledysku z mtv. Na przykład momentami na ekranie pojawiają się obok siebie obrazy z dwóch kamer. Trwa to kilka sekund, ale wystarczy, żeby wytrącić widza ze stanu spokojnego, leniwego odbioru. Rozumiem, że jeśli koncert był nagrywany z 12 kamer, to starano się później upchać jak najwięcej materiału, ale wybrano chyba nie najlepszy sposób.

Jeśli jednak miałbym porównać wady i zalety "For Those about to rock" to te drugie z pewnością przeważają. Dostajemy przecież zapis audio i video pełnego koncertu jednej z ciekawszych, współczesnych, ciężkich kapel, dzięki czemu możemy się przekonać, że na żywo jest ona jeszcze lepsza niż w studio. A że nie ma fajerwerków? No cóż. To tylko rock and roll.

[Bartek Łabuda]