polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
FEIST The Reminder

FEIST
The Reminder

Twórcy Plug Awards, czyli alternatywnej odpowiedzi na nagrody Grammy, swoją skądinąd słuszną regułą nominowania jedynie artystów związanych z niezależnymi labelami, w tym roku strzelili sobie w stopę. Kategoria Female Artist of the Year bez Feist wygląda bowiem brutalnie blado, zwłaszcza, że album tej kanadyjskiej wokalistki spokojnie by łby perełką w katalogu każdej z cenionych niezależnych wytwórni od Sub Pop przez Drag City po 4AD, zaś samej autorce znacznie bliżej artystycznie i personalnie do kręgów alternatywnych niż salonów szołbiznesu. Generalnie historia Leslie F. nosi jednak znamiona amerykańskiego snu. Zaczęło się od pierwszych, zapomnianych już zespołów i występów u boku Broken Social Scene, po których przyszedł praktycznie niezauważony debiutancki album solowy, wydany przez Feist własnym sumptem jeszcze w ubiegłym wieku. Przełom nastąpił trzy lata temu za sprawą płyty "Let It Die", a tegoroczny fantastyczny "The Reminder" pociągnął za sobą szereg żywiołowych występów nie tylko w klubach, ale i w amerykańskich talkszołach (hulających obecnie na YouTube), a ostatecznie muzyka Feist wylądowała nawet w spocie iPoda. Jeśli jednak uwzględnić, że najbliższym współpracownikiem Feist jest wariat Gonzales, a gościnnie na najnowszej płycie pojawiają się m.in. Mocky, Jamie Lidell i Eirik Glambek Boe - wokalista Kings of Convenience - staje się jasne, że nie mamy do czynienia z typową dziewczyńską gwiazdką z gitarą w dłoni. Nawet jeśli otrzymała ona cztery nominacje do Grammy i siłą rzeczy żadnej do Plug.

Choć bez wsparcia kanadyjskiej bohemki muzycznej Feist pewnie by się światu nie objawiła, zaś wcześniejsze "Let It Die" w połowie składało się z kowerów, to najważniejszym wyróżnikiem i atutem tej muzyki okazuje się być jej namacalnie osobisty i niepowtarzalny wyraz, który przy całym eklektyzmie czyni ją momentalnie rozpoznawalnym. Jasne, że "The Reminder" to pozornie nic nowego, ileż przecież można wycisnąć z konwencji dziewczyny z gitarą bądź fortepianem i tekstów traktujących o rzeczach niby prostych i znanych? Otóż okazuje się, że niewiarygodnie dużo, a urok, z jakim Feist wprowadza drobne innowacje w fundamentach muzyki - zwiewności melodii, finezji aranżacji i autentyczności uczucia - sprawia, że Leslie F. nie dość że uwodzi natychmiast, to kokietuje potem jeszcze bardzo długo.

Zdumiewający kalejdoskop nastrojów i rytmów, wśród których znajdujemy i tryskające energią przeboje pokroju 1, 2, 3, 4 czy I Feel It All, przez retropopowe My Moon My Man lub pulsujące i puszczające oko do Niny Simone Sea Lion Woman, po szereg intymnych akustycznych opowieści, składa się na absolutnie spójną i urzekającą podróż, obfitującą ponadto w rozkoszne smaczki i detale. Jednak nawet w otoczeniu tak zmyślnych aranżacji i utalentowanych współpracowników, Feist swą unikatowość zawdzięcza głównie sobie samej, wokalowi i ekspresji momentalnie zapadającym w pamięć, przekonywującym tekstom i temu niewypowiedzianemu osobistemu pierwiastkowi, który tak naturalnie skapuje do słuchacza w tych dźwiękach. Choć kandydatów na motto płyty wśród tekstów "The Reminder" nie brakuje, to pierwszym jaki nasuwa mi się na myśl jest zdumiewający w swym prostym uroku i sile "I Feel It All". Panie i panowie, czyżby Female Album of the Year???

[Piotr Lewandowski]