polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Trans Am Volume X

Trans Am
Volume X

Trans Am to dość osobliwy zespół, zaczął dość hermetycznym aczkolwiek równie oryginalnym (w pełni instrumentalnym) stylem (mówimy nie o debiutanckiej epce lecz pierwszym longplayu) tworzącym pomost dla post-hardcore’owych gitar, post-rockowej zadumy, elementów glitchu i IDM, natomiast późniejsza część kariery to bardziej postmodernistyczna reinterpretacja epoki nowej fali oraz niemieckich hybryd rocka i elektroniki w kiczowatej estetyce, z dużym poczuciem humoru (gdzie także w tle pojawiały się niekiedy elementy jazzu), czego ukoronowaniem jest płyta The Red Line. Jednak od tamtego czasu – pokusiłbym się o stwierdzenie – nie potrafili zatrząść sceną muzyczną, jak dawniej.

Album Volume X zdaje się potwierdzać tą tendencję, choć z drugiej strony na pewno przez swój stylistyczny rozrzut a) nie pozwala nudzić się b) czasami bawi. Jest to jednak album raczej skierowany do ich specyficznego grona odbiorców, niż próba znalezienia nowej publiki. Rozpoczyna się dość monumentalnie, od mocarnych, rytualnych bębnów akcentowanych mocno fuzzową gitarą, by potem ustąpić miejsca elementom elektronicznym, nawiązującym do klasyki krautrocka spod znaku Harmonia czy Rother (Night Shift),w środku jest także krótki przerywnik w formie zaskakującej (jak na nich) parodii speed metalu (Backlash) po czym mamy powrót do retrofuturystycznego brzmienia  syntezatorowego, z elementami kiczu (cyniczna ballada I’ll  Never) i finiszem przypominającym…Pink Floyd (Insufficiently Breathless).

Kiedyś ich mieszanka stylów była bardzo nieprzewidywalna i te wszystkie zagrywki były zakamuflowane i nieprzewidywalne, teraz wszystko jest bardzo transparentne i czytelne, przez co zdecydowanie mniej porywające. Można by rzec, że pomimo tego, że są tutaj wszystkie flagowe elementy ich twórczości, a kreatywności nie można odmówić, to jednak brakuje w tym wszystkim dawnego szaleństwa, które sprawiłoby, że ten cały tygiel stylistyczny stałby się mieszanką wybuchową –  która rozerwie nam trzewia i rozszarpie mózgi – a nie pokazem fajerwerków, które wprawią nas w oczopląs a następnego dnia wylecą nam z pamięci. Nie jest to album zły, raczej niewybitny pod każdym względem - jest tu kilka dobrych pomysłów (Ice Fortress) które gdyby bardziej rozwinąć mogłyby być czymś naprawdę zjawiskowym, ale brakuje konkretnej wizji (niekoniecznie mam na myśli „spójność” lecz determinacja z jaką realizowane są poszczególne pomysły) a nawiązania do przeszłości sprawiają wrażenie autentycznie nostalgicznych i  brakuje im dawnego przymrużenia oka, będącego ich znakiem rozpoznawalnym.

 

W każdym razie jednak gdybyście chcieli ich zobaczyć kiedyś na żywo, to nie sugerujcie się oceną tej płyty – to prawdziwe zwierzaki sceniczne i cokolwiek by nie grali na żywo, wyjdzie z tego fantastyczna zabawa.

[Jakub Krawczyński]