polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Nagrobki wywiad

Nagrobki
wywiad

Jakub Knera: Wasza muzyka wiąże się z surowym, oszczędnym graniem, a to w prosty sposób kojarzy się z punk rockiem. Co was tak ciągnie do punk'a?

Maciek Salamon: Nic. Nie chcemy grać punk'a i nie do końca rozumiemy te przyporządkowanie nas do tego gatunku. Jest nam ono w ogóle niepotrzebne. Nie reprezentujemy żadnej sceny ani ruchu. W opiniach jakie słyszymy na nasz temat, określenie „punk” pojawia się jednak wiele razy. Chyba powinniśmy się z nim pogodzić i zaakceptować.

Nagrobków nie traktujecie tak punkowo jak Gówna, w którym we dwójkę graliście?

Adam Witkowski: W Gównie też mierziła nas łatka „punk”, ale tam miała jakieś uzasadnienie. Wiadomo że zarówno nazwa, tematyka i charakterystyczna perkusja miały punkowy idiom. W przypadku Nagrobków nie jestem w stanie znaleźć takiej prostej kliszy. Z mojego punktu widzenia jest tak, że gramy to, co nam wychodzi.

Ale może doprecyzuję pytanie: nie tyle chodzi mi o gatunek muzyczny ale o wasz sposób tworzenia, minimalizm środków, surowość. 

AW: No właśnie – minimalizm jest o dziwo dużo bardziej pojemnym terminem. Instrumentarium mamy niewielkie i niewielkie są nasze umiejętności wykonawcze. Wszystkie te ograniczenia chcemy jednak maksymalnie wykorzystywać. Aby one miały siłę rażenia, to trzeba pokombinować.

MS: Poza tym wszystko robimy sami - teledyski, okładki, plakaty, sami się nagrywamy i miksujemy. Tyle, że my nie wywodzimy się z subkultury punkowej! Nasze doświadczenie DIY wynieśliśmy ze sztuk pięknych. Nauczyliśmy się tego na ASP, a nie na squacie.

W Warszawie od trzech lat odbywa się festiwal The Artists, który w pewien sposób wyróżnia artystów z kręgu sztuk wizualnych, zajmujących się muzyką. 

MS: Faktycznie, on trochę oddziela twórczość artystów wizualnych grających muzykę od tych muzyków, którzy nie są artystami wizualnymi. Na świecie jest mnóstwo osób grających, które – jak pogrzebiesz w ich biografiach – kończyły akademię sztuk pięknych: Kim Gordon, John Lennon, Graham Coxon…

AW: Eric Clapton, Jimi Page, Keith Richards… Coś w tym jest. 

MS: Ciekawe czy to interesuje tylko nas jako absolwentów ASP? (śmiech).

AW:  Ale w Anglii na początku lat sześćdziesiątych to była inna sytuacja – nie akademia, ale coś w stylu collage of arts, taka przechowalnia pięknoduchów i wszyscy, którzy wiedzieli, że chcą robić coś innego, chodzili właśnie tam.

Ubiegłoroczna, trzecia edycja festiwalu The Artists był moim zdaniem bardzo ciekawa. Pojawiły się zespoły z innych krajów. Miało to oczywiście wpływ na różnorodność muzyczną i performerską. Co również pokazuje, że nie istnieje jakiś wyraźny wspólny mianownik dla tych wszystkich wykonawców. 

Napalm of Death Macia Morettiego, który gra kilka sekund finał utworu, ma zdecydowanie bliżej do performance niż koncertu.

AW: Ale performance jest zawsze. To jak mówienie prozą. Znaczenie zwrotu „to perform” w języku angielskim wcale nie odnosi się do performerów czyli artystów zajmującego się sztuką performance. Czy grasz piosenkę w hard rockowym zespole na festynie motocyklowym czy tylko jeden dźwięk jako Napalm Of Death na festiwalu The Artists. To zawsze jest występem – performance, taka nieco teatralna forma ekspresji.

Chciałem wrócić do waszej nauki grania na instrumentach, która zapoczątkowała Nagrobki. Skąd ten pomysł się pojawił?

MS: U mnie z niechęci bycia wokalistą, a potem potrzeby grania na gitarze. Ważne jest to, że konstruujemy nasze piosenki w taki sposób aby poprzeczka wykonawcza była coraz wyżej. Wkrótce mamy zamiar robić kolejne rzeczy, więc mamy nadzieję, że będą trudniejsze. Może uda nam się dojść do poziomu LXMP (śmiech).

AW: Widzę ciebie raczej w kierunku grania w stylu Steve’a Vai.

MS: Mam długie palce.

Wysoko mierzycie! Wróćmy jednak do początku Nagrobków – najpierw przez tydzień graliście jako Tatrzańska 88 w ramach Otwartego Kurortu Kultury, organizowanego w Sopocie przez Nadbałtyckie Centrum Kultury z okazji prezydencji Polski w Unii Europejskiej w 2011 roku.

MS: Zostaliśmy zaproszeni na rezydencję do bloku w Sopocie przy ulicy Tatrzańskiej. Coś musieliśmy ze sobą zrobić, a jedną z form robienia czegoś było założenie zespołu. Nie mieliśmy zamiaru robić z tym pomysłem dalej nic konkretnego. Po prostu w trakcie rezydencji co dzień rano graliśmy próby. Każdy był przejęty obsługą nowego instrumentu i nie było miejsca na słuchanie. Zespołem zostaliśmy dużo później.

W słonecznym Sopocie w środku lata wymyśliliście też żeby śpiewać o śmierci?

AW: Najpierw nazywaliśmy się Tatrzańska 88 i tam chyba nie było tekstów. Potem wymyśliliśmy nazwę Ofiary, a dopiero potem na trasie Gówna nastąpiło olśnienie – Nagrobki!! To chyba najpopularniejsza reklama w Polsce i to darmowa. 

MS: Podobnie jest z zespołem Europalety.

AW: Tak. Wraz z nową nazwą dookreśliła się tematyka tekstów. Z taką nazwą nie wypadało już pisać o doczesnych problemach społeczno-politycznych. 

Jako Europalety moglibyście śpiewać o Unii Europejskiej albo transporcie.

MS: Na tej samej trasie, na której powstała nazwa, napisaliśmy pierwsze teksty. Wymyślaliśmy głupoty, które czytaliśmy Piotrowi Kalińskiemu (gitarzyście zespołu Gówno – przyp. red.). On stwierdził, że to straszny bełkot, co nas szczególnie zachęciło do wzmożonej pracy i utwierdziło w słuszności obranego kierunku (śmiech). Te teksty z samochodu znalazły się potem na pierwszej płycie. 

A jak wiążecie Nagrobki z muzyką metalową? Z jednej strony słuchać to trochę w brzmieniu, ale też tematyce tekstów.

MS: Ja osobiście metalu wcześniej nie słuchałem. Adam zaczął mnie do tego zmuszać, do tego stopnia, że kupuję już pismo Noise (śmiech). Nie podoba mi się wszystko co puszcza Adam, ale black metal interesuje mnie coraz bardziej.

AW: Ja black metal traktuję jako ekwiwalent punk'a, nawet jeśli chodzi o brzmienie to  jest w tym coś pokrewnego. Z wyjątkiem Legendy Armii punk rocka nie przeżywałem. Tylko czy Armia to punk? Jeśli nie, to wychodzi na to, że w ogóle tego gatunku nie słuchałem, a black metal owszem i to dość namiętnie. Przestał mnie na moment interesować w okolicy czwartej płyty Dark Throne. Black metal wszedł do popkultury i ze swoim corps painting'iem jest ikoną, taką samą jak Marylin Monroe. Wszystko, co najlepsze w gatunku obecnie sumuje dla mnie Mgła. Podobno słuchają tego nawet ludzie, którzy nie bardzo wiedzą co to Bathory albo Hellhammer. 

Wydaje mi się że „Pańskie wersety” wydaliście spontanicznie, może bez konkretnych planów na przyszłość. Ale już wtedy tkwił w tym duży potencjał. Czy naprawdę nie przewidywaliście, że będziecie grać na żywo?

AW: Szczerze mówiąc, to nie miałem pojęcia, że się odważymy. Musieliśmy się dużo uczyć. Granie koncertów bardzo jednak przyspiesza proces okiełznania instrumentu. Wiele błędów ujawnia się w praniu. W przypadku materiału z nowej płyty, to zagraliśmy z nim ponad dwadzieścia koncertów, a dopiero potem nagraliśmy album. Dzięki temu mogliśmy wyluzować i nie wstydzić się niepoprawności w studio. Taka ludyczna, folkowa niepoprawność rytmiczna, ten ludowy swing jest dla nas najbardziej autentyczny.

Mówiliśmy o minimalizmie, ale jednak na płytę zaprosiliście gości – Bunia, Mikołaja Trzaskę, Tomka Ziętka, Ola Walickiego.

MS: Było tak - „Ale mamy super kawałek, słyszę przy tym sekcję dętą z marszu pogrzebowego!”. Wtedy trzeba zaprosić kolegów!

AW: Te pomysły się pojawiały, bo były możliwe do zrealizowania. Gdybyśmy mieli tydzień czasu więcej to nagralibyśmy może też chór. Na całe szczęście w odpowiednim momencie musieliśmy sobie odpuścić i wysłać płytę do tłoczenia. Wszyscy wymienieni przez ciebie goście, a także Piotr Pawlak, który zrobił mastering naszych miksów, to nasi koledzy z podwórka i spotkanie z nimi na płycie było bardzo naturalne.

Skoro o kolegach mowa, chciałem spytać was o ten trójmiejski mrok, tematykę śmierci, które przejawia się w muzyce waszej ale też Stefana Wesołowskiego, zespołu Trupa Trupa. 

AW: Jestem pewien, że to nie jest cecha wspólna twórczości określonej grupy artystów z Gdańska, ale cecha wspólna sztuki w ogóle. Śmierć jest tematem wszystkich ludzi, a więc ma swoje miejsce w kulturze i sztuce. Może w tym naszym, wrzeszczańskim zbiorze artystów to wyraźniej widać, bo nazwy zespołów są tak mocno określone (śmiech). Ale sama zaduma nad przemijaniem, sensem istnienia, to pospolite zajęcie na całym świecie.

Jednocześnie ciekawie odnosicie się do kultury – „Ostatnia Niedziela” czy Grechuta w „Dla Grzesia” albo używane w mowie potocznej „Na śmierć zapomniałem”.

MS: Nie jestem literatem, ale lubię wyciągać różne cytaty z rzeczy, które znam.

AW: Te wszystko jest dla nas naturalne – wywodzi się z naszej kultury i języka, to nasz wspólny alfabet. Nie jest to popart'owe używanie symboli z kultury masowej i poddawanie ich krytycznej analizie. Jest wiele linijek tekstu, które wyimprowizowaliśmy na próbie i zostały zapamiętane. 

MS: Sampling śmieci z Sylwestra z Dwójką nas nie interesuje, a Grechuta już jak najbardziej.

Bardziej niż na telewizyjnego sylwestra pasujecie na trasę koncertową po cmentarzach.

MS: Graliśmy już w Domku Grabarza w Szczecinie. Wszystkie dotychczasowe koncerty i doświadczenia to tytułowy „Stan prac”.

AW: Ciekawa rzeczy wyszła na jaw przy okazji tworzenia naszej mapy – wszystkie koncerty, które do tej pory zagraliśmy były na zachodnim brzegu Wisły. No może poza warszawską Pragą – ale nie udało się nam jeszcze dojechać do miast typu Lublin, Białystok albo Suwałki.

„Stan prac” ciągle się zmienia...

AW: Tak. Mapkę uzupełniamy po każdym koncercie i aktualną wersję publikujemy na profilu facebook'owym. Razem z nią zmieniają się nasze pomysły i poszerza doświadczenie. To co jest na płycie to uwiecznienie sytuacji z listopada 2015 roku. Następna płyta powstanie w innym stanie. Bunio powiedział, że śmierć nas nigdy nie ruszy. Myślę, że to byłoby fair i że damy radę nagrać następną płytę.

[Jakub Knera]