polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Stefan Wesołowski Liebestod

Stefan Wesołowski
Liebestod

Stefan Wesołowski długo kazał czekać na swój pełnowymiarowy album. Nie jest to jego pierwsze wydawnictwo wcześniej w znaczącym stopniu współtworzył Treny z Michałem Jacaszkiem, a w 2008 roku wydał płytę Kompleta, opierający się na tekście modlitwy brewiarzowej utwór napisany na da głosy, kwartet smyczkowy i elektronikę. Balansując gdzieś pomiędzy muzyką postklasyczną, a współczesnymi brzmieniami, po drodze wydał płytę z Szymonem Kaliskim, jednak to właśnie Liebestod wydaje się jego pierwszym, w pełni zamkniętym i dojrzałym wydawnictwem. Tytułowe nawiązanie do Wagnera objawia się tu jedynie w postaci dusznego i mrocznego nastroju, czasem przeplatanego nieco jaśniejszymi kompozycjami. Punktem wyjścia Wesołowskiego jest minimalizm – oszczędne zapętlone zagrania pogłębiają funeralny nastrój utworów, także dzięki sugestywnemu połączeniu instrumentów smyczkowych i dętych. Pojedyncze frazy są powtarzane wielokrotnie, czasem niczym ponure i zabójcze mantry, które zdają się nie mieć końca. Muzyk kilkakrotnie je przełamuje – „Route” podbite jest subtelnym bitem w tle, „Ostinato” wsparte nagraniami terenowymi znad bałtyckiej plaży, a „Tacet”, najcięższa z kompozycji, pod koniec przy użyciu elektroniki łamie konwencję zapętlenia i trochę wygładzony nastrój tego albumu. Liebestod cechuje prostota, repetycje z czasem zbyt mocno wyczuwalnymi, ale Wesołowski nie odnosi się do klasyków bezpośrednio. Próbuje spojrzeć na muzyczny dorobek przez pryzmat swojej wrażliwości i samodzielnie wypracowanych. I mimo, że to album w wielu miejscach aż nazbyt ułożony, jego ciężar podany za pomocą prostych i oszczędnych środków, wywołuje bardzo duże wrażenie.

[Jakub Knera]