polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
FEIST Metals

FEIST
Metals

Po niektórych płytach trzeba zejść na ziemię. „Ys”, „Illinois”, „Dear Science” to pierwsze z brzegu przykłady z ostatnich kilku lat. Podobnie jak „The Reminder”. Płyty, po których jedynie wyraźnie przeobrażenie, salto w przód albo w tył, otwiera w ogóle szansę stworzenia muzyki, która nie tylko udźwignie nieunikniony ciężar porównań, ale wniesie coś nowego. „Nie można świetnej płyty nagrać drugi raz.” – argumentuje w wywiadzie obok Daniel Martin-McCormick i muszę się z nim zgodzić. Zwłaszcza w przypadku Feist, której pierwsze dwie płyty oparte były na tym samym pomyśle i schemacie, na nowej musiała nastąpić jakaś fundamentalna zmiana. Na „Metals” ją słychać, choć nie ma rewolucji – innowacje przyjmują formę ewolucyjną, wykonawczej, aranżacyjnej i poetyckiej dojrzałości. Feist nawet nie próbuje stworzyć kolejnego Mushaboom czy 1, 2, 3, 4, nie sięga już po kowery, które co prawda zawsze realizowała kapitalnie, ale ileż można. Energię poświęca na dopracowanie detali brzmienia, faktur, barw i dynamiki, która czyni „Metals” płytą ujmującą i wyważoną, majestatyczną i dyskretną zarazem.

Przejście od bardziej przebojowego albumu do raczej refleksyjnej płyty wypełnionej smyczkowymi i dętymi akcentami widział już świat nie raz i nie dwa, ale Gonzales, Mocky, Valgeir Sigurðsson i Colin Stetson pomagają Feist zaaranżować i zagrać te partie subtelnie, trafnie, pewnie, ale też ryzykownie (Stetson w tle A Commotion!). A gdy przyzwyczaimy się do ich obecności, w drugiej części albumu na pierwszy plan wychodzą akustyczne, gitarowe narracje. Co prawda znajdujące się tam Bittersweet Melodies i Anti-Power to chyba jedyne tu ballady, która mogłyby się od ręki wejść na poprzednie płyty Feist, ale a i tak więcej w nich nocnych zmagań z samą sobą Cat Power niż porannej refleksyjności „Let It Die” i The Reminder”. Po czym otrzymujemy uderzenie chóralnego finału Undiscovered First i piękne, delikatne Get It Wrong, Get It Right na koniec. Dopracowana dynamika służy tej płycie doskonale. Podobnie jak bardziej pewny, delikatnie folkowy śpiew Feist, w którym znajduje się też miejsce na ekstrawagancję i krążenie wokół melodii tam, gdzie warto.

Spektakularna redefinicja siebie przez PJ Harvey sprawiła, że w 2011 roku kobiece śpiewanie spowite było cieniem „Let England Shake”, ale „Metals” to obok tamtej płyty chyba najciekawsza rzecz. Feist mogła pójść w przebojowe piosenki i ścieżką przedeptaną przez rodaków z Arcade Fire zmierzać na coraz większe sceny (i tak wyprzedaje całkiem spore sale), ale zwróciła się wgłęb siebie. Nie dość, że teraz wyszło jej to na dobre, to nawet z większym zainteresowaniem niż po „The Reminder” można wyglądać tego, co zrobi w przyszłości. Płyty z remiksami chyba tym razem nie będzie.

[Piotr Lewandowski]