polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Stefan Wesołowski Rite of the End

Stefan Wesołowski
Rite of the End

Zarówno na debiutanckiej, liturgicznej Komplecie, jak i wyraźnie postklasycznej Liebestod uderzająca była w muzyce Stefana Wesołowskiego swoista celebracja nastrojów. Podniosłość mieszała się z melancholią, całkiem sugestywnie oddając jego wrażliwość i wyczucie w sprawnym łączeniu klasyki z elektroniką. Na tle albumu pierwszego, jak dla mnie nazbyt hermetycznego, oraz drugiego, zbyt mocno ułożonego, Rite of the End wypada moim zdaniem najlepiej i chociaż zaskoczenia nie przynosi, nie unika rozwiązań już ogranych, to w paru elementach zwróci uwagę i nie będzie mało absorbującą muzyką tła. Ponura aura tej płyty nie znika od początku do końca nawet przez chwilę, to zresztą zdecydowanie najbardziej gorzki i mroczny album z grona wspomnianej trójki, sam tytuł nie jest tutaj przypadkowy. Zasługa to nie tylko instrumentów akustycznych, ale też - nawet przede wszystkim - mocno akcentowanych dronowo-ambientowych pejzaży, w zakończeniu ostatniej kompozycji wpadających w niemal regularny noise. Wszystko tym bardziej wydaje się mocne i sugestywne, że Wesołowski nie rozwleka swoich kompozycji w nieskończoność, sześć utworów zamykając raptem w trzydziestu kilku minutach, precyzyjnie i z pożytkiem dla dramaturgii całości wykorzystując różne środki wyrazu - od wspomnianych dronów i ambientowych fal po stricte akustyczne, bliższe nastrojowi Liebestod obrazy. Z jednej strony można się czepiać (za bardzo Richterowski "Frame II", trochę zbyt przejrzyste "Seven Maidens"), z drugiej jednak tej specyficznej atmosferze Rite of the End całkiem łatwo dać się uwieść.

[Marcin Marchwiński]