polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
FEIST Let It Die

FEIST
Let It Die

Podobny album, z tym że o wiele, wiele smutniejszy, nagrała jakiś czas temu Beth Gibbons (Portishead). Lubię, gdy głos realizowany jest z bliskiego ujęcia, gdy słychać każdy głębszy oddech... Słuchając "Let It Die" czuje jakby Feist była obok, jakby śpiewała mi do ucha albo jakbym ja teleportował się na jej koncert, gdzieś w plenerze z dala od zabudowań i miejskiego zgiełku... Podoba mi się oszczędna aranżacja tego albumu. Jest prawie akustyczny (głos i akustyczna gitara, głos, fortepian i przeszkadzajki...)

Elektroniczne elementy dozowane są ze smakiem i wyczuciem. Momentami brzmi to wszystko trochę za grzecznie ale uroku tej płycie odmówić nie można. Feist działa na mnie kojąco i orzeźwiająco. Jest w jej melodiach dużo czystej, pozytywnej energii i radości. To jej pierwsza solowa płyta, ale nie pierwsza na której mogliśmy usłyszeć jej zmysłowy, dziewczęcy głos. Przy nagrywaniu "Let It Die" pomagał m.in. Gonzales. 3 piosenki napisali na tą płytę w duecie. Album powstawał bez pośpiechu co wyraźnie słychać. Nad jego produkcją prócz Gonzalesa czuwał Renaud Letang (Manu Chao). Pierwszy raz spotakali się na wspólnych nagraniach po zakończeniu europejskiej trasy Gonzalesa, zimą 2002/2003 w Paryżu. Na kolejnej sesji zabrali się za nagania swoich ukochanych "coverów"; na płycie znalazła się m.in. przeróbka utworu "Inside Out" Bee Geesów i zaśpiewana po francusku, świetnie wyprodukowana piosenka "Tout Doucement". Późnym latem 2004 spotkali się po raz trzeci by nagrać album do końca.

Idealna płyta na powitanie dnia.

[Tomo Żyżyk]