polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
HOOD Cold House

HOOD
Cold House

"sometimes the sunset doesn't want to be photographed"

Można powiedzieć, że tytuł tej płyty mówi o niej wszystko. Brytyjczycy z Hood'a stworzyli tu iście skandynawską melancholię, a stężenie depresji osiąga niebezpieczne wartości. Być może Leeds, gdzie nagrywają muzycy, jest aż tak ponurym miejscem, jednak słuchając jej bez wahania przeniósłbym to miasto o grube kilometry na północ. Materiał na niej zawarty to jakże typowe ostatnio połączenie elektroniczno - beatowych laptopowych odgłosów rodem z Aphex Twina z bardziej standardowym instrumentarium. Co ciekawe, często wygenerowane beaty towarzyszą żywej perkusji, przeplatają się, zastępują i dublują tworząc bardzo solidną i różnorodną rytmiczną podstawę. Wspomagają ją nieskomplikowane, powtarzające się tematy ponurego basu i operująca pojedynczymi dźwiękami gitara. Za nimi, pomiędzy kanałami, wędrują przeciągłe plamy rozlewane przy pomocy wiolonczeli, trąbki czy fortepianu. Obraz jest dopełniony przez depresyjny, wystraszony śpiew Chrisa Adamsa. Nie posiada on powalających możliwości głosowych, jednak z nawiązką rekompensuje to sobie ciekawym wykorzystaniem harmonii i polifonii. Często też jego wokal jest przepuszczany przez zniekształcające efekty, a doskonałym tego przykładem jest ostatni utwór "You're worth the whole world". Hood nie stara się tworzyć skomplikowanych kompozycji, pełnych zaskakujących zwrotów akcji. Kładzie raczej nacisk na proste, wolne melodie, w których jakby niechętnie pojawia się Adams, na różne sposoby opowiadając o niemocy i przygnębieniu. Kolejne, precyzyjnie dodawane instrumenty, nie ożywiają, a jedynie zmieniają oblicze wciąż tego samego smutku. Jedynym kompozycyjnym wyjątkiem jest "The river curls around the town", w którym powtarzany gitarowy akord poddawany jest gruntownej obróbce: zatrzymuje się, przeskakuje, jest puszczany od tyłu, znów wraca. Gdzieś poza tą zabawą snuje się głos wokalisty i długie nuty trąbki.

Na całe szczęście Hood nie przekroczył cienkiej granicy prowadzącej do natarczywego smęcenia zrozumiałego tylko dla jego twórców. Udało im się uplasować gdzieś pomiędzy atmosferą Kid A Radioheada, a wysublimowanymi brzmieniami Boards of Canada. Dla mnie Cold House to depresyjne mistrzostwo, będące umiejętnym połączeniem subtelnych dźwięków i ulotnych kompozycji. W sam raz na ponury, szary zimowy dzień.

[Aleksander Kobyłka]

recenzje Bracken w popupmusic