polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
VAVAMUFFIN Vabang!

VAVAMUFFIN
Vabang!

Polska scena reggae liczy sobie już ponad dwie dekady, można więc przypuszczać, iż zdążyła już dojrzeć i wśród pojawiających się na niej zespołów znajdować się będą grupy oryginalne i wykraczające poza reggae'owy kanon, przyciągające słuchaczy z innych rejonów. Miałem nadzieję, że tak będzie w wypadku warszawskiej grupy Vavamuffin, której debiutancki album "Vabang!" zapowiadano jako największe odkrycie polskiej sceny reggae'owej ostatnich lat. Skoro jej ostatnim potentatem został w ubiegłym sezonie prymitywny Sidney Polak, to widocznie na bezrybiu i rak ryba. Vavamuffin stara się umiejscowić gdzieś między ragga'owym feelingiem i klasyką polskiego reggae, uosabianą chociażby przez Bakshish, podsycając temperaturę całości elementami nowoczesnej produkcji i technologii, co momentalnie wywołuje skojarzenia ze sceną niemiecką: Gentlemanem i Seeed. Dlatego fani gatunku powinni być zadowoleni, ponieważ Vavamuffin ma w swojej muzyce wszystko poukładane jak trzeba: pulsujące gitary i klawisze, prowadzące całość linie basu, melodyjne wstawki dęciaków, delikatne duby podrasowane elektronicznym bitem, na które sporadycznie nakładają się wejścia DJ Feel-X'a. Bez wątpienia pewnym nowum na naszej scenie są wokaliści, których jest trzech i starają się oni połączyć w swoich nawijkach soundsystemowe i regga'owe doświadczenia z poetyką warszawskiej ulicy, co przejawia się nieco kuriozalnym oscylowaniem między estetyką hip-hipową a Grzesiukiem. Acha, no i jeszcze dochodzą kobiece wokale nadające utworom potrzebnej im gdzieniegdzie lekkości.

Skoro wszystko jest jak trzeba, to czemu ten album mi się nie podoba? Właśnie ze względu na uporczywe tkwienie w ramach reggae'owego schematu. Jedyne niespodzianki muzyczne wynikają z zagrywek didżeja, niestety muzycznie nie ma w Vavamuffin nic poza typowym reggae z jego konsekwentnym bujaniem, co dla osób sporadycznie tylko flirtujących z taką muzyką, prędko okazuje się jednostajne. Zastrzeżenie budzą też teksty. Połowa z nich to pustosłowie na temat tego, jak to Vavamuffin poświęca się reggae i jak to ta muzyka przepełnia stolicę, druga to pojawiające się już tysiące razy narzekania na polityków, Babilon i afirmacje marihuany, które niestety nie robią zbyt inteligentnego wrażenia. Natomiast na pewno docenić należy odwagę w sięgnięciu po tyrmandowo-grzesiukową estetykę.

Krótko mówiąc, Vavamuffin z pewnością ucieszy fanów gatunku, bez wątpienia dystansując ostatnie propozycje w stylu wspomnianego Polaka albo okrutnie nudny Habakuk. Jednak za mało w tej muzyce niespodzianek i odwagi, dlatego zespół nie ma chyba szans, by dotrzeć do osób spoza własnego podwórka stylistycznego, jak udało się Paprika Korps albo Indios Bravos.

[Piotr Lewandowski]

artykuły o Pablopavo I Praczas w popupmusic